Rozmawiamy o teatrze, serialu, ciężarkach na kostkach i o tym, co można robić wyłacznie przy muzyce Adele.
Piotr Polak – aktor Nowego Teatru w Warszawie, gdzie przez ponad dekadę pracował z czołowymi reżyserami polskiej sceny: Krzysztofem Warlikowskim, Krzysztofem Lupą, Krzysztofem Garbaczewskim i Pawłem Miśkiewiczem. Szerszą publiczność zdobył rolą Holca w serialu komediowym The Office PL, który od pięciu sezonów pozostaje jedną z najchętniej oglądanych polskich produkcji streamingowych. W 2025 roku zadebiutował jako reżyser teatralny.
Wyreżyserowałeś „Pieśni piekarzy polskich” w Nowym Teatrze. Jak do tego doszło?
Całkowicie przypadkowo. Robiliśmy spektakl po bożemu: tekst wygrał konkurs młodych dramaturgów, najpierw był zrealizowany jako dyplom szkolny, potem zaczęliśmy go robić w Nowym z Ewą Galicą. To jest dobry tekst, ale bardzo trudny. Prawdziwa historia Mariusza Gołosza, który pracował w kilku rzemieślniczych piekarniach i chciał napisać o tym, że gdziekolwiek by nie trafił, szefowie tych miejsc są zawsze tacy sami – niby nowocześni, niby fajni, a w gruncie rzeczy nieludzcy. Jeszcze to wszystko wkleił w swoją miłość do hip-hopu. On i Jędrzej, który robił scenografię, siedzieli w tych piekarniach, puszczali głośno muzykę i zapieprzali od trzeciej rano.
I przez długi czas byliśmy w zupełnym impasie. Nie wiedzieliśmy, jak podejść do tekstu, żeby cokolwiek zadziałało. W pewnym momencie reżyserka powiedziała, że nie uniesie tego projektu i odeszła. I tak oto zostałem reżyserem.
A od środka – nagle być reżyserem?
Jako aktor jestem hop do przodu, pomysły mi się sypią z rękawa, zawsze mi reżyser mówi: za dużo, za bardzo. A tu nagle odwrotnie – mam podejmować decyzje i... nic. Czułem się pozamykany. Wróciłem pierwszego dnia do domu i powiedziałem, że chyba nie mam reżyserskiego genu, bo zgadzam się na wszystko i nic z tego nie wynika.
Dopiero trzeciego dnia coś się włączyło. Podjąłem mega ryzyko – mając mało czasu, wyciąłem prawie wszystkie sceny dialogowe, pociąłem tekst na monologi. I stwierdziłem: zróbmy z tego pseudo-koncert. Nie śpiewamy, bo w sześć dni nie nauczymy się śpiewać, ale będziemy ten tekst wypowiadać tak, jakbyśmy to robili. Wyrzucamy wszystko do przodu. Nie przeżywamy. Przy piosenkach o miłości się nie płacze – poza Adele. Nazwałem to sobie »słuchowiskiem wizualnym«.
Jak to przyjęła ekipa?
Na początku wszyscy byliśmy trochę w rozsypce. Chciałem, żeby aktorzy grali na padach Abletona – zamówiłem jeden dla teatru, ale okazało się, że kurs obsługi takich padów trwa minimum cztery, pięć tygodni. Czyli ponownie byliśmy nigdzie.
Po drugiej próbie, po dziesiątej wieczorem, dzwoniłem do wszystkich znajomych, którzy mają jakikolwiek kontakt z muzyką. Przy szóstym telefonie dostałem namiar na Borysa Kunkiewicza – świetnego muzyka, który akurat skończył wszystkie projekty i zastanawiał się, co ze sobą zrobić w tym miesiącu. Przyszedł, przyniósł swoje utwory, podzielił je na pojedyncze dźwięki. I wszyscy nagle się wkręcili. Zamiast czegoś, co »musimy zagrać dwa razy, bo jesteśmy zobowiązani«, zrobił nam się naprawdę dobry, 42-minutowy koncert. Z muzyką na żywo i ze wspaniałymi wizualizacjami. Osiem pieśni piekarzy.
Priorytetem było, żeby było krótko i żebyśmy się wszyscy dobrze czuli w tym, co robimy. I obie te rzeczy się udały.
Odkryłeś coś w sobie?
Tak. Że potrafię ogarniać całość. Jako aktor nie musisz się przejmować wszystkim – masz swój kawałek i go robisz. A tu nagle zostajesz po próbach, żeby ustawiać światła z Andrzejem, i orientujesz się, że możesz bardzo dużo opowiedzieć samym światłem, że możesz nim komentować. Że jest się za co złapać poza aktorstwem. Bardzo jestem z nas wszystkich dumny. I z siebie też.
Poznałam Cię, kiedy dołączyłeś do Nowego razem z siostrą, Jaśminą. I obserwowałam, jak Twoja kariera nabrała nagle tempa. Było jakieś wydarzenie, które to odpaliło? Strategia?
Nigdy w życiu nie miałem strategii. I wręcz miałem do siebie pretensje, że się nie staram, nie walczę. Ale bałem się, że jak się w to za bardzo wkręcę, to coś mi się stanie w głowie – że za mocno, wiesz, że zacznę za często wrzucać selfiaki.
Zaraz po szkole zagrałem w serialu „Nad rozlewiskiem” i wszyscy mi mówili: teraz ci się kariera rozpocznie. I miałem takie – ojej, fajnie. Po czym się nic nie rozpoczęło. I już tak nie byłem na to podatny. Jak się stanie, to się stanie.
I się stało. Dostałem casting na The Office, w który kompletnie nie wierzyłem – to jest bardzo zły pomysł, żeby robić polski remake tak kultowego serialu. Jak dostawałem kolejny callback, miałem takie: no gdzie ja w tym serialu, a poza tym, gdzie w ogóle ten serial w Polsce. I nagle weszło totalnie. Scenariusz nie jest kopią żadnej z wcześniejszych wersji. I to spowodowało, że działa. Robimy to już pięć lat.
Skąd taki stosunek do tego formatu? Znałeś serial wcześniej?
Kiedy studiowałem w Krakowie, jeździłem do Londynu zarabiać na wakacje. Rozwoziłem kanapki po wieżowcach z biurami – rowerem z przyczepą, krzyczałem »sandwich jest!« w open space'ach. I w pewien poniedziałek wróciłem do domu, włączyłem telewizor i leciało brytyjskie „The Office”.
Byłem w szoku. Nie znałem Ricky'ego Gervaisa, nie wiedziałem, co to mockument. I jako taki trochę gówniarz-studenciak, który myślał, że wie wszystko, miałem pierwsze wrażenie: Boże, ci ludzie są idiotami, nie wiedzą, że są nagrywani. Totalnie się nabrałem.
Kiedy Amerykanie zaczęli robić swoją wersję, powiedziałem od razu: bardzo zły pomysł. I tak było – pierwszy sezon zrobili bardzo po brytyjsku, Michael Scott był niefajny i prawie zamknęli serial. Potem zmienili filozofię: każdy odcinek kończy się lekkim happy endem, inaczej niż w oryginale. I nagle się zrobił megaserial. My jesteśmy pierwszą wersją, która naprawdę odeszła od oryginału.
Bałeś się?
Masakra, ale z drugiej strony lubię takie rzeczy. Jak dostałem mailem trzy sceny do przeczytania, miałem: wow, to jest śmieszne. Naprawdę dobrze napisane. Zadzwoniłem natychmiast do siostry, do Jaśminy, pochichraliśmy się trochę. I wziąłem. Nigdy wcześniej nie grałem w stricte komediach – tych, w których coś się oficjalnie nazywa komedią, więc kompletnie nie wierzyłem w siebie. Byłem chyba ostatnim, który powiedział: okej, daję radę.

Jak wygląda proces powstawania kolejnych sezonów? Masz wpływ na postać?
Pierwszy sezon był dopięty – nie miałem na postać żadnego wpływu. I to niesamowite, jak mało tam się improwizuje - to wygląda, jakby wszyscy mówili po swojemu. Wtedy trzymałem się tekstu.
Z Maćkiem Bochniakiem nigdy wcześniej nie pracowałem. Na szczęście sporo aktorów to znajomi ze świata teatralnego – Sobolewski, Pempuś, Obara. Potem wszyscy zaczęliśmy wzajemnie się uczyć nawzajem. Ten format nie jest prosty. Spojrzenie w kamerę to zupełna nowa filozofia – ta sekunda ma inne znaczenie niż ta chwilę później. Warsztatowo to było i jest ogromne wyzwanie.
Na późniejsze sezony formalnie też nie mieliśmy wpływu, ale scenarzyści nas poznali, zobaczyli jaką mamy energię, co możemy unieść. Teraz jesteśmy naprawdę dobrze naoliwioną maszyną, a scenarzyści wiedzą, jak napisać żart pod konkretnego aktora.
Bochniak nałożył Ci ciężarki na kostki, żebyś chodził wolniej?
Tak, bo ja chodzę skacząc. On mówi: bardziej jak prezes. I już teoretycznie nie potrzebuję tych ciężarków, ale jak je zakładam, to od razu wiem, jak się Holca gra. Taki metod acting.
Nowy Teatr i serial to są dwie różne galaktyki aktorskie. Jak je łączysz?
Nawet ich nie łączę. W jednych wojnach lecisz na tę planetę, w innych na tamtą – jesteś albo na tej z pustynią, albo na tej z wodą. Cieszę się, że mam obie, a nie ciągle tę samą.
Początek mojej kariery to był teatr przede wszystkim. Przed kamerą robiłem bardzo mało – pojawiały się wysepki, jak „Człowiek z magicznym pudełkiem”, co miało być kolejnym startem kariery, po czym znowu susza.
W teatrze byłem zawsze jedną nogą na stałe i mam szczęście do super spotkań – Lupa, Warlikowski, Miśkiewicz, Garbaczewski, Borczuch. Teatr, w którym aktor ma dużo do powiedzenia i praca jest partnerska. Pamiętam, że jak bardzo dużo robiłem w teatrze, to zaczął mnie nudzić i chciałem grać w filmie. A spotykałem non-stop aktorów stricte filmowych, którzy mówili, że tęsknią za teatrem. Wiedziałem, że szala kiedyś się przechyli. I pewnie kiedyś znowu zatęsknię za teatrem.
Nie martwisz się, że „The Office” Cię szufladkuje?
Mógłbym się martwić, ale nie chcę tracić na to czasu. Jak się stanie, to się stanie. Tuż przed serialem zagrałem w „Warszawiance” – w zupełnie innej postaci. Niedawno premierę miało „Piekło kobiet” – serial dziejący się w latach dwudziestych dla HBO max - tam też nie gram sympatycznego bohatera. Mam nadzieję, że nie wpadnę w jedną szufladę. Choć wiem, że w tak małym świecie filmowym, jak w Polsce, nie jest to trudne.
Masz jakieś marzenia – aktorskie, reżyserskie?
W ciągu najbliższego roku raczej nie będę się starał reżyserować. Jestem w tym gdzieś wstydliwy – może tego nie widać, ale ja zawsze myślałem, że chciałbym coś wyreżyserować, ale nigdy bym się odważnie nie wychylił. Mam 45 lat i cały czas mi to tak wpada – samo z siebie.
Piotr Polak: „Rozwoziłem kanapki po wieżowcach z biurami – rowerem z przyczepą, krzyczałem: sandwich jest!” [WYWIAD]
Lubię robić strasznie dużo rzeczy. Myślę, że gdybym nie był aktorem, chciałbym być muzykiem albo fotografem. Gram sobie na pianinie, piszę swoje rzeczy, ale jednocześnie wstydziłbym się zapowiedzieć, że coś teraz wydam muzycznie, ale kto wie. Niech się dzieje!

![Piotr Polak: „Rozwoziłem kanapki rowerem z przyczepą, krzyczałem: sandwich jest!” [WYWIAD]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Fsmall_Piotr_Polak_fot_R_Chojnacki_2025_9_186e69187c.jpg&w=1920&q=80)






