Zakochanie się to akt wymagający odwagi – szczególnie jeśli wiemy, że łatwo nam się w tej miłości zatracić. Mimo to właśnie najmniej pewne siebie osoby zakochują się najczęściej.
Według koncepcji stworzonej w latach 80. przez Arthura i Elaine Aronów nadrzędnym motywem ludzkiego działania jest ciągłe dążenie do poszerzania własnego potencjału i rozwoju. Najskuteczniejszym sposobem na rozwój są bliskie relacje – zarówno te romantyczne, jak i przyjacielskie. Kiedy jesteśmy z kimś blisko, przejmujemy część jego świata i stajemy się bardziej efektywni w osiąganiu celów. Jeśli ktoś sprawia, że czujemy się mądrzejsi, ciekawsi czy piękniejsi, chcemy spędzać z tą osobą więcej czasu i zaczynamy ją idealizować. W rezultacie, jeśli nasze poczucie tożsamości jednostkowej nie jest wystarczająco mocne, uzależniamy poczucie własnej wartości od kontaktu z drugą osobą.
Osoby o silnym poczuciu tożsamości zmieniają się dużo mniej pod wpływem środowiska zewnętrznego, więc są mniej skłonne do uzależnienia się od uwagi drugiej osoby. Dlatego grupy społeczne składające się z osób o wysokim poczuciu własnej wartości częstokroć mają ponadprzeciętny procent singli. Analogicznie, bardziej stresujące okresy naszego życia – takie jak zmiana środowiska, nowa szkoła czy praca, a nawet utrata bliskich osób – obfitują w nowe relacje.
Kto nie lubi dopaminki?
Nie od dziś wiadomo, że proces zakochania wyzwala w naszym mózgu reakcje chemiczne przypominające te towarzyszące zażywaniu substancji psychoaktywnych. Dopamina i noradrenalina, wytwarzane w ponadprzeciętnej ilości w pierwszych etapach zakochania, gwarantują poczucie radości i szybsze bicie serca. Później do gry dołącza oksytocyna, nazywana hormonem przywiązania. Przyzwyczajamy się do pozytywnych odczuć i chcemy więcej – a gdy czujemy, że źródło hormonalnego shake'a się nam wymyka, wpadamy w panikę.
Hiperfiksacja, ulubiona osoba, a może po prostu zauroczenie?
W erze samodiagnoz bazowanych na symptomach znalezionych w internecie mówienie o zaburzeniach niesie za sobą sporą odpowiedzialność. Czytając czy oglądając materiały o tej tematyce, musimy mieć na uwadze, że jedna jaskółka wiosny nie czyni – podobnie jak jeden objaw nie powinien być podstawą do autodiagnozy.
Neuroróżnorodne mózgi zaprogramowane są bardzo często na monotropizm – styl przetwarzania informacji, w którym uwaga skupia się bardzo głęboko na danym zagadnieniu. Na tyle głęboko, że nie dostrzega świata poza nim. Schemat ten aplikuje się też niestety do relacji – jeśli hiperfokusem osoby w spektrum stanie się człowiek, uzależnia się ona od niego emocjonalnie, co prowadzi do emocjonalnego rollercoastera i skrajnej potrzeby wzajemności i utwierdzenia w emocjach.
Podobną obsesję, choć wynikającą z innych procesów poznawczych, wykazują osoby z zaburzeniami osobowości typu borderline. Podświadomie idealizują „ulubioną osobę”, pomijają jej wady i opierają na jej zachowaniach i reakcjach całe poczucie własnej wartości. Mimo że spora część relacji opiera się na złudzeniu, osobie z borderem wydaje się być najprawdziwsza na świecie. W rezultacie otrzymujemy schemat, w którym w znajomość wkładamy wszystko, albo wręcz przeciwnie – nic.
Przedkładanie potrzeb partnera ponad swoje granice nie zawsze jest jednak oznaką zaburzenia. Kodependencja to wzorzec relacyjny, nie zaburzenie, który bardzo często mylony jest z miłością. Styl relacji, w którym jeden partner zawsze poświęca się dla dobra drugiego, ignorując własne potrzeby, pojawia się, gdy jedna z osób czuje się niekompletna – i jedyne źródło szczęścia upatruje w drugiej osobie.
Wspólnym mianownikiem wszystkich tych mechanizmów – od teorii Aronów przez dopaminę po kodependencję – jest to, że szukamy w drugiej osobie czegoś, czego sami nie potrafimy sobie zapewnić. Niektórzy ciągną tak całe życie – ale czy są w tym życiu naprawdę szczęśliwi?








