Lepszego miejsca na świętowanie 200 urodzin fotografii nie znajdziecie. Łódzki Fotofestiwal odpala swoją 25. edycję i po ćwierć wieku dalej niezłomnie udowadnia, że niestraszna jest mu próba czasu, a najciekawsze opowieści dalej pisze się światłem.
Trudno uwierzyć, że w 2001 nikt nie myślał jeszcze o pełnoskalowej randze międzynarodowym prestiżu. Wszystko zaczęło się od czystej, oddolnej zajawki – spontanicznego zrywu studentów socjologii i wykładowców trzech łódzkich uczelni: Uniwersytetu Łódzkiego, Akademii Sztuk Pięknych i Filmówki. Kameralna inicjatywa, sklecona metodą trochę chałupniczą, przez ostatnie 25 lat urosła do rozmiarów jednego z najważniejszych festiwali fotograficznych w naszej części Europy. Dzisiaj to już potężna machina, przez którą co roku przewija się ponad 20 tysięcy osób.
Tym razem ekipa programowa rzuca nam hasło przewodnie: „Sztuka. Współpraca. Społeczność”. Festiwal bierze na warsztat wszystko to, co uwiera w otaczającym nas świecie na co dzień: od pełzającego kryzysu demokracji, przez klimatyczną apokalipsę i paranoję rozpędzającego się AI, aż po skomplikowaną relację ze światem zwierząt i naszego własnego wewnętrznego zezwierzęcenia. W sumie oferuje tym samym ponad 30 wystaw, które redefiniowują postrzeganie współczesnego dokumentu.
Ameryka bez znieczulenia
Gwoździem programu jest pierwsza tak duża wystawa fotografii Philipa Montgomery'ego w Polsce, zatytułowana „American Cycles”. Jego kadry można kojarzyć z okładek magazynów takich jak The New York Times czy The New Yorker. Ta brutalnie bezkompromisowa, czarno-biała fotografia to surowy portret Stanów Zjednoczonych z ostatniej dekady – ze zbliżeniem soczewki na jego polityczne pęknięcie w pół, buzujące konflikty społeczne i te kruche, bo w końcu tak rzadkie, momenty solidarności. Montgomery był w Minneapolis po zabójstwie George'a Floyda, był na pierwszych populistycznych wiecach Donalda Trumpa, w ścisłym centrum protestów Black Lives Matter i na zgliszczach sianych przez huragan Irma. To wizualna opowieść o tym, jak historia zatacza koło, a my obserwujemy cykliczny ruch w walkach wyzwoleńczych zderzający się z reaktywną falą konserwatywnego oporu. Przykładem jest fotografia, którą kuratorka wystawy, Nadine Isabelle Henrich, wytypowała jako swoją ulubioną ze zbioru 120 prezentowanych prac – mowa o portrecie rodziny Chatmanów z Ferguson w stanie Missouri, stojącej na schodach swojego klasycznego białego domu z drewnianą werandą.
Te obrazy wydają się dziwnie znajome, bo – jak podkreśla kuratorka – sami mierzymy się na co dzień z analogicznymi problemami, od lęku przed utratą pracy, masowo przejmowaną przez AI, po walki związków zawodowych.
fot. Feng Li z cyklu PigMy, zwierzęta
Zapomnijcie o słodkich memach z kotkami. Fotofestiwal odgarnia warstwę lukru i odsłania najbardziej pierwotne pytania o ludzką naturę oraz więź ze światem fauny. Co w menu? Carlos Alba i jego londyńskie, rude lisy jako metafora klasowej walki o przetrwanie w betonowej dźungli, Feng Li z pedantyczną, udomowioną świnią oraz papugą na rodzinnych portretach i Maija Tammi, która zestawia drastycznie czuły portret matki-ośmiornicy poświęcającej życie dla potomstwa z własnym autoportretem, tuż po porodzie. A na deser mocne uderzenia od Marty Bogdańskiej, Richarda Barnesa czy Jaapa Scheerena o ludzkim dążeniu do bezwzględnego podporządkowania sobie stale nieujarzmionej i dzikiej przyrody.
Do tego dorzućcie mroczne, neurotyczne uniwersum budowane od 15 lat przez Augustina Rebeteza oraz wielkoformatowy „Niepełny leksykon ptaków wystawowych” Luke'a Stephensona, który wyrośnie w samym centrum miasta, w Pasażu Schillera.
Festiwal w festiwalu
Muzyczne otwarcie Fotofestiwalu odbędzie się 18 czerwca w postindustrialnych, secesyjnych murach dawnej elektrowni Scheiblera (dzisiejszej Fuzji) – zobaczycie tam multimedialne widowisko oparte na projekcie „Listening All Night To The Rain” sir Johna Akomfraha. Tak, to dokładnie ta instalacja, która chwilę temu hipnotyzowała tłumy w Pawilonie Brytyjskim na 60. Biennale Sztuki w Wenecji. Żeby było mocniej – muzyczną ścieżkę na żywo wygeneruje na miejscu sama Hania Rani.
fot. Arhant Shrestha z cyklu Loose FistDźwięk z obrazem połączą się również w ramach wystawy Heleny Majewskiej „Lepsza ‘magua’ než ból” (również w Fuzji). Dziewczyna przez lata fotografowała klubowy, spocony underground Berlina i Warszawy, by po okresie totalnego przebodźcowania uciec w stronę ciszy. Autorski, hipnotyzujący soundscape do jej kadrów stworzy Justyna Banaszczyk (FOQL), a specjalny set z taśm magnetofonowych i winyli przygotuje Dariusz Pietraszewski (copy corpo). Mało basu? W Galerii Koncept (Brama Miasta) Adrian Chmielewski pokaże wystawę „Eclipse / Przesilenie” – fotograficzny zapis jego romansu z kulturą rave. Wernisaż, dzięki współpracy z Audioriver, zamieni się w regularną imprezę, którą rozbuja DJ Rusałka (Łukasz Warna-Wiesławski), szef oficyny Tańce.
Na deser zostaje nocna scena robiona wspólnie z ekipą Ravekjavík. Zapomnijcie o nudnym techno, tutaj rządzą połamane bity, pot i futuryzm rodem z globalnego Południa. W gęstych, bezkompromisowych setach polecą perreo, guarancha, tribal i batida w miksie z nowoczesną elektroniką.
fot. Tanya Habjouqa z cyklu Neither the Shadow nor the SunW tym roku festiwal przejmuje monumentalne wnętrza Pałacu Biedermanna, na rogu Franciszkańskiej i Północnej, oraz obowiązkowo Art_Inkubator na Tymienieckiego 3, Fuzję oraz Bramę Miasta.


![Piotr Polak: „Rozwoziłem kanapki rowerem z przyczepą, krzyczałem: sandwich jest!” [WYWIAD]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Flarge_Piotr_Polak_fot_R_Chojnacki_2025_9_186e69187c.jpg&w=1920&q=80)




