OFF Festival zbliża się wielkimi krokami, by wyleczyć nas wszystkich z tego cywilizacyjnego zmęczenia materiału, a Artur Rojek od 7 do 9 sierpnia po raz kolejny wyciągnie z alternatywnego kapelusza króliki, które nie tylko gryzą, ale i przeprogramowują całą naszą muzyczną wrażliwość.
Sierpniowe powietrze w Dolinie Trzech Stawów jest, jak co roku, tak gęste od podekscytowanych oczekiwań, że można by je kroić nożykiem z festiwalowego foodtrucka. To ten doniosły dla Górnego Śląska moment, kiedy jego betonowa stolica staje się świątynią dla wszystkich, którym mainstreamowe listy przebojów zaserwowały nieżyt żołądka. Jak co roku, dyrektor artystyczny festiwalu, Artur Rojek, zadbał o to, by program był mieszanką awangardowych odkryć, wielkich powrotów i artystów, którzy kształtują kształt i formę wspołczesnej muzyki alternatywnej. Festiwal, który na stałe wpisał się w światowy krajobraz najważniejszych wydarzeń muzycznych, po raz kolejny udowadnia, że Katowice – w końcu Miasto Muzyki UNESCO – to miejsce, gdzie jej brzmienia oferują przeżycia niemal duchowe.
Odyseja, ale taka w głąb dźwięku
Tegoroczny line-up to seria kontrolowanych wybuchów pod nawą sześciu scen festiwalu. Dla tych, co wolą punk, który przestał udawać smutek i zaczął po prostu wyć z wściekłej radości: Amyl and the Sniffers – australijska załoga, przy której nawet Billy Corgan z The Smashing Pumpkins traci rezon, a Foo Fighters wpuszczają ją do swojego najświętszego studia, by mogli – na konsolecie, na której powstawały „Nevermind” Nirvany i „Rumours” Fleetwood Mac – nagrać swój trzeci album „Cartoon Darkness”. Jeśli jeszcze nie widzieliście, jak Amy Taylor wyjaśnia popkulturze, co to znaczy prawdziwa energia, to nie macie w życiu większego długu do spłacenia.
Ale OFF to nie tylko punkowy pot i rockowa hałastra. To także Johnny Marr, czyli zdaniem Noela Gallaghera „pieprzony czarodziej” gitary, człowiek, bez którego brzmienie The Smiths – a co za tym idzie, połowa współczesnego indie rocka – po prostu by nie istniało. Zobaczyć go w Katowicach to jak patrzeć na architekta niepowtarzalnych brzmień Blur, Suede, Arctic Monkeys albo Radiohead.
Warto również zwrócić uwagę na bezkompromisowy Einstürzende Neubauten. Niemieccy ojcowie industrialu, mimo 46 lat na scenie, wciąż nie dają się zamknąć w żadnych sztywnych ramach definicji, przyklepując tym samym sobie miano jednego z najbardziej wpływowych, alternatywnych zespołów na świecie (na filarach dziedzictwa Kraftwerk, Neu! czy Can). Ich najnowsza płyta „Rampen: APM (Alien Pop Music)” to dowód na to, że grupa ta wciąż potrafi mielić na mak oczekiwania publiczności i formułować pop na nowo – tym razem we własnej wizji „dla mniejszości”.
Z headline'owych smaczków: duet Yung Leana i Bladee, obok którego nie da się przejść obojętnie. To certyfikowani architekci nowoczesnego smutku i melancholii, książęta cloud rapu oraz twórcy estetyki, którą serwują w pełnej odsłonie w albumie „Psykos”.
Noce wschodzących gwiazd
Nie można też pominąć napływu „zielonej fali” z Irlandii. The Mary Wallopers przywracają folkowi trójlistnej koniczyny jego hałaśliwą, punkową duszę, a M(h)aol serwują surowy punk rock, swoją inspirację czerpiąc z ruchu riot grrrl, a nazwę od XVI-wiecznej królowej piratów, Gráinne Mhaol.
Dla szukających głębszego oddechu – Dobrawa Czocher ze swoją wiolonczelą i elektroniką tworzy kompozycje tak subtelne, że Benedict Cumberbatch nazywa ich słuchanie „cudownym zanurzeniem”.
„Wielogłowa bestia”, czyli Black Country, New Road, wciąż rozpaczliwie piękna w swojej post-rockowej niepewności, udowadnia, że jazz i punk mogą żyć w zgodzie. Oklou, eteryczna czarodziejka cyfrowych dźwięków, rozmywa granice między popem a snem, który śnił nam się jeszcze przed erą wszechobecnych algorytmów.
Do miksu dorzucono The Drums, tych kronikarzy utraconej dziecięcej niewinności, i Getdown Services, duet z Bristolu o komicznym zacięciu, po którym – jak twierdzą fani – „gubisz but, nabijasz siniaka, a i tak uważasz to za najlepsze wydarzenie roku”. Sega Bodega, wizjoner dźwiękowych pustyń, brzmi, jakby próbował stworzyć język dla istot z innej planety, a WITCH, dostojni ojcowie zambijskiego Zamrocka, pokazują, że gitara elektryczna to wciąż najskuteczniejsze narzędzie do opowiadania o wolności.
W lineupie znajdziecie też introwertycznego poetę miejskiego marazmu Earla Sweatshirta, Clams Casino, mistrzów lo-fi nostalgii Current Joys, brutalnych dziejopisarzy miejskiej brzydoty Chat Pile, minimalistów mrocznego surrealizmu HTRK, czarodzieja bedroom popu Rusowsky'ego i kolektywne ucieleśnienie chaosu Surf Gang.
Hołdy i powroty
Nie można nie wspomnieć o występie Ludzi Wschodu, którzy zagrają w całości legendarną płytę Siekiery – „Nowa Aleksandria”. 40 lat po premierze tego przełomowego albumu, zespół złożony z muzyków formacji Allarme odda hołd dziełu, które do dziś jest kwintesencją polskiej muzyki alternatywnej.
W programie znajdą się także psychodeliczni The Flaming Lips, którzy przywiozą z Oklahomy swój kultowy album „Yoshimi Battles the Pink Robots” – nagrodzony Grammy i później zaadaptowany na potrzeby broadwayowskiego spektaklu. Obok nich wystąpi Arthur Verocai z AUKSO – brazylijska legenda i wizjoner, którego twórczość wstrzymuje oddech samego Thundercata. Już w 1972 roku nagrał album wyprzedzający swoje czasy o całe dekady, otwierając słuchaczy na mikrokosmos orkiestrowego saudade.
Jazz na OFFie to nie nudny pan w krawacie, a reinkarnacja muzycznego „do koloru, do wyboru”. Współgłosy z Marcelem Balińskim wciągną w improwizację, która szczera jest aż do bólu, jest i Błoto, jest Niechęć (lecz na pewno nie z naszej strony), jest Dana and Alden – każde po swojemu bawiące się własną, porywającą reinterpretacją tradycji jazzowej.
Świeża krew
Drabusheyka, potencjalnie najciekawszy gracz polskiego podziemia, serwuje nam hip-hopową dekonstrukcję inspirowaną niezbadanym stykiem tonacji Mötley Crüe, Prince'a i Lil Wayne'a, bawiąc się konwencją tak bezczelnie, że aż chce się prosić o więcej. Swoją obecnością zaszczyci także The Dare, czyli esencja nowojorskiego, wyplutego z klubów electro-punka i powiew estetyki indie sleaze, współpracujący w niedalekiej przeszłości przy mikserze Charli XCX i Billie Eilish. W menu jest i eksperymentalny, balansujący sobie między gatunkami SZ.A.J.S, folkowe poszukiwania dźwięków Zuzanny Malisz, shoegaze warszawskiego Duszno oraz pianistyczne supertrio Ki Ki Ki.
OFF to dzisiaj jedyne miejsce, gdzie Yung Lean i Bladee w swojej egzystencjalnej psychozie spotkają się z muzycznością polskiej wsi Tercetu Imperial. Jak zauważa BBC, które z całego świata wyłoniło OFF Festival jako jedną z siedmiu obowiązkowych destynacji sceny festiwalowej roku 2026, nie jest to tylko festiwal – to doświadczenie, które trzeba przeżyć.
Więcej informacji o harmonogramie oraz biletach znajdziecie na stronie festiwalu.



![Film za 6 tysięcy dolarów. „Following” Nolana po raz pierwszy w polskich kinach [RECENZJA]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Fimages_2_5a49f1a903.jpeg&w=1920&q=80)





![„Co do... kury?”: podlaska Godzilla, która wykluła się z lalkarskiego buntu [RECENZJA]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Fsmall_000_MYWU_33_H8_PWFDN_C124_ce7379dae2.webp&w=1920&q=75)