Świat muzyki stracił dziś jedną ze swoich najbardziej charakterystycznych postaci. Bonnie Tyler – Walijka o głosie, który brzmiał, jakby wydarto wprost z serca zapis największych ludzkich intymności – odeszła w wieku 75 lat.
Bonnie Tyler zmarła w portugalskim Faro w wieku 75 lat. Rodzina przekazała tę informację dziś rano, po tygodniach, które artystka spędziła w śpiączce farmakologicznej, następstwie komplikacji po operacji jelit. Zostawiła po sobie rozbudowaną dyskografię, małżeństwo trwające pół wieku, Order Imperium Brytyjskiego za zasługi dla muzyki i kompozycję, która z uporem nie pozwala o sobie zapomnieć.
Ten głos był zjawiskiem – zawsze odrobinę zdarty, charakterystycznie zachrypnięty, nasycony dramatyzmem i szczerością, która nie potrzebowała żadnego retuszu. Bonnie nie śpiewała obok emocji – ona wręcz w nich mieszkała, odgrywając na napiętych strunach żalu i miłości pełnoprawny i dynamiczny monodram. Jej śmierć zamyka ważny rozdział w dziejach popu, który nie bał się być ani wielki, ani patetyczny, pozostawiając za sobą dziedzictwo, którego nie da się za żadne skarby wymazać z kolektywnej pamięci. Była artystką, która nawet w najbardziej wystudiowanych, teatralnych gestach potrafiła wyłuskać z nich coś przejmująco ludzkiego, a w tej prostej ludzkości – uniwersalnie wzniosłego.
Opera naszych serc
Trzeba to powiedzieć jasno – Bonnie Tyler nie była artystką jednego hitu. Była czymś dużo bardziej kłopotliwym dla porządnego nekrologu – stanem emocjonalnym z walijskim akcentem. „Total Eclipse of the Heart” nie jest piosenką w tym sensie, w jakim piosenką jest coś, czego słucha się w tle, odkurzając czy robiąc zakupy. To prędzej zjawisko pogodowe. Katastrofa naturalna w opakowaniu z syntezatorów.
Napisał ją Jim Steinman, człowiek, który nie umiał inaczej, niż na pełną skalę – jeśli miłość, to w niej jak na wojnie; jeśli serce, to imperium, co właśnie upada. Zanim stała się balladą o miłosnym rozstaniu, miała być piosenką o wampirach. Steinman pracował wtedy nad musicalem inspirowanym „Nosferatu”, a pierwotny tytuł utworu brzmiał inaczej, zdecydowanie mroczniej. Zostały po tym ślady: wersy, które brzmią jak zaklęcia, i refren słynnego „turn around bright eyes”, zaczerpnięty z jego studenckiego spektaklu sprzed kilkunastu lat, śpiewany przez Rory'ego Dodda niczym echo dochodzące z zaświatów. Sam pomysł na piosenkę przyszedł do niego, jak później przyznawał, przy okazji zaćmienia Księżyca – od początku myślał o niej jak o „gorączkowym utworze”, bo nie interesowała go przyjemna strona miłości, tylko ta, w której człowieka zalewa coś niepojętego, tak silnego, że gaśnie całe światło.
Nagrywali w nowojorskim Power Station latem 1982 roku, wykorzystując pogłos klatek schodowych budynku, aby dźwięk imitował ten spod nawy katedry. Do sesji Steinman ściągnął ludzi od Springsteena – pianistę Roya Bittana i perkusistę Maxa Weinberga z E Street Bandu – bo jak robić patos, to robić, i to z wirtuozami owego patosu. Chciał ściany dźwięku rodem ze Spectora. Dostał coś więcej: uczucie, które jedna z badaczek muzyki określiła jako bycie „nomadem w środku śnieżycy”. Teledysk kręcono w wiktoriańskim szpitalu w hrabstwie Surrey, co samo w sobie mówi wszystko o skali przedsięwzięcia – skoro piosenka miała brzmieć niczym z nawiedzonego spektaklu, to i obraz musiał nadgonić wdrukowane w to brzmienie klimat.
Krytycy przy premierze w lutym 1983 kręcili nosami. Ktoś napisał, że Tyler powinna raczej pójść na koncert Joni Mitchell i nauczyć się subtelności. Ktoś inny nazwał to „zabawną, lekko campową nowinką”. I mieli, w pewnym sensie, rację – tyle że przeoczyli, jak ten brak subtelności był w pełni zamierzonym, de facto głównym celem utworu. Steinman nie lubił przedrostka niedo-, miał być rozmach, miało się dziać, tu chór, a tam tancerze. A pośrodku tego przepychu głos Tyler – po swojemu zdarty, jak gdyby po przejściach, głośny, pełny, wbijający się w pamięć. To miał być, jak mówił sam autor, pokaz jej wokalu. Wyszła z tego aria dla kogoś, kto nigdy nie chciał śpiewać delikatnie, bo delikatnie nie mówi się o uczuciach – nie oddaje to pełni ich skali.
Dziedzictwo, które nie zgaśnie
Cztery tygodnie na szczycie Billboard Hot 100 – najpierw piosenka zrzuciła z pierwszego miejsca Billy'ego Joela, potem sama ustąpiła miejsca Kenny'emu Rogersowi i Dolly Parton. Pierwsza Walijka z numerem jeden w Stanach. Sprzedaż liczona w milionach. A potem dekady grania tego samego utworu na każdej trasie i każdym festiwalu lata, aż po Eurowizję w 2013 roku w Malmö, gdzie już jako pięćdziesięcioparoletnia kobieta wciąż potrafiła zrobić z sali coś na kształt uświęconego nabożeństwa. Był nawet rok 2017, kiedy zaśpiewała ten kawałek na statku wycieczkowym na Karaibach w trakcie prawdziwego całkowitego zaćmienia Słońca – bo skoro los podaje tą ironię wręcz na tacy, grzechem byłoby z niej nie skorzystać. W tym tkwił zresztą cały paradoks Tyler: śpiewała patos, ale nikt nie posądzał jej o udawanie. Było jasne, że wierzy w każde słowo, i to sprawiało, że widz też zaczynał w nie wierzyć.
Teraz w barach o trzeciej nad ranem ktoś znowu puści tę piosenkę, głośno, może żeby zagłuszyć tę nową i dziwną ciszę, która nastała. I to jest chyba najlepszy pomnik, jaki może dostać artystka, która całe życie śpiewała o zaćmieniu serca – jej najbardziej przesadzona, najbardziej teatralna, najmniej wstydliwa piosenka wciąż działa tak samo, jak działała w 1983 roku. Płynąca z serca i do serc, po czterech dekadach stale dociera i zadomawia się w tak wielu z nich.





![Powrót braci Gallagher. Oasis na wielkim ekranie jeszcze w tym roku [ZWIASTUN]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Flarge_Oasis_d03212b1fb.jpeg&w=1920&q=80)
![Premia za urodę. Czy atrakcyjni politycy rządzą inaczej? [BADANIE]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Flarge_history_in_hd_v_e3_Hha4_EBA_unsplash_e68b01cdbf.jpg&w=1920&q=80)
![[Z archiwum K MAG] „Jeśli masz coś dobrego do pokazania, na pewno zostaniesz zauważony” – wywiad z Aaronem Eshem](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Flarge_Aaron_202013711_3a6bcd252c.png&w=1920&q=80)



