Istnieje w tym naszym narodowym, zakurzonym repozytorium mądrości ludowych porzekadło, że co dwie głowy, to nie jedna.
I choć brzmi to groteskowo, przyjaźń Hanki i Bronki wywraca ten banał na lewą stronę, trwając jako niezachwiany dowód siły siostrzeństwa w obliczu tykania wskazówek wszystkich zegarów wokół. Bo w tych ciężkich, sypiących się nam między palcami czasach, te dwie głowy okazują się jedynym dostępnym schronem atomowym. Przed samotnością, przed żałobną melancholią, przed wielkim Nic.
Witamy w Pleszy
Emilia Śniegoska zabiera nas do Bukowiny. Ale to nie jest pocztówkowa, skansenowa sielanka dla wielkomiejskich turystów spragnionych wyciszenia. To polska wieś w rumuńskich Karpatach – miejsce, które geograficznie i czasowo wypada z globalnego obiegu. Krajobraz opustoszały po bitwie z nieubłaganie mijającym czasem: mężowie w grobach, dzieci na emigracji zarobkowej wyglądające jedynie z ekranów smartfonów, a wokół dekoracje opuszczonych domów i huczący, surowy wiatr. W pojedynkę każda z tych kobiet byłaby tylko kolejną, smutną statystką w procesie powolnego wygaszania świata. Ale Hanka i Bronka zawarły jakiś niepisany, kosmiczny pakt o nieagresji z losem. Połączyły siły i stworzyły dwuosobową partyzantkę przetrwania.

Najwspanialsze w „Kumotrach” jest to, że Śniegoska nie robi z nich pomników cierpienia, a z ich starości czy trudów fizycznej orki na roli jedynie estetycznego obrazka. Ona z nimi po prostu siedzi w kuchni czy towarzyszy podczas spaceru na cmentarz. Dzięki temu dostajemy relację, która skrzy się humorem tak czystym i bezpretensjonalnym, że współczesne stand-upy mogłyby się od nich uczyć ciętej riposty. Ich rozmowy to połączenie nieugiętej, wiejskiej pragmatyki i dziewczęcego buntu przeciwko temu, że świat każe im już tylko cicho gasnąć. One nie gasną. One śpiewają, tańczą, kłócą się i dogryzają sobie z taką czułością, jakby czas nie miał nad nimi żadnej władzy.
A jednak, pod tą warstwą humoru, reżyserka genialnie i nienachalnie zarysowuje tło wielkiego niepokoju. Nad tą karpacką enklawą wisi przecież duchowa duchota naszych czasów – echo wojny pełgającej tuż za pobliską ukraińską granicą, lęk o dzieci, z którymi więź wisi na kapryśnym włosku zasięgu telefonicznego. I właśnie w tym klinczu strachu manifestuje się cała istota tego filmu. Hanka i Bronka pokazują, że w obliczu ostatecznych kryzysów nie uratują nas ani mądre książki, ani wykresy giełdowe. Uratować nas może tylko bezwzględna, codzienna obecność drugiego człowieka. Bycie dla siebie nawzajem buforem, który amortyzuje uderzenia rzeczywistości.

Międzyludzka tarcza kryzysowa
Reżyserka z pełną mocą podkreśliła, że jej intencją za nic w świecie nie było romantyzowanie prostoty ich egzystencji, ta cała wielkomiejska tęsknota za „slow life”. Bo prawda jest taka, że Hanka i Bronka to kobiety potężne, niezwykle silne fizycznie, które na co dzień najzwyczajniej w świecie się zacharowują. Dźwigają ten swój karpacki mikrokosmos na własnych barkach, rano i wieczorem, w realiach, gdzie znikąd nie ma ratunku i po prostu nie ma jak znaleźć kogo do pomocy.
I Śniegoska opowiedziała wtedy coś przepięknego: że kiedy kopała z nimi ziemniaki, sama będąc już na skraju fizycznego wycieńczenia, pot zalewał jej oczy, plecy odmawiały posłuszeństwa. I nagle w tym totalnym znoju Bronka i Hanka zaczęły coś wspólnie podśpiewywać. W tym jednym ułamku sekundy, zamiast ostatecznego załamania, reżyserka poczuła się niewytłumaczalnie, kompletnie szczęśliwa. Bo te kobiety – poprzez swoją organiczną więź z ziemią i sobą nawzajem – mają bezpośrednią styczność z jakimś nieznanym nam, ale może większym, pierwotnym sensem.
To dlatego natura w „Kumotrach” nie jest malowniczą tapetą – to trzeci, pełnoprawny bohater tego filmu, pulsujący własnym życiem. Zresztą, ta cała surowa codzienność zsynchronizowana jest z absolutnie genialnym zabiegiem: przez ekran przetacza się na pół metaforczna, przygrywająca bohaterkom orkiestra, która nadaje ich prozaicznym krokom godność antycznego dramatu i zarazem ludycznego święta. A operatorce Ewie Radzewicz udała się rzecz niesamowita – kamera w tym filmie jest do tego stopnia dyskretna, czujna i wtopiona w tło, jakby jej w ogóle tam nie było. Znika wszystko wokół, zostają tylko Bronka i Hanka.

To, że film stał się absolutnym hitem międzynarodowych salonów – od światowej premiery na Visions du Réel, przez kopenhaski CPH:DOX, aż po warszawski WATCH DOCS, gdzie zszokowani organizatorzy musieli naprędce domawiać dodatkowe seanse dla tłumów – jest w gruncie rzeczy bardzo symptomatyczne. Bo nagle w ciemności sali kinowej dostajemy tym babcianym obuchem w głowę. Hanka i Bronka mają coś, co dla wielu jest już jak technologia z obcej planety – idealny, organiczny balans czystej bliskości.
„Kumotry” to film piękny, mocny i poruszający, bo bezbłędnie lokalizuje nasz największy współczesny deficyt. To potężna lekcja o tym, że jedyną sensowną walutą na czas kryzysu jest drugie serce obok, które wybija ten sam co nasze rytm.
Ten ekranowy rytuał przejścia i czułości można odprawić już osobiście. Od 12 czerwca „Kumotry” oficjalnie w kinach.
![Dlaczego na filmie „Kumotry” pęknie wam serce (i bardzo dobrze!) [RECENZJA]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Fsmall_Kumotry_01_Still_1_4_1_36455417bb.jpg&w=1920&q=80)



![Premiera „Kolekcji prywatnej” Claude’a Bardouila w Nowym Teatrze [WYWIAD]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Flarge_DSC_08013_54ee98cfe7.jpg&w=1920&q=80)

![„The Witness” na Netfliksie: prawdziwa historia zabójstwa Rachel Nickell [RECENZJA]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Flarge_tw_101_unit_02253_resized_d61f8a94e5.jpg&w=1920&q=80)