Kolejki do wejścia podobne do tych przed bramami festiwali, prywatni kucharze towarzyszący wspinaczom i wyzysk społeczności lokalnych – czyli jak komercjalizacja najwyższego szczytu świata wpłynęła na alpinistyczne realia.
Przez stulecia Mount Everest postrzegana była jako mistyczny, niedostępny symbol ostatecznej granicy ludzkich możliwości. W Europie epoki wiktoriańskiej i edwardiańskiej nazywano ją nawet trzecim biegunem, nawiązując do statusu ostatniego niezdobytego punktu na ziemi. Dziś obraz ten jest diametralnie inny – w ciągu roku na Czomolungmę wchodzi od 600 do ponad 700 osób. Większości wspinaczy towarzyszą też lokalni przewodnicy.
Zważywszy na to, że na szczyt można wejść tylko w dwóch krótkich okresach w roku, podyktowanych oknami pogodowymi i siłą wiatru, tak duża liczba wspinaczy grozi kolejkami – które niejednokrotnie stanowią śmiertelne zagrożenie. Otoczona mityczną aurą góra stała się korporacyjnym produktem – a dla korporacji ważniejszy od etyki i bezpieczeństwa jest pieniądz. Ceny opłat za pozwolenia stale rosną, co nie idzie w parze z poprawą bezpieczeństwa czy regulacjami.
Dyskusję na temat zmiany realiów panujących na Mount Evereście zapoczątkował dziennikarz Will Cockrell, w swojej bestsellerowej książce „Everest, Inc.: The Renegades and Rogues Who Built an Industry at the Top of the World”. Dokumentuje on historyczną transformację najwyższego szczytu Ziemi i to, jak agencje górskie stworzyły gigantyczny rynek komercyjny.
Poszkodowani są właściwie wszyscy
Jeśli o tym, kto dostanie pozwolenie na wejście na szczyt, decyduje nie techniczne przygotowanie i umiejętności, tylko plik banknotów, możemy się domyślać, że coś jest nie tak. Kapitalistyczne podejście nie tylko redukuje patos góry, ale też powoduje realne zagrożenie dla wspinaczy – zarówno tych niewystarczająco doświadczonych, którzy porywają się z motyką na słońce, jak i najlepszych zawodników, którym tłok nie daje przestrzeni do działania.
To nie wspinacze są jednak głównymi poszkodowanymi. Lokalni pracownicy wysokogórscy, Szerpowie, nie są już tylko partnerami w wyprawie, ale pracownikami usługowymi, którzy ryzykują życie, budując trasy, niosąc luksusowe wyposażenie i ratując nieprzygotowanych klientów. Kiedyś cenieni jako eksperci, dziś zarabiają ułamek tego, co płacą klienci – od 2 do 5 tys. dolarów za sezon – wykonując najbardziej niebezpieczną pracę na świecie. Nie bez przyczyny jedna trzecia zgonów na górze to właśnie Szerpowie.
Na zewnątrz martwe ciała, a wewnątrz szampan i fotele do masażu
Wspinaczka na Mount Everest osobom z zewnątrz kojarzy się raczej z trudnymi, surowymi warunkami. Choć stereotyp ten czerpie z rzeczywistości, dziś stopień trudności zależy w dużej mierze od tego, jakie pieniądze zaangażujemy. Firmy oferują pakiety typu „luxury experience” w cenie od 100 000 do nawet 200 000 dolarów, reklamując je hasłami w stylu „niemożliwe nie istnieje” – co przyciąga osoby bez doświadczenia, wierzące, że kupują sukces. Liczba wspinaczy wzrasta, kolejki rosną, a błędne koło się zapętla.
W ramach luksusowych pakietów klienci otrzymują podgrzewane namioty z wielkimi łóżkami, telewizją satelitarną i prywatnymi łazienkami. W razie głodu mogą liczyć na prywatnych szefów kuchni, baristów i barmanów serwujących nielimitowanego szampana, a gdy najdzie ich ochota na chwilę relaksu – czekają na nich stoły do ping-ponga i masażyści w specjalnych namiotach spa.
Masowa sprzedaż pozwoleń prowadzi do rekordowego tłoku. Vlogerzy, instagramerzy i znane persony ścigają się na szczyt, dokumentując swoją ścieżkę. Choć znajdująca się na obszarze powyżej 8000 m n.p.m. strefa śmierci zasypana jest ludzkimi odchodami – które ze względu na temperaturę pozostają w nienaruszonym stanie od pierwszych, nierejestrowanych jeszcze wypraw – nie są one w stanie złamać patosu związanego ze zdobyciem szczytu.
Niskie temperatury konserwują nie tylko odchody, ale też ciała. Wspinacze w drodze po zwycięstwo mijają trupy zakonserwowane przez temperaturę w taki sposób, że określenie czasu, który spędziły leżąc na śniegu, zdaje się niemożliwe. Odkąd ludzie zapragnęli postawić stopę na Czomolungmie, nie było roku bez śmiertelnego wypadku. Stanowiące przestrogę – a i drogowskaz pomagający zidentyfikować drogę na szczyt – ciała w znacznej części pozostaną na górze na zawsze. Już teraz jest ich blisko 300.
W momencie, gdy o wycieczce na Dach Świata decydują nie umiejętności, kondycja fizyczna czy stan zdrowia, tylko zasobność portfela, wysokogórski cmentarz coraz częściej zbiera żniwo. Może więc warto zastanowić się, czy nasza ulubiona influencerka albo śmieszny vloger dokumentujący wspinaczkę w formie „challenge'u” na pewno robią coś, za co powinniśmy ich podziwiać.



![Premiera „Kolekcji prywatnej” Claude’a Bardouila w Nowym Teatrze [WYWIAD]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Flarge_DSC_08013_54ee98cfe7.jpg&w=1920&q=80)

![„The Witness” na Netfliksie: prawdziwa historia zabójstwa Rachel Nickell [RECENZJA]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Flarge_tw_101_unit_02253_resized_d61f8a94e5.jpg&w=1920&q=80)




