Dante potrzebował dziewięciu kręgów i Wergiliusza za przewodnika, żeby opisać piekło. Nicolas Winding Refn potrzebuje jednego futurystycznego hotelu, mgły gęstej jak dym papierosowy w klubie z lat 80. i skórzanego płaszcza z ćwiekami.
Nicolas Winding Refn nie żył przez dwadzieścia minut i – powiedzmy sobie szczerze – wrócił stamtąd, gdziekolwiek był, Refnem jeszcze bardziej niż wcześniej. 24 lipca do polskich kin wchodzi „Jej piekło”, jego pierwszy pełny metraż od dekady, i jest to film, który w Cannes dostał owację na stojąco trwającą dwanaście minut – sala biła brawo długo i ze łzami w oczach (dosłownie – Sophie Thatcher się rozpłakała), ale prasa, jak to zwykle u Refna, wyszła z seansu podzielona: ktoś napisze o hipnotycznej ekstrawagancji, ktoś inny o kinie „borderline unwatchable”.
Fabuła u Refna to zawsze trochę alibi dla mise-en-scène: w futurystycznej metropolii, którą spowija mgła gęsta jak zupa, na wolność wydostaje się nieuchwytna, śmiercionośna istota polująca na młode kobiety. Elle (w tej roli Sophie Thatcher, wschodząca gwiazda znana m.in. z „Yellowjackets”), znudzona życiem dziedziczka fortuny, tonie w złotej klatce apartamentowców swojego ojca-celebryty. Szeregowy K. (Charles Melton, zaangażowany ze względu na miłość dzieci Refna do serialu „Riverdale”) przemierza noc w poszukiwaniu córki uwięzionej w Piekle, bo u Refna – jak zwykle – wszystkie dramaty są w gruncie rzeczy dramatami rodzinnymi, tylko podanymi w rękawiczkach nabijanych diamentami. Dosłownie: głównym antagonistą jest tu bowiem zabójca zwany Leather Man, którego atrybutem są rękawice rozrywające klatki piersiowe kobiet cierpiących na deficyt ojcowskiej miłości. Jung zaciera ręce, a Freud żałuje, że sam wcześniej tego nie zekranizował.
I tu robi się ciekawie, bo Refn od dawna kręci de facto sesje terapeutyczne przebrane za kino gatunkowe, tym razem balansując na granicy horroru psychologicznego i surrealistycznego thrillera neon-noir. Leży jednak nie na kozetce, a na neonowym asfalcie. Leather Man to nie tyle seryjny zabójca, co Jungowski Cień w formie ludzkiej – uosobienie wszystkiego, co bohaterki wyparły, żeby móc dalej funkcjonować w błyszczącym, patriarchalnym świecie ojców-celebrytów i córek-trofeów. Mgła, która połyka miasto, działa właściwie jak zbiorowa nieświadomość: nieprzenikniona, wspólna, w której każda z postaci błądzi w poszukiwaniu tego samego archetypu – nieobecnego, wszechmocnego Ojca, wokół którego kręci się cała ta karuzela pożądania i przemocy. Elle i K. to zaś klasyczna para anima i animus, tyle że u Refna anima nosi szpilki od Louboutina, a animus jedzie na misję ratunkową niczym z kampanii reklamowej wojska.
Druga szansa na życie
Trzy lata temu, z powodu problemów z sercem, Refn doświadczył dwudziestu minut śmierci klinicznej. Całe szczęście wrócił i uznał, że skoro dostał szansę na drugie podejście, nie będzie się już więcej hamował – żadnych ograniczeń, żadnych kompromisów, czysty instynkt w stereo. Bohater grany przez Charlesa Meltona to jego alter ego: mężczyzna, który nie może umrzeć, pchany koniecznością powrotu do córki. Rzadko kiedy metafora autobiograficzna jest aż tak dosłowna i aż tak skuteczna zarazem – to ten rodzaj kina, w którym reżyser nie chowa traumy między wersami, tylko wystawia ją na wybieg, w neonie i przy dźwiękach syntezatora.
Refn powraca w momencie, gdy letni repertuar kinowy rozpięty jest między blockbusterową rozrywką – od wielkiej epopei historycznej „Odysei” po najnowszego „Spider-Mana”. „Jej piekło” jest na tym tle propozycją radykalną: to kino autorskie w stanie czystym, wymagające od widza pełnego oddania. Warto pamiętać, że za tą wizualną przesadą stoi człowiek, który sam przyznaje się do daltonizmu. Refn widzi świat w ograniczonym spektrum, co paradoksalnie wymusza na nim operowanie kolorami z taką precyzją i kontrastem – fioletem, błękitem i karmazynem – że stają się one jego znakiem rozpoznawczym.
To podejście publiczność kojarzy doskonale z jego wcześniejszych dokonań. Dla wielu widzów Refn to wciąż przede wszystkim twórca kultowego „Drive”, który zmienił zasady gry w kinie akcji, czy wizualnie brutalnego „Neon Demon”, w którym moda i piękno stawały się narzędziami zbrodni. „Jej piekło” jest naturalną kontynuacją tej drogi.
Giallo z Blade Runnera pożyczone
Za zdjęcia odpowiada Magnus Nordenhof Jønck, współpracujący z NWR przy netflixowej „Kowbojce z Kopenhagi”. Muzykę skomponował Pino Donaggio, legenda kojarzona z Brianem De Palmą i Dariem Argento, więc jeśli ktoś się zastanawiał, czy „Jej piekło” będzie brzmiało jak włoski horror z lat 70. reanimowany syntezatorami – tak, dokładnie tak.
W Cannes „Jej piekło” było jedną z największych niespodzianek festiwalu – i jedną z najbardziej dzielących. Krytycy pisali o „mrocznym pięknie”, o „hipnotycznej ekstrawagancji”, ktoś nazwał to „reklamą perfum, która trwa dwie godziny” – i miał to być zarzut, ale zabrzmiało jak najwyższa forma pochwały, bo u Refna forma zawsze była funkcją, a fabuła jest zaledwie rusztowaniem dla pejzażu neonów.
„Jej piekło” wejdzie do polskich kin już 24 lipca. W obsadzie: Charles Melton, Sophie Thatcher, Kristine Froseth i Diego Calva.
![Powrót zza światów. Reżyser „Drive” po 10 latach przerwy prezentuje „Jej piekło” [ZWIASTUN]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Fsmall_Her_Private_Hell_FTR_4_K_239_2400_R709_G24_Picturelock_v15_GRADE_01_21_06_08_0000_879ec68386.jpg&w=1920&q=80)


![Tom Cruise nie do poznania w „Digger” [ZWIASTUN]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Flarge_tom_cruise_png_237061d5c5.jpeg&w=1920&q=80)






