El Alto, miasto-satelita La Paz, jest najwyżej położoną metropolią świata i może dlatego nikt tu nie ma czasu na subtelności. Między szarymi blokami z cegły, jak grzyby po (bardzo kolorowym) deszczu, wyrastają fasady, które przypominają odlot w świat futurystycznych miniatur.
Idziesz sobie szarą, pylistą ulicą, między straganami z pomarańczami i warsztatami wulkanizacyjnymi, i nagle – bam – wyrasta przed tobą coś, co wygląda jak pałac Montezumy po skrzyżowaniu z Bumblebee'em. Fasada w turkusach, fuksji i złocie, geometryczne wzory jak z tkaniny aguayo (tyle że powiększone razy tysiąc), a na szczycie budynku – bo jakże inaczej – oszklona willa z widokiem na ośnieżone Illimani. To nie efekt żadnego kolektywnego szaleństwa czy psychodeliczne omamy, a neo-andyjska architektura, i El Alto zamieniło się de facto w jej stolicę.
Estetyka w reżyserii Michaela Baya
Zapomnijcie o szarym betonie, minimalizmie i „mniej znaczy więcej”. Tu obowiązuje odwrotna filozofia: więcej znaczy więcej, a im więcej, tym lepiej i lepiej. Elewacje neo-andyjskich budynków to przede wszystkim psychodeliczne kompozycje inspirowane kamiennymi rzeźbami z prekolumbijskiego miasta Tiwanaku – dawnej siedziby władzy Aymara. Andyjski krzyż, bogini Pachamama, motywy zoomorficzne i wzory z tradycyjnych sukien cholitas zostają przetworzone w skomplikowane geometryczne kształty, które stają się schodkowymi szczytami, organicznymi krzywiznami i wybuchowymi paletami barw budynków.
Kolory nie są tu przypadkowe. Architekt czerpie z barw awayo – tęczowych chust, w których boliwijskie matki noszą swoje dzieci. Wnętrza dorównują poziomem ekstrawagancji – gipsowe formy malowane farbami olejnymi w technikolorowej gamie, oświetlenie LED, żyrandole i lustra multiplikujące wszystko w nieskończoność. Trochę jakby dyskoteka z lat 80. wzięła ślub z andyjską świątynią.
Niektórzy naśladowcy idą w to dosłownie: jeden z lokali eventowych ma na fasadzie replikę głowy Iron Mana, inny – Bumblebee'a wykutego w metalu, żywicy i światłowodach, „w stu procentach boliwijskiego", jak deklaruje twórca figur, Ramiro Sirpa. Dzieje się to naprawdę, nie w fanowskim renderze.
Freddy Mamani: gwiazda rocka z kielnią
Bohater tej historii nie nosił nigdy fartucha z pracowni architektonicznej i nie kończył prestiżowej uczelni projektowej. Freddy Mamani Silvestre urodził się w 1971 roku w Catavi, a jako sześciolatek przeprowadził się z rodziną do El Alto, gdzie – tak jak jego ojciec – zaczynał jako murarz. Marzył o architekturze, ale praca fizyczna nie zostawiała czasu na studia dzienne, więc dyplomy z budownictwa lądowego i inżynierii zdobywał zaocznie, na Universidad Mayor de San Andrés i Universidad Boliviana de Informática.
To właśnie clou tej historii – winny całego zamieszania nie projektuje przy komputerze. Rysuje szkice na ścianie albo tłumaczy ekipom na głos, z ręką w powietrzu, jak dyrygent, który zamiast orkiestry ma brygadę murarzy. Od 2005 roku, gdy zaprojektował swój pierwszy budynek, wzniósł już ponad sześćdziesiąt cholet rozsianych po panoramie El Alto, miasta leżącego prawie cztery tysiące metrów nad poziomem morza.
Nazwa „cholet” to zresztą osobna opowieść – połączenie słów „chalet” i „cholo”, tego drugiego określenia używanego niegdyś pogardliwie wobec osób mieszanego pochodzenia, dziś dumnie przejmowanego przez samych zainteresowanych. Mamani wolałby jednak, żeby nikt tak jego dzieł nie nazywał – sam mówi o „nowej architekturze andyjskiej" i podkreśla, że jego budynki to sposób na promowanie kultury i tożsamości rdzennej ludności poprzez architekturę. Dla niego to jak manifest odzyskanego głosu, nie fanaberia bogaczy.
A klienci? Nowa klasa średnia i wyższa Aymara – transportowcy, handlarze, przedsiębiorcy, którzy w ostatnich dekadach przekształcili El Alto w przestrzeń handlowej nadwyżki, akumulacji kapitału i inwestycji, jak ujmuje to socjolog cytowany przez „Inside Story”. Budynki Mamaniego kosztują od dwustu tysięcy do miliona dolarów i więcej – to inwestycja, deklaracja, pomnik postawiony sobie za życia. Każdy z nich działa zresztą jak mała maszynka do zarabiania pieniędzy: na parterze sklepy, wyżej sale balowe pod wesela i quinceañery, na samej górze mieszkanie właściciela – luksusowy penthouse, z którego rozciąga się widok na ośnieżone szczyty.
Zderzenie gustów
I tu dochodzimy do sedna sprawy, bo zachodnie oko, wytresowane na szarościach betonu i szkła, patrzy na to wszystko z mieszaniną zachwytu i lekkiego zakłopotania. Na forach architektonicznych typu ArchitecturalRevival ludzie kłócą się do białości: kicz czy geniusz? Postmodernistyczny żart czy poważny projekt tożsamościowy? Odpowiedź, rzecz jasna, brzmi: jedno i drugie, jak to zwykle bywa.
Bo w Europie architektura od dawna boi się koloru i ozdoby. „Ornament to zbrodnia” – powiedział ktoś sto lat temu i cały kontynent wziął to sobie zbyt mocno do serca. W El Alto ornamentowi do zbrodni daleko, tu jest to język, dech w piersi i pełen system nerwowy. Dziekan wydziału architektury w La Paz mówi wprost o „dekolonizacji porządku symbolicznego” – co może brzmi jak żargon, dopóki nie stanie się pod jedną z tych fantazyjnych fasad.
Boliwijski luksus nie prosi Europy o aprobatę. Podczas gdy zachodnie metropolie budują swoje szklane drapacze chmur, które wyglądają jak kopiuj-wklej z Dubaju do Frankfurtu, El Alto robi coś odwrotnego – odrzuca minimalistyczne i barokowe style preferowane przez architektów wykształconych w tradycji zachodniej i buduje swój niepodrabialny, poza katalogami rozrastający się, estetyczny dialekt.
Fajerwerki w świecie betonozy
Świat architektury – ten globalny, korporacyjny, budżetowy – robi się coraz bardziej jednakowy. Szklane fasady od Singapuru po Warszawę, te same odcienie szarości, ten sam „nowoczesny minimalizm”. Wszystko zaczyna przypominać poczekalnię na lotnisku – czystą i funkcjonalną, ale całkowicie pozbawioną jakiejś tej mistycznej atmosfery czy bardziej dosłownie, duszy.
I właśnie dlatego potrzebujemy El Alto. Potrzebujemy miast, które nie proszą o przeprosiny za to, że są za głośne, za kolorowe, za bardzo, „za dużo”. Potrzebujemy budynków-Transformersów, elektryzujących potworów z kolorowej plasteliny, kiczowatych pałaców wyrosłych prosto z chaosu bazarowych uliczek, bo to one przypominają nam, że architektura nie musi być cicha, żeby być poważna. Może krzyczeć. Może się śmiać. Może nosić złoto i turkus jednocześnie, i mieć przy tym pełną rację.
Freddy Mamani zbudował coś więcej niż sale balowe i penthousy z widokiem na Illimani. Zbudował dowód na to, że tożsamość da się murować, cegła po cegle, kolor po kolorze, na wysokości, na której inni ledwo łapią oddech. A my, ludzie z nizin, ze świata przeszklonych biurowców i beżowych osiedli, możemy tylko patrzeć w górę – dosłownie i w przenośni – i zazdrościć tej odwagi.











