Najpierw liczba: 4,42. Tyle wrogich cywilizacji pozaziemskich może, wedle konkretnych obliczeń matematycznych, ukrywać się gdzieś na Drodze Mlecznej.
Nie jako metafora, lecz jako wynik realnego eksperymentu myślowego, który trafił na łamy arXiv, a stamtąd na pierwsze strony serwisów naukowych. Alberto Caballero nie jest astrofizykiem. Jako doktorant zajmuje się międzynarodowymi konfliktami na hiszpańskim Uniwersytecie Vigo. Człowiek od wojen zapytał: czy kosmos też je toczy?
Miara agresji
Caballero zebrał dane o liczbie konfliktów zbrojnych na Ziemi w latach 1950–2022. W tym czasie wojnę, najazd lub inwazję na różną skalę wywołało 51 państw ze 195 istniejących. Na szczycie listy znalazły się Stany Zjednoczone z 14 konfliktami zbrojnymi. Ten detal Caballero zostawia bez komentarza, co można to uznać za powściągliwość akademicką.
W kolejnym kroku Caballero oszacował prawdopodobieństwo, że dany kraj wywoła wojnę, uzależniając je od udziału wydatków na wojsko w globalnych wydatkach zbrojeniowych. I tu ponownie przodowały Stany Zjednoczone – ich wydatki wojskowe stanowiły 38 procent wszystkich pieniędzy lokowanych w sektorze zbrojeniowym w badanym okresie.
Sumując skłonności poszczególnych krajów i dzieląc przez ich liczbę, Caballero otrzymał wskaźnik 0,028 procent i uznał go za aktualne prawdopodobieństwo, że ludzkość dokonałaby inwazji na obcą cywilizację.
Skala Kardaszowa i 259 lat cierpliwości
Liczba 0,028 procent to dopiero punkt wyjścia w tym eksperymencie. W następnym kroku Caballero wykorzystał skalę Kardaszowa, żeby oszacować, kiedy Ziemianie byliby w stanie opanować podróże międzygwiezdne. Uzależniając zaawansowanie technologiczne od ilości gromadzonej energii, policzył, że od tego etapu dzieli nas jeszcze około 259 lat.
Po przyjęciu założenia, że ludzka skłonność do inwazji maleje z czasem, wyszło mu, że za dwa i pół wieku ryzyko, iż nasi następcy wybiorą się na gwiezdną wojnę, wynosi 0,0014 procent. Trzeba przyznać, że to optymistyczne założenie. Prawda jest taka, że gdyby nie brak możliwości technologicznych, prawdopodobnie poszlibyśmy się bić z obcymi natychmiast.
15 tysięcy cywilizacji i cztery złe
Ostatni krok był ekstrapolacją na pełną skalę. Caballero wykorzystał szacunki SETI z 2012 roku oceniające, na ilu planetach w galaktyce może istnieć życie. Mówią one, że tylko w obrębie Drogi Mlecznej może istnieć 15 tysięcy innych cywilizacji. Jeśli miałyby podobną jak ludzka skłonność do agresji, wrogich byłoby około czterech, dokładnie 4,42.
Ale jest haczyk – i to istotny. Jeśli taka cywilizacja miałaby być dodatkowo cywilizacją Typu 1 na skali Kardaszowa, czyli zdolną do podróży międzygwiezdnych, wynik obliczeń Caballero spada poniżej jednego. Innymi słowy: cztery wrogie cywilizacje istnieją prawdopodobnie tylko w teorii. Wróg bez paszportu kosmicznego jest wrogiem wyłącznie na papierze.
Asteroida groźniejsza niż kosmici
Caballero nie ukrywa, że jego szacunki są uspokajające. Jak sam przyznał w artykule: prawdopodobieństwo, że obca cywilizacja, z którą nawiążemy kontakt, zaatakuje nas, jest dwa rzędy wielkości mniejsze niż prawdopodobieństwo, że w Ziemię uderzy mordercza asteroida. Skoro asteroidy traktujemy jako realne ryzyko i wydajemy miliardy na programy wczesnego ostrzegania, o kosmitów możemy być chwilowo spokojni.
Rozumowanie Caballero budzi wiele zastrzeżeń. Po pierwsze, jego podstawą są dane o konfliktach na Ziemi z zaledwie siedemdziesięciu lat. Po drugie, opiera się na ryzykownym założeniu, że skłonność do agresji potencjalnych kosmitów będzie odpowiadała ludzkiej. Jeśli dołożyć do tego ogromne odległości w kosmosie, ryzyko wojny z obcą cywilizacją spada praktycznie do zera.
Na arXiv pojawił się też bezpośredni kontrartykuł autorstwa Emory'ego Taylora, który wprost zarzuca Caballero stosowanie wątpliwych hipotez i pomijanie istotnych parametrów, konkludując, że metodologię i szacunki należy odrzucić.
Po co w ogóle to liczyć?
Caballero zaznaczył, że wyniki jego pracy mogą służyć jako punkt wyjścia do międzynarodowej debaty o wysyłaniu pierwszych poważnych wiadomości radiowych w kierunku pobliskich, potencjalnie zamieszkałych planet.
Debata o METI, aktywnym wysyłaniu sygnałów w kosmos, toczy się od dekad. Stephen Hawking ostrzegał, że transmisje radiowe mogą ujawnić nasze istnienie potencjalnie wrogim cywilizacjom dysponującym przewagą technologiczną, co stanowiłoby egzystencjalne zagrożenie dla ludzkości. Jednak część naukowców uważa, że ta obawa jest spóźniona – każda cywilizacja zdolna do podróży międzygwiezdnych już dawno wiedziałaby o naszym istnieniu, bo w ciągu 200 lat ludzkość sama będzie w stanie wykryć wyciek promieniowania radiowego Ziemi z odległości 500 lat świetlnych.
Nie ma się gdzie schować. Jesteśmy już na mapie.
Liczba 4,42 jest tyleż fascynująca, co bezużyteczna i Caballero chyba o tym wiedział. Fascynująca, bo pokazuje, że nawet pytania kosmiczne można przeformułować na język prawdopodobieństwa. Bezużyteczna, bo opiera się na założeniu, że wszechświat zachowuje się jak powiększona wersja historii człowieka. A dotychczasowe dowody na to, że tak jest są dokładnie żadne.


![Premiera „Kolekcji prywatnej” Claude’a Bardouila w Nowym Teatrze [WYWIAD]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Flarge_DSC_08013_54ee98cfe7.jpg&w=1920&q=80)
![„The Witness” na Netfliksie: prawdziwa historia zabójstwa Rachel Nickell [RECENZJA]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Flarge_tw_101_unit_02253_resized_d61f8a94e5.jpg&w=1920&q=80)






