W świecie, w którym moda wymyka się tradycyjnym ramom, a konsument kupuje nie tylko produkt, ale też filozofię marki, platformy sprzedające modę luksusową mierzą się z niełatwym zadaniem. O tym, jak stworzyć platformę łączącą w sobie cechy sklepu, platformy e-commerce, klubu i przestrzeni artystycznej opowiada nam Kaja Wrzeszcz.
Streetwear przez lata był kontrkulturą, dziś jest częścią luksusu. Czy moda uliczna jeszcze potrafi być antysystemowa?
To, co narodziło się na styku ulicy, muzyki, sportu i potrzeby kulturowej autonomii, dziś funkcjonuje w tych samych przestrzeniach, które przez dekady definiowały establishment. Streetwear nie przestał być antysystemowy dlatego, że wszedł do świata luksusu – przestał nim być wtedy, gdy zaczął kopiować własny język.
Prawdziwa kontrkultura zawsze wynikała z odwagi redefiniowania norm. Dziś jednak bunt przybiera znacznie subtelniejsze formy. Manifestuje się w sposobie budowania społeczności, w transparentności procesów, w świadomym odrzucaniu nadprodukcji, w redefinicji statusu, płci czy sukcesu. Współczesny streetwear nie walczy już z systemem z zewnątrz, za to coraz częściej przeprogramowuje go od środka.
PRM funkcjonuje pomiędzy modą luksusową i uliczną. Ale czy ten podział w ogóle jeszcze istnieje?
Istnieje, ale raczej jako historyczne odniesienie niż realna granica. Współczesna moda przestała poruszać się w linearnych kategoriach: luxury, streetwear, sportswear, design, niche. Dziś najciekawsze zjawiska dzieją się pomiędzy nimi. To właśnie w tej przestrzeni powstaje nowy język aspiracji; mniej hierarchiczny, bardziej intuicyjny, zakorzeniony w kulturze.
PRM naturalnie funkcjonuje w tym napięciu. Z jednej strony mamy selekcję marek premium i high-end, z drugiej sneakerową genealogię i silny komponent kulturowy. Nie próbujemy rozstrzygać, czy coś jest „luksusowe”, czy „streetwearowe”. Interesuje nas raczej, czy ma znaczenie, czy niesie za sobą kod i czy potrafi rezonować z ludźmi, którzy rozumieją modę jako formę ekspresji.
A czy streetwear może być uznany za sztukę?
Myślę, że bardziej adekwatne pytanie brzmi: dlaczego przez tak długi czas odmawialiśmy mu tego statusu? Jeżeli uznamy, że sztuka jest narzędziem interpretowania rzeczywistości, komentowania napięć społecznych, budowania nowych narracji i prowokowania emocji, to właściwie opisujemy obszar, w którym moda uliczna działa od lat. Różnica między nią, a sztuką w klasycznym rozumieniu polega wyłącznie na medium. Galerią nie jest już instytucja, galerią staje się miasto. Ciałem ekspozycyjnym zamiast ściany – człowiek.
Najbardziej fascynujące w modzie ulicznej jest to, że demokratyzuje doświadczenie estetyczne. Potrafi jednocześnie opowiadać o klasie społecznej, migracji, muzyce, technologii, tożsamości czy polityce, pozostając przy tym niezwykle intuicyjnym językiem wizualnym. Marki takie jak Undercover, Rick Owens czy Maison Margiela od dawna tworzą nie kolekcje, lecz intelektualne komentarze do współczesności. A to jest, w moim rozumieniu, jedna z najczystszych definicji sztuki.
Która marka w takim razie najlepiej rozumie język młodej kultury?
MM6 Maison Margiela wyjątkowo trafnie interpretuje współczesny lifestyle pomiędzy ekskluzywnością, funkcjonalnością a trendem. Od kilku sezonów bardzo świadomie redefiniuje codzienność poprzez modę: dekonstrukcję tailoringu, techniczne materiały i estetykę, która równie naturalnie funkcjonuje na fashion weeku, jak w realnym życiu.
Świetnie pokazują to ostatnie działania marki, szczególnie kolaboracja z Salomonem, gdzie performance wear spotyka się z luksusową dekonstrukcją. To dokładnie język współczesnej młodej kultury: mobilnej, hybrydowej, świadomej wizualnie, ale jednocześnie nastawionej na komfort i autentyczność.
Czy marki modowe mają dziś realny wpływ na rozwój kultury, czy raczej próbują się do niej podłączyć?
Jedno i drugie. Są marki, które traktują kulturę instrumentalnie – jako estetyczny zasób, który można szybko przełożyć na kampanię, zasięg albo sprzedaż. Takie działania zwykle bardzo szybko tracą wiarygodność, bo współczesny odbiorca doskonale wyczuwa różnicę między uczestnictwem a zawłaszczeniem. Równocześnie istnieją jednak też marki, które naprawdę współtworzą kulturę. Inwestują w ludzi, sceny, miejsca, wydarzenia i idee, zanim staną się one komercyjnie oczywiste. Nie przychodzą po gotowy trend, tylko pomagają stworzyć warunki, w których może się on rozwinąć. Dziś nie powinniśmy pytać, czy marka jest blisko kultury, tylko czy kultura ma z jej obecności jakąkolwiek wartość.
Częścią sklepu PRM jest kącik winylowy. Jak muzyka wpływa dzisiaj na modę?
Muzyka od zawsze była jednym z najczystszych nośników tożsamości, ale dziś jej rola jest być może jeszcze większa, bo w świecie przesytu wizualnego dźwięk ponownie staje się narzędziem budowania głębszej emocjonalnej więzi.
Każda ważna scena modowa miała swój soundtrack. Moda nigdy nie rozwijała się w ciszy. Dlatego obecność winyli w PRM nie jest detalem wnętrzarskim. To bardzo świadomy komunikat, że styl nie kończy się na garderobie. Styl to sposób, w jaki się ubierasz. Ale kultura to również to, czego słuchasz, z kim spędzasz czas i jakie historie kolekcjonujesz. I właśnie tam, moim zdaniem, zaczyna się prawdziwy luksus.
Czy w takim razie współpraca z młodymi twórcami daje dziś markom większą wiarygodność niż klasyczne kampanie reklamowe?
Jeżeli jest autentyczna, zdecydowanie tak. Współczesny odbiorca dorastał w świecie permanentnej ekspozycji na komunikaty marketingowe, więc ma niezwykle wyostrzony radar na wszystko, co jest wyreżyserowane, przewidywalne albo tworzone wyłącznie pod algorytm. Klasyczna kampania nadal może budować zasięg, ale młodzi twórcy wnoszą coś, czego nie da się kupić mediowym budżetem: własny język, własną społeczność, własny kapitał kulturowy. Oczywiście pod jednym warunkiem, że marka naprawdę dopuszcza ich perspektywę do współtworzenia narracji.
A co najbardziej interesuje dzisiejszych klientów: moda, sztuka czy wpasowywanie się w konkretną estetykę?
Myślę, że najbardziej interesuje ich tożsamość. Moda, sztuka, design, muzyka, architektura, wellbeing czy gastronomia przestały funkcjonować jako osobne światy. Dziś są elementami jednego większego systemu kulturowego, poprzez który ludzie budują własny język.
Internet oczywiście przyspieszył zjawisko estetycznych kodów. Zewsząd atakują nas łatki takie jak quiet luxury, gorpcore, old money czy indie sleaze. Ale pod powierzchnią tych nazw kryje się coś znacznie głębszego: potrzeba przynależności i jednoczesnego wyróżnienia.
W takim razie czy współczesna moda nadal tworzy sceny i społeczności, czy już tylko chwilowe, internetowe mikrotrendy?
Mikrotrendy są dziś najbardziej widoczne, ale to społeczności pozostają najbardziej wartościowe. Trend może trwać tydzień, a estetykę można skopiować już w kilka godzin, jednak prawdziwe sceny – muzyczne, designerskie, modowe czy artystyczne – nadal powstają dokładnie tak jak kiedyś: wokół ludzi, wartości, miejsc i wspólnych doświadczeń. To, co się zmieniło, to tempo. Dawniej scena potrzebowała miasta. Dziś może powstać równocześnie w wielu miejscach, ale nadal potrzebuje realnych ludzi i realnych punktów styku, bo społeczności nadal powstają offline. Internet jedynie przyspiesza ich rezonans.
Moda nie istnieje bez kontekstu. Która z marek dostępnych w waszym sklepie rozumie to najlepiej?
Gdybym miała wskazać jedną, powiedziałabym, że Rick Owens. Nie dlatego, że jest najbardziej rozpoznawalny. Wręcz przeciwnie – dlatego, że od dekad pozostaje całkowicie konsekwentny wobec własnego świata. Owens nie projektuje ubrań, tylko system wartości, architekturę ciała, sposób poruszania się, relację z przestrzenią, a wręcz pewien rodzaj egzystencjalnej postawy. To marka, która nigdy nie próbowała podążać za trendem, i właśnie dlatego sama stała się kulturowym punktem odniesienia. Od kiedy pamiętam to moja ulubiona marka.
PRM oferuje kuratorską selekcję – jakie kryteria musi spełniać marka, żeby znaleźć się w tym elitarnym gronie?
Produkt jest dopiero początkiem. Oczywiście analizujemy jakość wykonania, design, potencjał komercyjny czy pozycjonowanie. Ale to są jedynie warunki wejścia.
Znacznie ważniejsze pytania brzmią: Czy marka wnosi coś nowego do kultury? Czy posiada własny, rozpoznawalny kod? Czy buduje świat, a nie tylko kolekcję? Czy jest konsekwentna? Czy za estetyką stoi realna idea? Interesują nas marki, które mają coś do powiedzenia.
Czy w takim razie współpraca z młodymi twórcami daje dziś markom większą wiarygodność niż klasyczne kampanie reklamowe?
Jeżeli jest autentyczna, zdecydowanie tak. Współczesny odbiorca dorastał w świecie permanentnej ekspozycji na komunikaty marketingowe, więc ma niezwykle wyostrzony radar na wszystko, co jest wyreżyserowane, przewidywalne albo tworzone wyłącznie pod algorytm. Klasyczna kampania nadal może budować zasięg, ale młodzi twórcy wnoszą coś, czego nie da się kupić mediowym budżetem: własny język, własną społeczność, własny kapitał kulturowy. Oczywiście pod jednym warunkiem, że marka naprawdę dopuszcza ich perspektywę do współtworzenia narracji.
A co najbardziej interesuje dzisiejszych klientów: moda, sztuka czy wpasowywanie się w konkretną estetykę?
Myślę, że najbardziej interesuje ich tożsamość. Moda, sztuka, design, muzyka, architektura, wellbeing czy gastronomia przestały funkcjonować jako osobne światy. Dziś są elementami jednego większego systemu kulturowego, poprzez który ludzie budują własny język.
Internet oczywiście przyspieszył zjawisko estetycznych kodów. Zewsząd atakują nas łatki takie jak quiet luxury, gorpcore, old money czy indie sleaze. Ale pod powierzchnią tych nazw kryje się coś znacznie głębszego: potrzeba przynależności i jednoczesnego wyróżnienia.
W takim razie czy współczesna moda nadal tworzy sceny i społeczności, czy już tylko chwilowe, internetowe mikrotrendy?
Mikrotrendy są dziś najbardziej widoczne, ale to społeczności pozostają najbardziej wartościowe. Trend może trwać tydzień, a estetykę można skopiować już w kilka godzin, jednak prawdziwe sceny – muzyczne, designerskie, modowe czy artystyczne – nadal powstają dokładnie tak jak kiedyś: wokół ludzi, wartości, miejsc i wspólnych doświadczeń. To, co się zmieniło, to tempo. Dawniej scena potrzebowała miasta. Dziś może powstać równocześnie w wielu miejscach, ale nadal potrzebuje realnych ludzi i realnych punktów styku, bo społeczności nadal powstają offline. Internet jedynie przyspiesza ich rezonans.
Moda nie istnieje bez kontekstu. Która z marek dostępnych w waszym sklepie rozumie to najlepiej?
Gdybym miała wskazać jedną, powiedziałabym, że Rick Owens. Nie dlatego, że jest najbardziej rozpoznawalny. Wręcz przeciwnie – dlatego, że od dekad pozostaje całkowicie konsekwentny wobec własnego świata. Owens nie projektuje ubrań, tylko system wartości, architekturę ciała, sposób poruszania się, relację z przestrzenią, a wręcz pewien rodzaj egzystencjalnej postawy. To marka, która nigdy nie próbowała podążać za trendem, i właśnie dlatego sama stała się kulturowym punktem odniesienia. Od kiedy pamiętam to moja ulubiona marka.
PRM oferuje kuratorską selekcję – jakie kryteria musi spełniać marka, żeby znaleźć się w tym elitarnym gronie?
Produkt jest dopiero początkiem. Oczywiście analizujemy jakość wykonania, design, potencjał komercyjny czy pozycjonowanie. Ale to są jedynie warunki wejścia.
Znacznie ważniejsze pytania brzmią: Czy marka wnosi coś nowego do kultury? Czy posiada własny, rozpoznawalny kod? Czy buduje świat, a nie tylko kolekcję? Czy jest konsekwentna? Czy za estetyką stoi realna idea? Interesują nas marki, które mają coś do powiedzenia.








