Jak powstał album „Seabloom” Kasi Klimczyk, znanej pod pseudonimem Lass? Czy Kelela nie zapomina, jak tworzy się hity? Dlaczego album „Enjoy!” jest idealnym dowodem na to, że jazz nie jest muzyką elit? Na te i wiele innych pytań odpowiedzi znalazła Magda Chemicz, która zaprasza do świata typów muzycznych.
Mój nowy adres to morze
Taką wiadomością powitała mnie Kasia Klimczyk, znana szerzej jako Lass. Przyznała, że przy okazji tworzenia albumu „Seabloom” jej życie stanęło na głowie – zrezygnowała z życia według schematu: „studia, praca, kredyt, dzieci” i rzuciła się na głęboką wodę, zamieniając stały ląd na życie na łódce. „Seabloom wyrósł z tej zmiany – z podróży, życia na morzu i bycia w ruchu, ale też z relacji – z rozkwitania razem z kimś i ze sobą. To dla mnie soundtrack drogi – muzyka, która towarzyszy mi cały czas, czy to w samochodzie, czy podczas tańca pod gołym niebem”, przyznaje. Brzmieniowo „Seabloom” to muzyka elektroniczna, będąca czymś więcej niż tylko klubowym doświadczeniem. Atmosferyczna i miękka wkleja się w codzienność, dając poczucie komfortu i przywołując na twarz uśmiech.
Poza pisaniem tekstów Kasia samodzielnie produkuje i komponuje swoje utwory. Na koncie ma dwa albumy i występy na międzynarodowych festiwalach, między innymi na koreańskim Zandari Festa. Jako przełomowy moment w swojej karierze podaje kupno komputera – to wtedy muzyka przestała być dla niej tylko wyobrażeniem o scenie, a stała się czymś realnym, co buduje własnymi rękami. Początki wspomina jako poszukiwanie idealnego brzmienia, dziś czuje się pewniej i ma więcej luzu. Podczas tworzenia „Seabloom” wystarczającym sygnałem, że numer jest dobry, było to, gdy słuchając go, podświadomie zaczynała tańczyć. Zmianę podejścia słychać też w sposobie śpiewania – wokale są bardzo bliskie, niemal szeptane. „Tym razem bardziej interesowało mnie to, czy ta muzyka realnie wspiera i daje energię, niż tylko czy dobrze oddaje moje emocje”, tłumaczy artystka.
Nie każda płyta wymaga przeniesienia życia na łódkę, ale słuchając „Seabloom”, trudno wyobrazić sobie, żeby mogło powstać w innych okolicznościach.
Angine de Poitrine
Duet muzyków twierdzących, że są trzystutrzydziestotrzyletnimi podróżnikami w czasie z innej planety, specjalizuje się w muzyce w stylu „mantra-rockowej dada pitego-kubistycznej orkiestry”. Brzmi abstrakcyjnie? Takie właśnie jest.
Pochodzący z Kanady Khn i Klek de Poitrine tworzą muzykę mikrotonową – wykorzystującą dźwięki leżące pomiędzy dźwiękami skali chromatycznej – i robią to w czasach, w których otacza nas bezkres przewidywalności, a generowane przez AI treści stanowią pięćdziesiąt procent serwowanej nam internetowej zupy. Większość algorytmów opiera się bowiem na matematycznej powtarzalności i dwunastotonowej skali, według której funkcjonuje większość zachodnich muzyków. U podstaw sukcesu kosmicznego duetu stoi zaś dokładne jej przeciwieństwo – polirytmia i kompozycje przypominające skomplikowane równania matematyczne, które zmuszają nasz mózg do pracy na najwyższych obrotach.
Przerysowanie rządzące muzyką widać też w warstwie wizualnej. Ich nietuzinkowe, przypominające piżamy stroje i maski z gigantycznymi nosami kontrastują z kunsztem muzycznym, który reprezentują – a jednak aspekt wizualny i foniczny łączy jedno: niesamowita dbałość o szczegół. Kropki pokrywają ich ciała od stóp (dosłownie) do głów, tak, że nie zdołamy dostrzec ani milimetra czystej skóry. Brzęczący język, którym posługują się zarówno na performansach, jak i podczas udzielania wywiadów, oraz znak illuminati trzymany na wysokości czoła podczas wypowiadania konkretnych słów sprawiają, że naprawdę zaczynamy wierzyć, iż stoją przed nami przedstawiciele innego świata.
Choć najbliżej im do math rocka, zapętlane przy użyciu licznych efektów dźwięki cechuje szeroki zakres wpływów – od progresywnego rocka lat 70., przez eksperymentalny jazz, funk i punk. Mają na koncie dwa albumy pełne sprzeczności i występ w radiu KEXP, który porwał ich na falę popularności. Sama nazwa nie jest przypadkowa: Angine de Poitrine to francuska nazwa choroby charakteryzującej się uciskiem na klatce piersiowej, będącym symptomem ataku serca. Gdy słucha się bowiem ich muzyki, oddech staje się ciężki, a serce przyspiesza. Nie jest to zespół, obok którego da się przejść obojętnie. Wielu twierdzi, że ich twórczość uleczyła internet, a jeden z fanów w komentarzu sugeruje, że nie tylko internet – wyznając, że zwolnił swojego terapeutę.
Muzyczny egalitaryzm
Muzyczny egalitaryzm to podejście, zakładające, że potrafiąc wiele i mając wielką wiedzę można tworzyć teksty lekkie i przyjemne w odbiorze, a nie przeładowane ciężarem. Artyści działający w tym nurcie dążą do prostoty i autentyczności, bazując swoją twórczość nie na wyliczonym planowaniu kariery, lecz emocjach, relacjach i wolności twórczej. W świecie, który zionie pretensjonalnością, to miła odmiana.
Nie znaczy to wcale, że twórcy działający w tym nurcie tworzą treści mało ambitne. Ich teksty i pseudonimy – Pola Nuda, bogdan sėkalski, czy vgtbl.pl, na który składają się Franek Warzywa (Franek Drażba) i Młody Budda (Adam Kiepuszewski) – kryją w sobie złośliwości i niezręczności, w zabawny sposób komentując otaczającą nas rzeczywistość. Ironiczne reportaże z życia codziennego pokazują, że o poważnych tematach można mówić niepoważnie, a o niepoważnych – odwrotnie.
Muzycznie brzmi to jak połączenie dialogów, które odbywamy w głowie z samymi sobą i podkładu w naszym ulubionym gatunku – zależnie od artysty, ery i konkretnej piosenki możemy trafić bowiem na indie, hyperpop, folk, lo-fi, czy taneczną elektronikę.
Grupa muzyków różni się doświadczeniem w branży, ale łączy ich chęć tworzenia — każdy z osobna angażuje się w projekty artystyczne z zupełnie różnych dziedzin. Dla całej czwórki bardzo ważna jest identyfikacja wizualna. Działają też na polu mediów internetowych oraz sztuk wizualnych – performansu, malarstwa, animacji i grafiki. Kreowane postaci, teledyski rodem z gier z lat 2000. i nieprzyjazna osobom z epilepsją oprawa koncertów idealnie zgrywają się z tekstami, które opowiadają o codzienności używając codziennych słów.
Choć śpiewają o różnych rzeczach, nietrudno domyślić się, że nie są sobie nawzajem obcy – i to nie tylko ze względu na liczne wspólne projekty. Twórczość całej czwórki jest w pewien sposób prosta, dziecięca i naiwna. Ale jak wielokrotnie podkreślali, naiwność nie jest pojęciem negatywnym – to właśnie niezręczności i dziwactwa budują nas jako ludzi. Najnowszy album vgtbl.pl, „VEGETABLES WORLDWIDE”, udowodnił, że ta filozofia działa też poza Polską: projekt został zauważony przez zagranicznych słuchaczy i krytyków. Naiwność okazała się eksportowa.
Jazz nie jest muzyką elit
Album, który narodził się z dziesiątek rozmów o muzyce z Michałem Urbaniakiem. Choć dzisiaj nie ma go już z nami, nasze uszy cieszy ostatni współtworzony przez artystę projekt. Urbaniak – skrzypek, saksofonista, jeden z twórców jazz fusion, człowiek, który grał z Milesem Davisem i Quincy Jonesem – od zawsze uważał, że bzdurą jest stereotyp, że jazz to muzyka elit, a hip-hop amerykańskich gangsterów. Oba gatunki mają poruszać emocjonalnie, nie imponować i pokazywać status intelektualny. Do wybranych jego kompozycji przymierzyła się grupa dziesięciu producentów, którzy spojrzeli na nie przez swoją soczewkę – a jako że każdy utwór produkował inny artysta, widzimy je w zupełnie różnym świetle. Na powstałej w ten sposób płycie „Enjoy!” jazzowe brzmienia mieszają się z elektroniką i rytmicznym hip-hopem.
Emocjonalny był też proces tworzenia. Choć praca nad albumem zaczęła się w 2025 roku, a Urbaniak intensywnie w niej uczestniczył, nie wszyscy zdążyli dopiąć projekty przed jego odejściem w grudniu. Jakub Janik, znany jako EXPO 2000, wspomina, że po wiadomości o śmierci kompozytora bardzo trudno było mu wrócić do projektu. „Wahałem się, czy forma, którą operuję, jest odpowiednia. Później doszło do mnie, że przecież nie pracujemy nad pośmiertną laurką dla Michała, tylko rozpoczęliśmy ten projekt jeszcze za jego życia”, opowiada. Wśród artystów pracujących przy projekcie znaleźli się też: weteran polskiego hip-hopu, członek Molesty Vienio, DJ Eprom, DJ POLKOMTEL, Kuba Kapsa, Julek Ploski, Quba Janicki, Envee, Krime i DJ Chederac.
Projekt zaczął się jeszcze za jego życia i tego nikt nie może zabrać ani płycie, ani jej słuchaczom. Tytułowe „Enjoy!” brzmi teraz jak ostatnie zaproszenie Urbaniaka – żeby nie żałować, tylko słuchać.
Kelela powraca w nowej odsłonie
„Muzyka nie ma być ucieczką od rzeczywistości, tylko pomóc nam w tej rzeczywistości przetrwać”, mówi artystka, tłumacząc swój proces twórczy. Choć od jej ostatniego albumu, zatytułowanego „Raven”, minęły już dwa lata, amerykańska piosenkarka etiopskiego pochodzenia nie zapomniała, jak tworzy się hity. Wyczyściła swoje social media, powracając po chwili z nowymi treściami.
„Idea 1”, singiel zapowiadający nową erę artystki, Kelela napisała podczas lektury „Przypowieści o siewcy” Octavii Butler – postapokaliptycznej powieści z 1993 roku, która w dobie dzisiejszych niepokojów społecznych alarmująco przypomina prognozę. Emanujący z książki dekadentyzm słychać w brzmieniu utworu – słyszalne na początku marzycielskie dźwięki gitary akustycznej po chwili rozsadza elektryczny szum, nad którym unosi się głos Keleli.
Piosenka nie przynosi odpowiedzi, ale nie zgadza się na odwracania wzroku. Bycie świadkiem, wchłanianie i mówienie prawdy w momencie, gdy świat się sypie, jest bowiem według artystki szczególnym rodzajem ciężaru, który nosi w sobie współczesny człowiek.
Drugi z wypuszczonych singli, „linknb”, powstał jako mantra, którą Kelela powtarzała sobie, by w okresie blokady twórczej zmusić się do pracy. Przewijające się w piosence słowa „new avatar” stały się tytułem zapowiadanego na lipiec albumu, wraz z którym artystka wprowadza fanów w zupełnie nowy świat.
Projekt łączący R&B z gitarowym brzmieniem i muzyką taneczną stanowi niejako klamrę kompozycyjną, odwołującą się do początków kariery Keleli, która zaczynała na waszyngtońskiej scenie indie, opierając się na gitarowych brzmieniach. Dopiero później skręciła w stronę muzyki klubowej i elektronicznej produkcji. Przewijająca się w najnowszych dziełach gitara nie wydaje się jednak resetem, tylko syntezą wszystkiego, co artystka tworzyła przez ostatnich piętnaście lat.
Ważnym elementem nowej odsłony jest też identyfikacja wizualna. Klip do „linknb” pokazuje Kelelę poprzez rozmyte, senne obrazy, kontrastowe kolory i odnośniki do wszechobecnego trendu na estetykę poprzedniej dekady. Czy w połączeniu ze współpracą z uwielbianą przez tłumy PinkPantheress okaże się to receptą na sukces? Może. Ale czy Kelela potrafi gotować według przepisu?
Typy to jeden z filarów każdego magazynu K MAG. Nasi redaktorzy i redaktorki dokładają wszelkich starań, żeby opowiedzieć wam o nietuzinkowych zjawiskach i wybitnych postaciach ze świata muzyki, sztuki, mody, dizajnu i filmu.










