Czym stoi młoda poezja? Nikt nie wie. O poezji wiemy tyle, że był sobie taki Julian Tuwim, a poza tym to Wisława Szymborska czy Rupi Kaur. Ale jest też ta młoda poezja – i warto ją czytać i kupować.
Joanna Łępicka
Pojawiła się na literackiej mapie wyraźnie, bo przeciw poezji. Jej debiutancki „Zeszyt ćwiczeń” z 2023 roku od razu zwrócił uwagę krytyków i jurorów, przynosząc jej nominację do Nagrody Literackiej Gdynia oraz kilka prestiżowych wyróżnień. Rok później przyszły kolejne: Gliwicka Nagroda Literacka za projekt drugiej książki i stypendium twórcze Krakowa.
Sama mówi o swoim pisaniu jako o „ruchu zawsze spóźnionym”, próbującym nadążyć za zmianą. To ważna deklaracja. Jej wiersze rzadko chcą być efektownymi manifestami czy wyrazistymi deklaracjami. Są raczej zapisem prób, potknięć, korekt, powrotów. Tytuł „Zeszyt ćwiczeń” nie jest więc metaforą: to program. Poezja jako notatnik, miejsce wprawek, nieustannego treningu, testowania form i dźwięków.
W jej pisaniu od początku widać świadomość tradycji – konstruktywizmu, surrealizmu, awangardy, poezji lingwistycznej – ale też brak nabożności wobec niej. Łępicka „odrabia lekcje”, po czym natychmiast zaczyna je podważać. Bierze na warsztat cudze rozwiązania, przestawia je, rozmontowuje, składa po swojemu. Nie chodzi jej o demonstrację erudycji, lecz o sprawdzenie, co jeszcze może zadziałać w języku.
Każdy wiersz może być pisany inaczej: raz gęsty od metafor, innym razem surowy, poszarpany, oparty na dźwięku. Łępicka lubi jukstapozycje, kontrasty, zderzanie rejestrów. Interesuje ją „wyrywanie się językowi” – moment, w którym słowa zaczynają żyć własnym życiem. Jednocześnie nie rezygnuje z kontroli: jej swoboda jest wypracowana, a nie przypadkowa.
W jednej z rozmów opowiadała o przypadkowym wspomnieniu wywołanym jazdą tramwajem przez śnieg: o butach suszonych przy piecu, zimnie, kuligu, lesie. Takie obrazy nie są dla niej anegdotą, lecz materiałem do budowania prywatnych przestrzeni, z których nie trzeba nikomu się tłumaczyć. Pisanie staje się tu sposobem „wrzucania myślenia w swoje miejsce”.
Bo to również historia odzyskiwania głosu. Łępicka otwarcie mówi, że długo nie było dla niej oczywiste, że może mówić jako podmiot wypowiedzi, że jej głos jest „do odczytania”. Dziś traktuje pisanie jako zabawę, eksplorację, przywilej swobody. Nie jest zainteresowana moralizowaniem ani udowadnianiem czegokolwiek. Jeśli trzyma w dłoni siatkę z dziurami – nie wini jej za to, że okazała się nieszczelna.
W jej poezji płeć i tożsamość nie są stabilnymi kategoriami. Swobodnie operuje zaimkami, zmienia rodzaj gramatyczny, unika jednoznaczności. Podkreśla, że „cały język jest jej”, nawet jeśli jest współdzielony. Nie traktuje tego jako manifestu ani eksperymentu – raczej jako naturalny sposób istnienia w języku. Dla niej próby jednoznacznego „dookreślania podmiotu” są zabójcze dla wiersza.
Jednym z najbardziej charakterystycznych wątków jej wypowiedzi jest idea „zabijania poezji”. Nie chodzi o destrukcję w sensie nihilistycznym, lecz o nieustanne niszczenie skostniałych form. Inspiruje ją fraza Tymoteusza Karpowicza: „mów, ale niszcz litery”. To postulat odpinania znaczeń od utartych torów, rozszczelniania sensów. Łępicka mówi o swojej relacji z poezją jak o trudnym romansie: kocha ją nieszczęśliwie, frustruje się, odrzuca, wraca, chce ją „zabić pisaniem”.
Pisanie to dla niej wysiłek i udręka, nie komfort. Mówi o sobie jako o osobie leniwej i wewnętrznie skonfliktowanej, dla której myślenie jest męczące. A jednak wciąż do niego wraca. Być może dlatego jej wiersze są tak napięte: powstają z oporu wobec samego procesu twórczego.
Niechętnie wpisuje się w kategorie poezji zaangażowanej. Gdy ktoś próbuje czytać jej teksty wyłącznie przez pryzmat tematów społecznych czy genderowych, reaguje irytacją. Nie dlatego, że neguje te problemy, lecz dlatego, że nie chce być do nich redukowana. Jej książka nie jest „problemowa” w prostym sensie – raczej wielogłosowa, pełna sprzecznych impulsów.
Łępicka to chodzące laboratorium.
Joanna Łępicka, fot. Anna MrózGustaw Owczarski
Należy do tych twórców, którzy od początku funkcjonują na styku kilku porządków: poezji, teorii, psychoanalizy, filozofii. Jest jednocześnie poetą i badaczem, redaktorem i organizatorem wydarzeń naukowych, współtwórcą pisma „Trytytka”, studentem psychoanalizy na GCAS. Ta wielość ról nie jest dodatkiem do jego pisania – ona w nim pracuje. Widać ją w sposobie budowania wiersza, w napięciu między emocją a konceptem, między doświadczeniem a jego analizą.
Owczarski to filozof.
Debiutancki tom „Trap Krypt” przyniósł mu od razu wyraźne uznanie: Nagrodę Krakowa Miasta Literatury UNESCO i wyróżnienie w Nagrodzie im. Kazimiery Iłłakowiczówny. Co ważne, książka powstała, gdy autor był jeszcze bardzo młody. To tom, który od razu narzuca własną poetykę – trudną, intensywną, niechętną kompromisom.
Owczarski pisze w sposób nerwowy, poszarpany, jakby koncentracja nie była w stanie utrzymać się na jednym wersie. Jego poezja jest fragmentaryczna, urywana, pełna powrotów i zapętleń. Czyta się ją nie jak opowieść, lecz zapis pracy pamięci i ciała: zrywami, błyskami, powrotami do tych samych punktów.
Ostatnio wydał kolejny tom – chodzi o „Od dwóch dni z mieszkania”, czyli jeden z najlepszych tomów, jaki ostatnio czytałem. To książka intymna, ale nie konfesyjna. Jeśli odsłania prywatność, to w sposób przetworzony, zapośredniczony przez język i strukturę. To nie jest Gustaw, którego spotkamy w jednym z warszawskich barów, gdzie będzie gadać o francuskich filozofach. Owczarski chce, byśmy w to uwierzyli. Można odnieść wrażenie autofikcji, lecz szybko okazuje się, że nie chodzi tu o „opowiadanie o sobie”. Raczej o rekonstrukcję doświadczenia w samym działaniu tekstu.
Przestrzeń tej poezji jest zaskakująco ograniczona: kanapa, łóżko, suszarka, kaloryfer, pranie, wilgotna skarpeta, zapach. To świat wnętrza – studenckiego mieszkania, rodzinnego domu, miejsca tymczasowego. Nie jest to jednak realistyczny opis codzienności. Te przedmioty działają jak nośniki pamięci, afektu, traumy. Tekst zaczyna funkcjonować jak maszyna wspomnień, nie zapis zdarzeń.
Dom u Owczarskiego nie jest bezpiecznym schronieniem. Staje się archiwum emocji, napięć i powrotów. Kanapa pamięta więcej niż ludzie. Zapach staje się narracją. Mechanizm jej rozkładania – historią relacji. W tej poezji przestrzeń nie jest tłem, lecz kręgosłupem ontologicznym świata przedstawionego.
Jednym z kluczowych zabiegów formalnych jest repetycja. Powtarzanie zdań, fraz, struktur działa tu jak neurologiczny rytm. Nie ma w nim maniery ani ornamentu. To sposób, w jaki tekst symuluje pracę pamięci: wracającej do tego samego miejsca, ale za każdym razem trochę inaczej. Identyczność jest pozorna – każde powtórzenie przesuwa sens.
Owczarski nie opowiada historii. On ją mieli, przetwarza, zapętla. Powtarza ją tak długo, aż przestaje być tą samą historią. Jego pisanie bliższe jest algorytmowi niż narracji. Przypomina działanie pamięci operacyjnej, która stale aktualizuje dane, nigdy nie zamykając procesu. Jednocześnie to powtarzanie to ciało, ciało i seks. Ciało – łokieć, skóra, ślina, przepona, flegma – nie służy metaforze. Jest medium pamięci. Doświadczenie zapisuje się w mięśniach, w napięciu, w oddechu. Afekt nie zostaje „wyrażony” – on zalega w ciele, jak kurz pod meblem.
Język niemal się załamuje, dotykając granicy afektu i somatyki. Tam, gdzie pojawia się przepona, oddech, napięcie mięśni. Wzniosłość w tej poezji jest antywzniosła: nie wychodzi poza świat, lecz zapada się w niego.
Cholera, jak się czyta Owczarskiego, to aż boli. Ale nie piszę tutaj tego, bo go obrażam. Fajnie tak.
Gustaw Owczarski, fot. Anna MrózSzymon Kowalski
Nigdy nie podpisze się jako Szymon Kowalski, ale wymyśli coś innego. Podpisuje się: pochodzenie: układ gwiezdny Alfa Centauri (chociaż ostatnio ma do podanego miejsca początku wiele powątpiewań). Wiek: 471,312 lat…
A serio to chłopak z Gdyni, który studiuje w Warszawie. Pokój ma zawalony książkami francuskich surrealistów i surrealistów z każdego zakątka świata… a także mistyków. Poezja to dla niego duchowość, ale i awangarda. Jego wiersze są dziwne. Nie atakują nas, nie nawalają nam w nerwy: z Kowalskim odlatujesz, jakbyś był na fazie. W jednym z tekstów nazwano go Rimbaudem tego pokolenia poetyckiego – i może to prawda.
Debiutancki tom „Konopeum” z 2023 roku, wydany w Convivo i poprzedzony udziałem w projekcie „Połów. Poetyckie debiuty”, ustawił go wśród autorów, którzy nie szukają łatwej komunikatywności ani bezpiecznego miejsca w środku literackiego nurtu. To poezja świadoma własnej intensywności, operująca napięciem między sacrum a buntem, skupieniem a nadmiarem, ciszą i wybuchem.
Już sam tytuł debiutu wiele mówi o jego wyobraźni. Konopeum – tkanina zakrywająca tabernakulum – staje się u Kowalskiego figurą pisania. Poezja nie odsłania wprost, nie daje dostępu do „istoty rzeczy”. Raczej ją zasłania, prowokuje, wzmaga napięcie. Jak sam mówił w rozmowie z Dawidem Mateuszem, świętość ujawnia się dopiero wtedy, gdy jest ukryta. Najciekawszy moment to chwila, kiedy kurtyna opada, a widz nie wie, co dzieje się na scenie. Ta logika niepewności i zawieszenia przenika całą jego twórczość.
Kowalski jest poetą, który myśli kategoriami misterium, choć nie w sensie religijnej ortodoksji. Interesuje go raczej napięcie między widzialnym i niewidzialnym, między tym, co dane, a tym, co przeczuwane. Jego wiersze często balansują na granicy modlitwy, manifestu i poetyckiego performansu. Nie są wyznaniami ani narracjami – bliżej im do rytuałów językowych, w których słowo ma wywołać drżenie sensu.
Stąd jego fascynacja wizją sztuki totalnej, hybrydycznej, niepodporządkowanej gatunkom. W jego myśleniu poezja nie jest „literaturą”, lecz formą energii. Czymś, co może zasilać inne media, inne języki, inne praktyki. Chce, by kino i poezja „bawiły się razem w piaskownicy” – bez hierarchii, bez nadzoru, bez certyfikatów jakości.
Ta postawa znajduje odzwierciedlenie także w samej formie jego pisania. Kowalski operuje językiem wysokiego napięcia: pełnym wykrzyknień, apostrof, wezwań, metafor kosmicznych i apokaliptycznych. Jego styl bywa momentami nadmiarowy, rozbuchany, świadomie przesadzony. To nie jest poezja minimalistyczna ani wyciszona. To poezja ekspansywna, dążąca do przekroczenia własnych granic.
Jednocześnie nie jest to czysta egzaltacja. Pod powierzchnią patosu widać wyraźną świadomość tradycji: romantycznej, awangardowej, futurystycznej, ekspresjonistycznej. Kowalski chętnie sięga po ton manifestu, proroctwa, wezwania do odnowy. W jego pisaniu pobrzmiewa echo dawnych projektów rewolucji artystycznej, choć osadzone w realiach współczesnej instytucjonalnej kultury.
W rozmowach i tekstach Kowalski jawi się jako twórca silnie przeżywający swoją pozycję na marginesie. Nie godzi się na rolę petenta wobec instytucji. Woli mówić z pozycji outsidera, który buduje własny język i własną wizję świata. Ta postawa wiąże się z ryzykiem – grozi izolacją, niezrozumieniem, łatką „nadmiernego radykalizmu” – ale też daje mu dużą swobodę.
Ale Kowalski to nie tylko poeta. Jako członek Kolektywu Ćma popularyzuje też kino awangardowe, o którym nikt w Polsce nie słyszał, a które sam ściąga z różnych zakątków globu. To on też współtworzy grupę poetycką „Iglica”, grupę młodych poetów neosurrealistów, którzy próbują wznowić tradycję bohem sprzed lat i sentymenty „sztuki dla sztuki” (obok niego w grupie możemy znaleźć jednego z najwybitniejszych poetów naszego pokolenia, Julka Rosińskiego; transgresyjnego do bólu Jakuba Grabiaka czy żonglującą językiem ciągle Karolinę Polak).
Kowalski to mistyk-szaleniec. A przynajmniej chce, żebyście tak myśleli. Bo to nieprawda… Ale no, to poczytajcie go sami.
Szymon Kowalski, fot. Anna MrózAleksandra Kasprzak i Adrianna Olejarka
Reprezentują dwa różne temperamenty literackie, ale łączy je jedno: pisanie jako forma intensywnego, osobistego i społecznego doświadczenia. Obie wychodzą z obszaru performansu, slamów, żywego kontaktu z publicznością, i obie konsekwentnie przenoszą tę energię do tekstu pisanego. To memiarki i slamerki. Prywatnie – power couple młodej polskiej poezji (choć Ola raczej nie powiedziałaby o sobie, że jest poetką).
Aleksandra Kasprzak należy do najbardziej wszechstronnych postaci młodego środowiska literacko-medialnego. Jest poetką, slamerką, dziennikarką, podkasterką, satyryczką i redaktorką naczelną ASZdziennika. Ta wielość ról nie rozprasza jej twórczości – przeciwnie, buduje jej rozpoznawalny styl: szybki, ironiczny, bezlitosny wobec banału i fałszu, a jednocześnie głęboko empatyczny.
Wykształcenie filologiczne i studia z zakresu sztuki pisania dały jej solidne zaplecze warsztatowe, ale Kasprzak nigdy nie zamknęła się w akademickim modelu literatury. Jej żywiołem pozostaje kontakt z odbiorcą: slam, internet, podcast, satyra. To pisarka, która doskonale rozumie rytm współczesnych mediów i potrafi go wykorzystać bez upraszczania treści.
Jej debiutancka powieść „Wydrąż mi rodzinę w serze” to przykład tej strategii w najpełniejszej formie. Książka opowiada o dorastaniu w prowincjonalnym Sierpcu, w rodzinie obciążonej biedą, alkoholizmem i emocjonalną niestabilnością. Tematyka jest ciężka, momentami bolesna, ale Kasprzak nie wybiera tonu umęczenia. Jej narzędziem jest absurd, groteska, czarny humor.
Bohaterka, Gryczanka Kaspijska, patrzy na swoją rodzinę bez taryfy ulgowej: matkę obsesyjnie gromadzącą zapasy, ojca wiecznie „nigdy-artystę”, religijną siostrę, babcię o wątpliwej reputacji. Jednocześnie nie oszczędza samej siebie. Ta podwójna perspektywa – ironiczna i czuła zarazem – sprawia, że książka nie staje się ani aktem oskarżenia, ani sentymentalnym wspomnieniem.
Aleksandra Kasprzak, fot. Anna MrózAdrianna Olejarka reprezentuje troszkę inny rejestr. Jest poetką, nauczycielką, slamową pasjonatką, autorką związaną z poznańskim środowiskiem literackim. Debiutowała wcześniej niż Kasprzak, zdobywając wyróżnienie w „Połowie” już w 2016 roku. Od początku jej twórczość skupiona była na doświadczeniu kobiecości, przemocy, wstydu i oporu.
Olejarka pisze z perspektywy ciała. Jej literatura jest fizyczna, gorączkowa, intensywna. Recenzenci często używają wobec niej metafor związanych z raną, krwią, wybebeszaniem – i nie jest to przesada. Jej teksty „międlą”, „drenują”, „rozrywają”, nie pozwalają czytać się obojętnie.
Jednym z najważniejszych wątków jej pisania jest dzieciństwo i dorastanie dziewczynek w świecie pełnym ograniczeń, przemocy symbolicznej i realnej, wstydu, poczucia „defektu”. Olejarka pokazuje, jak wcześnie zaczyna się społeczna tresura kobiet i jak głęboko wnika ona w psychikę. Jej literatura działa jak późna rehabilitacja: mówi tym, które kiedyś milczały, że nie były winne.
Olejarka walczy, pisała na przykład o niskich zarobkach polskich nauczycieli. Kasprzak żartuje, ale też walczy; spójrzcie na ASZDziennik, który dzięki niej – IMHO – w końcu jest zabawny.
Adrianna Olejarka, fot. Anna MrózKrzysztof Katkowski
No i ja. Ja niby też żartuję. Mój debiutancki tom, „Cigar-fish”, ukazał się kilka miesięcy temu i przerwał moje krycie się za pracą jako dziennikarz i analityk (a, w bańce poetyckiej, tłumacz literacki – i za tym to się głównie kryję). Bo ja to głównie pracuję na językach. I ta wielojęzyczność nie jest u mnie przypadku wyłącznie kompetencją techniczną (choć tak też i zarabiam), lecz formą myślenia o poezji: jako przestrzeni przekładu, przesunięcia i nieustannego negocjowania sensu.
Moje wiersze sytuują się gdzieś pomiędzy oszczędną, codzienną frazą tureckiego nurtu Garip a nerwową, miejską wyobraźnią infrarealistów. Chodzi jednak o dystans i autofikcję. Z jednej strony bliskie są im konkret, detal, zwyczajność i prostota gestu, z drugiej – podskórny niepokój, ruch, fragmentaryczność doświadczenia i potrzeba wyjścia poza ustalone ramy. To poezja drogi, obserwacji i wewnętrznego dryfu, pisana z perspektywy kogoś, kto jest jednocześnie „u siebie” i „w przejściu”.
To poezja przypadkowa i reporterska. Jest banałem, więc może przeczytać ją każdy, ale i nikt. Jak piszę o Tinderze, to piszę se też o filozofii, ale tego nie widać. Żartuję sobie, wprawdzie nie tak dobrze jak Aleksandra Kasprzak, ale próbuję. Może kiedyś wyjdzie.
Pewien poeta, którego nie lubię, a który nie lubi też żadnego z powyższych – sam pisze poezję „tyrtejską” i ma dobrą posadkę – powiedział mi, że to wiersze jakby pisane flamastrem. Ale taka jest i ta młoda poezja – albo pisana na prosto, prosto do bólu, albo sama cię tak uderzy, że aż zaboli. Chodzi o to, by mieć swój język. I nawkurzać to, co znamy ze szkoły.
Krzysztof Katkowski, fot. Anna MrózJakie małe wydawnictwa poetyckie warto wspierać?
Wydawnictwo Convivo
Fundacja Duży Format
Wydawnictwo Fundacji Kontent
Lokator
Biuro Literackie
Katalog Press
Fundacja Duży Pokój



![Sara James: „Nie musisz być jak ktoś inny” [WYWIAD]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Flarge_76_859c718fcd.jpg&w=1920&q=80)
![Jan Komasa: „Jedyna wolność, jaką mamy, to wybór więzienia” [WYWIAD]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Flarge_E7_A0238_18f0afc415.jpg&w=1920&q=80)
![AJLA: „Ważne jest dla mnie dbanie o ciało, ograniczanie wstydu i ograniczanie lęku” [WYWIAD]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Flarge_3_F1_A0151_3540334874.jpg&w=1920&q=80)


