Tego jeszcze nie było, aby projektant, w ramach prezentacji kolekcji, stworzył instalację z mebli przetransportowanych z własnej sypialni. Przez Aarona Esha przemawia niekwestionowana autentyczność. Nie tylko dziennikarze go doceniają. Dom mody Alexandra McQueena przyznał mu właśnie stypendium na kontynuację nauki w Central Saint Martins. Aaron zajmuje się modą męską, choć, jak sam mówi, nic nie jest wyryte w kamieniu.
Gratuluję stypendium. Jak się z tym wszystkim czujesz?
Wsparcie finansowe pozwoli mi przede wszystkim żyć i nie zastanawiać się co miesiąc nad podjęciem kolejnej pracy, by opłacić czynsz. Mogę się skupić na studiach i wykreować mentalną przestrzeń do tworzenia i eksperymentowania. Fakt, że stoi za tym instytucja Alexandra McQueena, ma dla mnie szczególne znaczenie. On także wychował się i tworzył w Londynie, nigdy nie ukrywając, że pochodzi z klasy robotniczej.
Wydajesz się ucieleśnieniem mitu o młodych uzdolnionych, którzy przychodzą do Central Saint Martins i robią karierę jeszcze przed opuszczeniem murów uczelni.
To, jaką szkołę kończysz, nie ma większego znaczenia przy obecnym zasięgu i możliwościach oferowanych przez media społecznościowe. Doskonale obrazuje to działalność SHOWstudio. Jeszcze do niedawna w 1Granary wystawiali się wyłącznie studenci Central Saint Martins – teraz to platforma otwarta dla wszystkich. Jeśli masz coś dobrego do pokazania, na pewno zostaniesz zauważony.
Zostać zauważonym to jedno, ale być okrzykniętym wschodzącą gwiazdą to coś zupełnie innego. Jak ci się udało wybić?
Sądzę, że ludzie, którzy szukają nowych twarzy, są mocno wyczuleni na autentyczność. Wiele osób robi piękne rzeczy, ale brakuje w nich pomysłu i narracji, na której można by je oprzeć. Żyjemy w kapitalistycznym systemie. Dla młodych ludzi mieszkających w Wielkiej Brytanii, w której nastąpił Brexit, czy chociażby w Polsce, gdzie problemem jest aborcja i homofobia, niemożliwe jest nieuczestniczenie w dyskusjach społecznych. Być może to jest powód, dla którego to, co robię, rezonuje i przemawia do ludzi. Potrafią się do tego odnieść.
Zdolny i skromny.
To może być też kwestia tego, że branża mody w Londynie jest stosunkowo niewielkim środowiskiem, każdy każdego zna bądź kojarzy. Miałem szczęście, że się tu wychowałem.
Porozmawiajmy o twojej kolekcji. Jest w niej coś przytłaczającego, a jednak nie przygnębia.
Wystawialiśmy się w starym gmachu szkoły, a informację, że mamy przygotować wystawę, otrzymaliśmy tydzień przed terminem. Wszystko było organizowane w reżimie sanitarnym na ostatnią chwilę. Musiałem wymyślić coś na kształt instalacji możliwej do zrealizowania w krótkim czasie. Wtedy doszło do mnie, że cały lockdown spędziłem w swojej sypialni, że wszystko sprowadza się do tego mieszkania i przebywania w nim z czterema osobami, których tak naprawdę nie znam. Uznałem, że nie ma bardziej autentycznego sposobu na pokazanie moich prac, będących po prostu ubraniami rozrzuconymi po pokoju. Wynająłem vana, zapakowałem całą sypialnię i zrekonstruowałem ją w przestrzeni wystawowej. Ludziom się to spodobało. Inne galerie pozostawały zamknięte, więc ludzie, którzy do nas przychodzili, byli szczerze zainteresowani czymś nowym. Jeśli chodzi o kolekcję, chciałem pokazać nią pewne niuanse. Detale, które z daleka wyglądają pięknie i ekstrawagancko, a z bliska okazują się broszką wykonaną z kabli po słuchawkach od iPhone’a. To metafora, którą chcę przekazać.
Jak określiłbyś swój styl?
Mój styl określa to, na co mogę sobie pozwolić. Ubrania, które nosiłem przez ostatnie pięć lat, są ciuchami, na jakie mnie stać. Kupuję w sklepach charytatywnych i pop-upach. Wielu projektantów usiłuje pokazać, że ma więcej niż to, na co ich w rzeczywistości stać. Natomiast ja za dobrze ubrane uważam osoby, które niekoniecznie posiadają określony styl, lecz są autentyczne. To je wyróżnia i to do mnie przemawia najbardziej.
Czy zanosi się na zmiany w sposobie, w jaki pojmujesz i tworzysz ubrania?
Obecnie jestem na drodze do zrozumienia świata i samego siebie; kim jestem jako projektant. Nie znajduję na to jednoznacznej odpowiedzi. A zdefiniowanie tego to warunek konieczny do pozostania na tej drodze. Czuję, że jestem już na półmetku, w czym udział mają nauczyciele i tutorzy, którzy mi pomagają. Nie mam wyrytego w kamieniu, że muszę robić coś konkretnego i to w taki, a nie inny sposób. Chciałbym, aby wszystko potoczyło się naturalnie, tak, jak to w danym momencie widzę i przeżywam. Ubrania tworzone przeze mnie teraz są inne od tych, które robiłem pięć lat temu. Zmieniają się ludzie, z którymi spędzam czas, mój gust, muzyka, której słucham, oglądane filmy. Nie wiem, czy chcę bez końca wchodzić w dyskusje na temat polityki społecznej. To dla mnie istotne teraz, a moda jest dobrym nośnikiem takich dyskusji.
Czego obecnie słuchasz?
Ostatnio słucham więcej podcastów niż muzyki, głównie o tematyce politycznej i bieżącej sytuacji na świecie. Chodzę spać ze słuchawkami w uszach, najczęściej słuchając podcastów New Models i Scratching The Surface. Uważam, że dyskusje na Twitterze czy Clubhousie zastąpią audycje radiowe.
Porozmawiajmy o wypaleniu.
Płace są niskie, a czynsze w Londynie potwornie wysokie. Właściciele nieruchomości wynajmują je za dwukrotność kosztów utrzymania. Trudno znaleźć pracę, utrzymać związek i relacje. To wszystko kumuluje się i manifestuje w postaci wypalenia. Myślę, że wielu ludzi, o których mówi się, że są autentyczni, po prostu nie kryje się z tym, że tak wygląda ich życie. Nie mówię jedynie o wypaleniu finansowym. Żyjemy w miastach, które są tak wykańczające mentalnie i emocjonalnie, że dochodzimy w końcu do stanu, w którym umysł zaczyna szumieć i zachowywać się niczym przegrzany komputer.
Nie planujesz wyprowadzki z miasta?
Ukazując to wypalenie w swoich pracach, dojrzewam jako artysta, to dla mnie swego rodzaju terapia i sposób na radzenie sobie z życiem w Londynie. Nie chodzi o chęć wyprowadzenia się, lecz o wydobycie całokształtu sprawy, rozmawianie o tym i zaakceptowanie, że tak jest. Cieszę się, że tu mieszkam, właśnie zaadoptowałem psa.
Mówi się, że lubisz coś/kogoś za coś, a kochasz pomimo czegoś. To jak z tobą i Londynem?
Dokładnie.
Powiedziałeś kiedyś, że większość projektantów tworzy ubrania służące temu, by móc pójść z kimś do łóżka, podczas gdy twoje projekty powstają z myślą o następnym dniu, kiedy wstajesz i żałujesz tego, co i z kim zrobiłeś.
To była ironia. Jeśli spojrzymy na modę tworzoną przez Toma Forda, szczególnie za czasów w Gucci, pojawi się przekonanie, że ubieramy się po to, by uatrakcyjnić się w oczach drugiej osoby. Dla mnie ubiór jest pochodną kondycji umysłu. Wszyscy mamy na koncie dzień, w którym zdaliśmy sobie sprawę z błędnych decyzji. Budzisz się, patrzysz na ubrania rozrzucone po przypadkowym pokoju przypadkowej osoby i zdajesz sobie sprawę, że te ubrania mogą i powinny służyć czemuś więcej, niż tylko zwabieniu kogoś do łóżka.
Jak wyobrażasz sobie dalszą karierę? Widzisz siebie w roli niezależnego projektanta czy raczej kogoś, kto pracuje dla wielkiego domu mody?
Chciałbym mieć własną pracownię. Wiele rzeczy robimy wspólnie z moją dziewczyną, architektką pracującą na trójwymiarowych modelach. Pragnę miejsca, w którym niezależnie od tego, czy zajmowałbym się modą, sztuką czy meblami, mógłbym tworzyć i prezentować to światu w towarzystwie bliskich mi osób, które cenię. Nie mam zamiaru pracować dla wielkich marek, nie zależy mi na zostaniu sławnym projektantem. Tak zupełnie szczerze, system, którym żyje moda, ta pogoń za sławą za wszelką cenę, jest dla mnie odrażający. Teraz moim medium pracy jest moda, ale niekoniecznie widzę siebie jako kogoś, kto zawsze będzie tworzyć ubrania.
Wielu projektantów kończy szkołę z planami podboju świata.
Moda jest pełna utalentowanych projektantów z dyplomami dobrych szkół i stażami w prestiżowych miejscach w Paryżu, po których nie mogą znaleźć pracy. Tak naprawdę jednej czy dwóm osobom udaje się dostać angaż lub założyć markę od razu po szkole. Jesteśmy ciasną branżą. Szansa, że komuś się coś uda, jest niewielka, i trzeba się do tego mocno przyłożyć.
Kogo najbardziej cenisz w modzie?
Alexandra McQueena i Martina Margielę, projektantów o bardzo specyficznym i dzięki temu szczerym punkcie widzenia. Obecnie przeglądam też sporo zdjęć Helmuta Langa oraz świetny album „Portrait of a Generation: The Love Parade Family Book”, w którym autorowi, Steffenowi Alfredowi, udało się zamieścić wspaniałe zdjęcia berlińskich klubowiczów z lat dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych. Rewelacyjne są w nim ukazane ubrania, włosy, całe stylizacje. To niesamowite, że patrząc na zdjęcie wykonane trzydzieści lat temu, jesteś w stanie powiedzieć, czym dana osoba się interesowała, jakie miała poglądy polityczne, czego słuchała i jaką modę lubiła. Wszystko za sprawą ubioru i fryzury. Teraz dzięki Instagramowi możesz podpatrzeć osobę w Korei noszącą te same rzeczy, co ktoś inny w Los Angeles, a i tak będziesz w stanie określić, kto jest skąd. Każde miasto ma swój niepowtarzalny kod ubioru. Inaczej ubierają się mieszkańcy Nowego Jorku, inaczej Los Angeles, a jeszcze inaczej w Londynie. Ten aspekt antropologiczny fascynuje mnie w modzie najbardziej.
Które miasto jest twoim ulubionym?
Po Londynie – Warszawa. Tu każdego lata odwiedzam babcię.

![[Z archiwum K MAG] „Jeśli masz coś dobrego do pokazania, na pewno zostaniesz zauważony” – wywiad z Aaronem Eshem](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Fsmall_Aaron_202013711_3a6bcd252c.png&w=1920&q=80)









![[Z archiwum K MAG] „Wiem, czego nie chcę robić” – wywiad z Agatą Turkot](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Fsmall_001_b080d93e91.jpg&w=1920&q=75)