Jej kariera na dobrą sprawę dopiero się zaczyna, a już usłyszała, że jest najlepszym, co przydarzyło się polskiemu R&B od czasów Sistars i że stworzyła być może najciekawszy polski trip-hop. W ubiegłym roku wydała debiutancką EP-kę i dostała od nas Moskita K MAG-a – za brawurę, za pomysł na muzykę i za przeszywający głos. Już niedługo światło dzienne ujrzy jej pierwszy długogrający album, po którym można spodziewać się jeszcze więcej. Poznajcie Ajlę.
W swojej twórczości poruszasz się gdzieś na pograniczu jazzu i hip-hopu. To dwa gatunki, które z jednej strony od zawsze się łączą, choćby dlatego że hip-hop w pewnym stopniu wynika z jazzu, ale z drugiej wiele je dzieli. Czym według ciebie te dwa światy się różnią, a w czym są podobne?
Rzeczywiście jestem ze swoją muzyką na rozstaju dróg. Czasami śmieję się, że mam muzyczny bipolar, bo podobają mi się skrajne rzeczy. Jazz mieści moją wrażliwość. W porównaniu do hip-hopu jest ambitniejszy, jest w nim dużo miejsca na swobodną ekspresję, na improwizację. Skończyłam szkołę jazzową drugiego stopnia, strasznie kocham jazz i czerpię z niego mnóstwo inspiracji. A hip-hop po prostu zawsze był w moim życiu – z takiego wywodzę się środowiska. Zawsze otaczali mnie ludzie, którzy tworzą tę kulturę, nawet mój tata słuchał w samochodzie oldschoolowego rapu i nikt inny nie miał prawa włączać muzyki. No więc dorastałam z tą kulturą, ona jest we mnie. Nigdy nie zakładałam, że to, co robię, ma mieć coś wspólnego z hip-hopem. Po prostu sztuka, która ze mnie wypływa, jest nacechowana tym, czym przesiąkłam.
Czyli dorastałaś z hip-hopem, ale w którymś momencie poczułaś, że on ci nie wystarcza?
To nie tak, że któregoś dnia poczułam, że hip-hop mnie ogranicza i potrzebuję czegoś więcej. Zawsze równolegle z hip-hopem słuchałam dużo starej muzyki i zawsze chciałam śpiewać. Już w przedszkolu, kiedy inne dziewczynki chciały zostać księżniczkami, ja mówiłam, że będę piosenkarką. A w hip-hopie nie ma zbyt dużo miejsca na śpiew.
Można pośpiewać refreny, co zresztą robiłaś. No więc jak pojawił się w twoim życiu jazz?
Od najmłodszych lat potrzebowałam głębszych muzycznych doświadczeń. Nie wystarczała mi muzyka pop. Pamiętam na przykład, że miałam dreszcze, kiedy widziałam w telewizji operę. Najpierw byłam w szkole muzycznej pierwszego stopnia, która rozwinęła we mnie wrażliwość na muzykę klasyczną. Kiedy ją skończyłam, chciałam rozwijać się dalej i iść do szkoły drugiego stopnia, więc stanęłam przed wyborem jednej z dwóch ścieżek – mogłam wybrać albo śpiew operowy, albo śpiew jazzowy. Wiedziałam, że nie chcę iść w ten pierwszy, bo czułam, że nie odnalazłabym się w świecie muzyków klasycznych. Po prostu nie byłam tego rodzaju dziewczyną. No więc wybrałam jazz i po prostu się zakochałam. Znalazłam w nim swoje miejsce. Kocham słuchać jazzu, kocham rozmawiać z muzykami jazzowymi. Uwielbiam te dźwięki, te harmonie i wolność, która jest w tej muzyce.
Komentując swoją EP-kę „Ala17”, podkreślałaś, że chcesz w jakimś stopniu odciąć się od środowiska hiphopowego, bo nie wszystko ci w nim pasuje i nie ze wszystkim się utożsamiasz. Co konkretnie ci nie pasowało?
W hiphopowym środowisku byłam od zawsze, ale w którymś momencie doszło do mojego zderzenia z Ćpaj Stajlem. I Ćpaj Stajl pokazał mi taki hip-hop, jakiego wcześniej nie znałam. Było w tym strasznie dużo autodestrukcji i to okazało się dla mnie za ciężkie. To z takim hip-hopem nie chciałam być kojarzona, bo hip-hop ma wiele twarzy. Tak się zdarzyło, że weszłam w branżę muzyczną piosenką z Ćpaj Stajlem i Kazem Bałagane, ale, przepraszam bardzo, to nie byłam ja [chodzi o utwór „Muszę się wyszumieć” z albumu Ćpaj Stajlu pt. „Białe szaleństwo” – przyp. RP]. To była Ala17, czyli postać wykreowana na potrzeby tego numeru. Żeby dalej robić muzykę, musiałam zacząć pokazywać prawdziwą siebie.
Ajla, fot. Natalia SkotnickaSkoro mówisz, że słuchałaś innego hip-hopu, to jak właściwie trafiłaś na Ćpaj Stajl?
Miałam kiedyś taki okołojazzowy zespół, który nazywał się Backbeat. Ogrywaliśmy się, koncertowaliśmy po piwnicach, graliśmy głównie covery. Na jednym z takich koncertów nagłaśniał mnie znajomy Alika z Ćpaj Stajlu i jakoś tak wyszło, że Alik się mną zainteresował, bo potrzebował chórków do swojego projektu. Po prostu zapytał, czy nie chciałabym z nim czegoś nagrać. Tak się poznaliśmy, a później zrobiliśmy razem moją EP-kę. Przy Aliku nauczyłam się produkcji muzycznej, bo podglądałam go przy pracy. Nie miał aż tak dużo czasu, żeby wyprodukować moją EP-kę od początku do końca, więc najpierw to ja produkowałam te piosenki i dopiero później pracowaliśmy nad nimi razem.
Na EP-ce miałaś świetnych gości, zwłaszcza jak na debiutantkę. Poza Alikiem, który nie tylko ją współprodukował, ale też nawinął w jednym z utworów, wystąpili na niej jeszcze Zdechły Osa i Kacha z Coals. Czułaś się, jakbyś dostała certyfikat zajebistości?
Pamiętam, że byłam wniebowzięta, kiedy Kacha zgodziła się dograć do mojego utworu. Wcześniej zauważyłam, że zaobserwowała mnie na Instagramie i coś mnie tknęło, żeby do niej napisać. Bardzo chciałam mieć na płycie jeszcze jakąś kobietę, a w tamtym czasie jedyną kobietą, o której w takim kontekście pomyślałam, była właśnie Kacha. Osę znałam osobiście ze studia Ćpaj Stajlu, więc to była inna sytuacja – on wystąpił u mnie, ja wystąpiłam u niego. Ale czy czułam się zajebista? Raczej nie zachwycałam się wizerunkiem, który wykreowałam na EP-ce. Kiedy ją wydałam, to było dla mnie przede wszystkim uzdrawiające doświadczenie. Te piosenki mnie uleczyły, pomogły mi, więc najbardziej cieszyłam się z tego, że teraz inni ludzie też będą mogli ich słuchać. Myślałam, że może pomogą jeszcze komuś.
„Nie jestem aż tak mroczną osobą”, powiedziałaś w jednym z wywiadów. Mocne słowa jak na autorkę utworu „Chciałabym cię zabić”, w którym właśnie takimi słowami zwracasz się do partnera. W ogóle na twojej EP-ce nie brakuje mroku...
Właśnie w takim stanie byłam, kiedy ją nagrywałam. Miałam w sobie trudne emocje i musiałam je przekuć w sztukę, żeby sobie z nimi poradzić. Ale ogólnie to naprawdę nie uważam się za mroczną osobę. Wręcz przeciwnie – jestem bardzo jasną osobą. Może nie pogodną, bo mam w sobie dużo melancholii, ale na pewno nie mroczną! Chcę nieść dobro i światło, a nie mrok.
Jak dotąd pisałaś głównie o toksycznych relacjach, często ukazując uzależnienie stereotypowo słabszej kobiety od silnego faceta. Przełamałaś to w ostatnim utworze z EP-ki, zatytułowanym „Co z tobą mała”, w którym razem z Kachą stworzyłyście postaci dwóch pewnych siebie kobiet na swagu. Zamierzasz iść dalej tym tropem?
Tak, na nowej płycie będą takie wątki. Napisałam na przykład taki utwór, coś w rodzaju dissu, w którym pokazuję swój bitchy pierwiastek. Jest nawet mocniejszy niż „Co z tobą mała”. Prawdopodobnie będzie singlem i powstanie do niego śmieszny, zadziorny teledysk.
Ajla, fot. Natalia SkotnickaEP-ka „Ala17” została przyjęta lepiej, niż mogłaś to sobie wymarzyć. Pojawiały się głosy, że masz szansę zostać artystką, która odmieni polskie R&B, że jesteś najlepszym, co zdarzyło się polskiemu R&B od czasów Sistars, że twoje utwory to najlepszy polski trip-hop. Takie reakcje mogą zachęcić młodą artystkę do wzmożonej pracy, ale też sparaliżować. Jak to jest z tobą? Nie czujesz, że tak duże oczekiwania cię przerastają?
Na pewno od czasu premiery mojej EP-ki bardzo dojrzałam. Mam wrażenie, że długo jakby pomijałam w głowie to, co się dzieje. Studiowałam, pracowałam, zachowywałam się jak każda normalna dziewczyna. Dopiero teraz wzięłam dziekankę i staram się w całości poświęcić muzyce. Oczywiście nie chciałabym, żeby woda sodowa uderzyła mi do głowy, ale z drugiej strony nie chcę też sobie umniejszać, bo sama najlepiej wiem, ile czasu i energii w dotychczasowym życiu poświęciłam muzyce. Część tego sukcesu na pewno mi się należy, a może nawet cały. Wiesz, że jak na razie nie dostałam jeszcze ani jednego hejta i ani jednego krytycznego komentarza?
To akurat dziwaczne.
Przysięgam, ani jednego! Na pewno nie w kontekście mojej muzyki.
Twoja debiutancka płyta długogrająca ma ukazać się w maju. Jaka ona będzie?
Kiedy zaczynałam pracę nad tą płytą, wychodziłam z założenia, że nie dam rady zrobić jej samodzielnie. Czułam, że nie jestem wystarczająco dobrą producentką i że powinnam skupić się na pisaniu tekstów i śpiewaniu. No więc zaczęłam pracować z różnymi producentami, między innymi z Miroffem i Łukaszem z Coals, ale w pewnym momencie poczułam, że to, co nam wychodzi, to nie jest moja muzyka. W końcu powiedziałam mojej managerce Magdzie, że nie wiem, czy dam radę skończyć ten album w przewidywanym terminie, bo chyba mam crash out. I wtedy ona stwierdziła, że potrzebuję producenta wykonawczego – kogoś, kogo będę mogła się poradzić i kto pomoże mi spiąć to wszystko w całość. Zawsze bardzo lubiłam twórczość 2K88, ale nie wydawało mi się realne, żebym na tym etapie twórczości mogła pracować z artystą tego kalibru. A tymczasem on się zgodził i to był gamechanger. Tym bardziej, że kiedy wysłałam mu wszystkie demówki, on stwierdził, że to moje produkcje są najlepsze. Zasugerował, że powinnam zrobić tę płytę sama.
I co ty na to?
Wcześniej nie doceniałam swoich produkcji i opinia kogoś takiego jak 2K88 bardzo podniosła mnie na duchu. Poczułam, że nie mam wyjścia i rzeczywiście muszę zrobić to sama. I tak właśnie się dzieje – większość utworów na płycie będzie wyprodukowana przeze mnie. A 2K88 doradza mi i bardzo pomaga w kwestiach technicznych. Na razie mogę powiedzieć, że to będzie mega różnorodny album, na którym jeszcze bardziej niż dotąd pokażę, że mam wiele twarzy.
Na tym etapie czujesz się bardziej wokalistką czy kompozytorką?
Zdecydowanie kompozytorką. Chciałabym być kimś takim jak na przykład Marek Grechuta – pisać nuty, partytury, teksty, a później to wykonywać.
A potrafiłabyś zaśpiewać piosenkę napisaną przez kogoś innego?
To zależy od piosenki. Ostatnio chodzi za mną myśl, że chciałabym kiedyś połączyć siły z jakimś poetą albo poetką. Jak wokalistki z dawnych czasów, które dostawały przepiękny poetycki tekst i używając umiejętności wokalnych i aktorskich, musiały wyciągnąć z niego jak najwięcej.
Ajla, fot. Natalia SkotnickaTwoja muzyka sprawia wrażenie bardziej cielesnej niż intelektualnej. Widzisz to podobnie? Utwory, które piszesz, biorą się bardziej z ciała czy z głowy?
Świetne pytanie! W mojej rodzinie w ogóle nie ma muzyków ani innych artystów, ale za to moja mama jest fizjoterapeutką i dlatego od najmłodszych lat byłam uczona dbania o ciało. Od młodości uczyłam się też emisji wokalnej i moja nauczycielka zawsze kładła duży nacisk na cielesny aspekt śpiewu. W myśl zasady, że ciało to dla śpiewającej osoby instrument. Tak zostałam wychowana – ważne jest dla mnie dbanie o ciało, ograniczanie wstydu i ograniczanie lęku. To istotne, bo taka muzyka, jaką tworzę, jest bardzo obnażająca. Muszę być bardzo ugruntowana w sobie, żeby wyjść z czymś takim do ludzi i żeby było słychać, że wiem, o czym śpiewam.
To intymna muzyka. Taka, w której emocje wydają się prawdziwe.
Bo są bardzo prawdziwe. Wyznaję zasadę, że autentyczność to najwyższa wartość, bo to ona najbardziej porusza mnie w sztuce. I właśnie taką muzykę chcę robić. A żeby móc ją robić, potrzebuję tych wszystkich narzędzi: pracy z ciałem, ćwiczeń somatycznych. To taka moja higiena, bez tego nie dałabym rady grać koncertów czy pisać takich tekstów. Bo ja nawet do pisania tekstów używam tych narzędzi – one pozwalają mi zdjąć blokadę i uzewnętrznić się. Jeśli tworzyłabym z tą blokadą, to moja muzyka byłaby wytworem umysłu, a nie odbiciem duszy. Bardzo ważne jest dla mnie, żeby w moich piosenkach była moja dusza. To taka moja muzyczna religia.
O jakich metodach pracy z ciałem mówisz?
Dużo pracuję z układem nerwowym. Są takie metody, które ściągają fizyczny lęk z ciała. Ćwiczenia, które są w stanie dać mojemu ciału sygnał, że jestem bezpieczna, mogę tworzyć, wyrażać się i pozwolić sobie na swobodną ekspresję. To opiera się na pracy z nerwem błędnym i autonomicznym układem nerwowym, który dzieli się na część współczulną i przywspółczulną. Ta pierwsza odpowiada za takie reakcje jak walka czy ucieczka i charakteryzuje się odcięciem od emocji. Kiedy aktywny jest układ współczulny, nie chce mi się nawet mówić, o śpiewaniu nie wspominając. Dopiero kiedy aktywuje się układ przywspółczulny, człowiek zyskuje dostęp do emocji, które może przelać w sztukę.
Zakres twoich muzycznych inspiracji jest bardzo szeroki: od Erykah Badu po Grażynę Łobaszewską, od Wayne’a Shortera po Tirzah, od Krzysztofa Komedy po Flying Lotusa. Czy to się ze sobą nie kłóci?
Wyszła ci piękna wyliczanka, naprawdę uwielbiam ich wszystkich. Rzeczywiście zupełnie nie jest tak, że mam upodobanie do konkretnych gatunków muzycznych. W artyście coś musi mnie urzec, a urzekają mnie i EsDeeKid, i Marek Grechuta. To może być zarówno człowiek z getta nawijający o narkotykach, jak i twórca poezji śpiewanej. Artyści, których słucham, muszą coś w sobie mieć i muszą być autentyczni – bo naprawdę mam alergię na nieautentyczność.
Jacy artyści są według ciebie nieautentyczni?
Myślę, że tak naprawdę większość „artystów” jest nieautentyczna – o ile można ich tak w ogóle nazywać. Na przykład młode chłopaki z bogatych domów, które chcą się bawić w ludzi ulicy. Nienawidzę czegoś takiego. Znam ludzi, którzy robią rap, bo naprawdę mają grube problemy i ciężko w życiu. I to oni często tworzą wartościową muzykę, a nie influencerzy czy dzieciaki, które nie muszą się o nic martwić i mogą sobie w każdej chwili wynająć studio za parę koła. Tacy ludzie tylko zajmują miejsce tym, którzy naprawdę mają talent.
Jest takie znane powiedzenie, że wszystkie piosenki są albo powinny być o miłości. Co o nim sądzisz? Bo jeśli chodzi o twoją twórczość, to na razie świetnie się sprawdza.
To zabawne, że o tym mówisz, bo często myślę o tym powiedzeniu. Zwykle w tym kontekście, że muszę wreszcie napisać o czymś innym niż miłość. No ale później zawsze jakoś tak wychodzi, że znowu w ten czy inny sposób dotykam tego tematu. Czyli wygląda na to, że to prawdziwe powiedzenie.
Ajla, fot. Natalia Skotnickafoto i dyrekcja artystyczna photo & art direction Natalia Skotnicka
stylizacja styling Artem Sparrow
makijaż make up Klaudia Konarska
włosy hair Stanislav Sirchenko
produkcja production Marcelina Słomian, Alicja Zjawiona / K MAG
asystentka produkcji production assistant Anna Mróz / K MAG
sesja odbyła się w Hotelu Bristol w Warszawie photoshoot took place in Hotel Bristol in Warsaw
![AJLA: „Ważne jest dla mnie dbanie o ciało, ograniczanie wstydu i ograniczanie lęku” [WYWIAD]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Fsmall_3_F1_A0151_3540334874.jpg&w=1920&q=80)