FacebookInstagramTikTokX
  • Wasze prace
  • Konkurs
  • Film
  • Muzyka
  • Art & Dizajn
  • Moda
  • Świat
  • Seks
  • Sklep
  • Search
Moje Konto
Zaloguj się / Zarejestruj
  • Wasze prace
  • Konkurs
  • Film
  • Muzyka
  • Art & Dizajn
  • Moda
  • Świat
  • Seks
  • Sklep
FacebookInstagramTikTokX
  • Sprawdź poprzednie numery
  • O K MAG
  • Redakcja
  • Zapisz się na newsletter
  • Kontakt
  • Reklama
  • Polityka prywatności
  • Regulamin
Kup nowy numer
K MAG
FacebookInstagramTikTokX
  • Sprawdź poprzednie numery
  • O K MAG
  • Redakcja
  • Zapisz się na newsletter
  • Kontakt
  • Reklama
  • Polityka prywatności
  • Regulamin
Advertisement
Ludzie

Ola Szwałek: „Każdy, kto siedzi przy stole, nieważne, czy jest biznesmenem, artystą lub gościem z Instagrama, jest na równi” [WYWIAD]

Autor: Redakcja
26-08-2026
Ola Szwałek: „Każdy, kto siedzi przy stole, nieważne, czy jest biznesmenem, artystą lub gościem z Instagrama, jest na równi” [WYWIAD]
Ola Szwałek: „Każdy, kto siedzi przy stole, nieważne, czy jest biznesmenem, artystą lub gościem z Instagrama, jest na równi” [WYWIAD]
fot. Nanami Okamoto

Spotykamy się w kawiarni po zachodniej stronie dzielnicy Shibuya, uciekając przed tłumem centralnych dzielnic Tokio. Pomiędzy gęstą zielenią drzew i papierowymi lampionami panuje cisza. Za tydzień okolica wypełni się grupą ciekawych połączenia polskich i japońskich smaków. Sprawczyni tego kulinarnego spotkania, Ola Szwałek, zamieniła karierę w modelingu na spełnienie w kuchni i zaprosiła nas do wspólnego stołu, gdzie zamiast „lost in translation” jest ciasto. W rozmowie opowiada o życiu w Japonii, tutejszej kulturze jedzenia, przeprowadzce i podejmowaniu decyzji oraz o tym, że największym darem jaki daje nam świat jest taki, że nie wiemy, co będzie dalej.

materiał pochodzi z numeru K MAG 127 Into the Wild, tekst: Magdalena Niewczas

Świat mody i kulinariów wydają się być dwoma odległymi biegunami. Co stało się impulsem do zmiany?

Praca w modelingu nigdy nie była moim marzeniem. Długo też byłam zamknięta na tę możliwość, mimo że pojawiały się takie szanse, w moim przypadku od dość młodego wieku. Otworzyłam się wyłącznie za namową mojego taty, który sam pracuje w branży muzycznej, więc ma dość przychylne podejście do różnego rodzaju scenariuszy życiowych… Po liceum wyjechałam do Anglii, studiowałam prawo i przez następne kilka lat łączyłam studia z każdą możliwą dorywczą pracą. Modeling miał być szansą na „dorobienie sobie na boku”. Tak naprawdę od pierwszego zlecenia okazało się to w moim przypadku bardzo mądrą decyzją – umożliwiło mi niezależność finansową, samodzielność i absolutną wolność wyboru. To był skok na głęboką wodę, zaczęłam dużo pracować w całej Europie, niedługo potem przeprowadziłam się do Paryża. Oczywiście poznałam niesamowitych ludzi i bardzo wiele się nauczyłam – o sobie, o kulturze, o finansach, podatkach, negocjacjach i asertywności. Pomimo dynamiki tego życia i tego co oferowało – ta decyzja o modelingu była w moim przypadku zawsze dość pragmatyczna. Spowodowane pewnie było to również tym, że nigdy nie był to dla mnie sposób na kreatywne wyrażanie siebie – co stanowi dla mnie w życiu ważny, a może i niezbędny element. I naturalnie również ten brak popchnął mnie w stronę gotowania. Modeling był dla mnie oczywiście w pewnym momencie super energetycznym sposobem na życie, natomiast nigdy stymulującym twórczo. Gdy nastała pandemia, spędziłam pierwszy rok w Japonii, bardzo dużo pracując, zleceń było naprawdę wiele, ale ze względu na brak podróży – pierwszy raz od lat miałam tyle przestrzeni na spędzenie czasu z sama soba. Ukończyłam wtedy kilka dodatkowych kursów na studiach i pojawiła się u mnie potrzeba zaspokojenia ciekawości i eksploracji innych obszarów mojego życia. Gotowałam sporo już w Londynie, w którym ciężko było jeść godnie i zdrowo, studiując. Przyznam też, że gotowanie zawsze było moim mostem do domu, w taki sposób również zaczęłam budować swój własny. Jedzenie stanowiło przedłużenie moich sentymentów. Moja mama zawsze gotowała niesamowicie. Jakby za każdym razem tworzyła małe dzieło sztuki. Fascynował mnie spokój, który jej to dawało, i czułość, którą w to wkładała. W trakcie pandemii przeprowadziłam się z Paryża z powrotem do Polski – gdy cały świat zwolnił, a z nim zwolniła również branża modowa, dałam sobie przestrzeń na to, by podążać za swoją ciekawością i „wewnętrznym kompasem”. Od laboratorium fermentacyjnego, przez prace humanitarną dla organizacji World Central Kitchen w trakcie pierwszego roku inwazji Rosji w Ukrainie – zarówno na granicach jak i w samych strefach konfliktu, a później w Polsce – aż po własne projekty kulinarne. Dzisiaj nadal stoję jeszcze jedną nogą w modzie… bycie modelką daje mi teraz to, że mogę pozwolić sobie czasem na przekazanie odpowiedzialności za proces w ręce drugiej osoby. Oczywiście podchodzę do pracy profesjonalnie, ale to nie ja odpowiadam przed kamerą za koncept sesji, całą organizację logistyczną i tak dalej, jak to dzieje się w kuchni. Fajnie jest być czasem takim elementem tej układanki i to jest też rola, którą zaczęłam bardzo doceniać i która dużo uczy mnie o zarządzaniu grupą ludzi w mojej pracy. To mój balans.

Spakowałaś walizki i przeniosłaś się do Japonii z dnia na dzień, czy może decyzja była stopniowa? Jak trudno jest wyprowadzić się samej na drugi koniec świata? Co poradziłabyś osobie, która czuje, że utknęła albo w życiu lub miejscu?

Myślę, że moja odpowiedź doda dużo zachęty wszystkim, którzy się wahają. Spędziłam już sporo czasu w Japonii w trakcie pandemii. Przyjechałam tutaj na zlecenie, granice zostały zamknięte, więc zdecydowałam, że zostanę dłużej. Kiedy cały świat przechodził lockdown za lockdownem, tutaj zalecano zostawanie w domu, ale branża modelingowa działała dalej. W trakcie miesiąca wyleciały z tego miasta wszystkie modelki, zostało nas kilka, a miejsc pracy nie ubyło, więc... z jednego zlecenia ze sztucznym ciążowym brzuchem przechodziłam do reklamowania zegarków i sieci restauracji, poprzez najlepsze teamy kreatywne i okładki świetnych magazynów, po kampanie wielkich, globalnych marek. Ci którzy zostali mieli ogromne szczęście. Mieliśmy szansę bardzo dużo pracować i też zarabiać w czasach, które były niepewne na całym świecie. Jednocześnie nagle z osoby, która latała na zagraniczne zlecenia kilka razy w tygodniu, musiałam stać się osobą, która trwa rok w jednym miejscu, wraca do jednego mieszkania, mieszka z jedną najlepszą przyjaciółką i dzień w dzień gotuje kolację. Siadałyśmy do tej kolacji razem i opowiadałyśmy sobie nawzajem o swoim dniu. To była nowa jakość życia, którą poznałam, będąc w Japonii. Japonia też dała mi się poznać. Choć zawsze ciągnęło mnie bardziej do Ameryki Południowej – Meksyku, Indii, Kuby – i nie miałam w sobie marzenia czy wizji Japonii, okazało się, że ten kraj poruszył we mnie wszystkie komórki. W Polsce spędziłam następne trzy lata. Wybuchła wojna w Ukrainie, zajmowałam się pracą humanitarną i był to na wielu poziomach dla mnie bardzo ważny czas, jednak bez przerwy całym ciałem tęskniłam za tym, jak się czułam, będąc tutaj. Kilkakrotnie planowałam ten wyjazd na przestrzeni lat, aż w końcu pojawiła się w moim życiu przestrzeń na ponowny wyjazd. Wtedy zachorowała moja mama, co zatrzymało mnie w domu. Nie umiałam podjąć decyzji o powrocie do miejsca, które wiedziałam, że będzie chciało mnie zatrzymać na dłużej. Przez rok czułam, że utknęłam, mimo że Japonia przy tych wszystkich okolicznościach wydawała się jedynym ratunkiem. Ponownie pojawiła się decyzja przyjazdu na kontrakt modelingowy. Choć nie zajmowałam się już w tym czasie modelingiem, to właśnie mama najbardziej namawiała mnie do tego kroku. Wydaje mi się, że widziała jak bardzo tego potrzebowałam. Powiedziała: „Jedź, nie pomoże mi to, że jesteś tutaj w domu w Warszawie”. Najgorsza dla rodzica jest taka świadomość, że dziecko nie żyje pełnią życia. To był wyjazd zaplanowany na trzy miesiące i na tyle spakowałam walizkę. Miałam plan, by przede wszystkim skonfrontować się z uczuciem, które miałam tak długo w sobie. To jest trochę tak jak się kochasz w chłopaku, który jest niedostępny… Chcemy najbardziej tego, czego nie możemy mieć. Ale potem się spotykasz z nimi pierwszy raz, idziecie na randkę i myślisz: „Tyle czasu zmarnowane na to wzdychanie”. Nie w tym przypadku. Wylądowałam w Tokio, z lotniska odebrała mnie najlepsza przyjaciółka. Odwiozła mnie do hotelu, a ja całą drogę w autobusie przepłakałam. Do teraz, kiedy myślę o tym momencie, to się wzruszam.

fot. Nanami Okamoto

Czy to wzruszenie mija?

Nie. Na następny dzień poszłam do mojej agencji, żeby się przedstawić, poznać, a zamiast tego, jakby kompulsywnie, ale za to poważnie powiedziałam: „Słuchajcie, ja tutaj zostaję na stałe. Chciałabym tutaj zbudować życie”. Agencja wiedziała, że gotuję, bardzo też od początku byli ciekawi, że będą mieć szefową kuchni za modelkę. Szef agencji odpowiedział mi: „To musimy się zająć już teraz szukaniem ci porządnej kuchni”. Miesiąc później miałam swoje mieszkanie. Niestety standard jest inny, bo zazwyczaj pojawiają się problemy – szczególnie z mieszkaniami i z wizami. Miałam takie szczęście, że wszystko układało mi się tak, jakby mnie ktoś zaczarował. Zaraz później zmieniłam wizę. Nawet nie wiem, jakim cudem doszło do mojego pierwszego eventu. Jak ja tutaj zbuduję sobie markę jako kucharka? Tu, w Tokio, które znane jest z jedzenia? Chyba znajomy mojego agenta zaproponował, żebym ugotowała coś w jego restauracji... i ugotowałam. Zaprosiłam tylko znajomych, a przyszło bardzo dużo osób. To, w którym miejscu teraz się znajduję, jest efektem wyłącznie mojego dalszego oślego uporu, aby stać przy swojej prawdzie i wrażliwości, a nie żeby wymyślać sobie jakąś strategię czy robić to, co mi przyniesie więcej kasy. Muszę trzymać się tego i robić to, co chcę robić, w taki sposób, jaki chcę, a chcę robić pierogi i lepić knedle, i tyle. To niesamowite, że mamy tyle przygód jeszcze przed sobą i nie wiemy, gdzie życie może nas zanieść.

Powiedziałaś, że Japonia dała ci się poznać. A jak ty dałaś się poznać samej sobie w Japonii?

Najważniejsza różnica mojego życia w tym, co mi daje Japonia w porównaniu do innych przestrzeni, jest taka, że z kreatywnego sufitu, który miałam w połowie czoła, ciągłego chylenia się, schylania i garbienia, by się zmieścić i dopasować, nagle pojawiłam się w miejscu, w którym ten sufit nie istnieje. I ja nie muszę iść na żaden kompromis ze swoją wrażliwością. Ten pakiecik modelka-kucharka nie jest łatwy – fajnie, jak to robisz mądrze marketingowo, ale dla mnie ważne od początku było to, żeby pozbyć się tego zestawienia. Nigdy nie chciałam być osobą, która gotuje albo jest gdzieś zaproszona dlatego, że ma buzię, że była na jakiejś okładce albo że ma ileś followersów na Instagramie. Mimo to nadal się z tym wielokrotnie mierzę. W Europie nie czułam takiej pewności siebie i pełnej wolności. Musiałam trochę iść na kompromis z tym, co chciałabym robić, w jaki sposób chciałabym pracować, a tutaj na tę moją wrażliwość, ten niuans, ten detal w gotowaniu, na mój sposób, na moje poczucie estetyki i całą oprawę, którą włączam w swoją pracę, była przestrzeń. Może nie muszę się tutaj wpasowywać właśnie dlatego, że jestem obcokrajowcem? Nigdy nie będę Japonką. I dla mnie to w tym jest siła i wolność. Po czasie nie dość, że jestem zapraszana do tej kultury jako osoba z zewnątrz, to również mogę zapraszać do swojego świata. Wydaje mi się, że dlatego odnoszę sukces w swojej dziedzinie – dzięki wymianie. Poznałam swoje wszystkie możliwe aspekty i wymiary wrażliwości i tego, gdzie dziecięca ciekawość mnie prowadzi.

Jak Japończycy reagują na dziewczynę z Polski, która z taką czułością się stara zagłębić w ich kuchnię?

Wydaje mi się, że właśnie ta czułość i wnikliwość stały się moją autostradą do tego, by zbudować naprawdę bardzo ważne i trwałe relacje, poczucie wspólnoty (wśród obcokrajowców, ale głównie Japończyków). Ufają temu, że wiedzą, czego się mogą po mnie spodziewać, bo jestem zupełnie bezpośrednia. Dużą część zeszłego roku spędziłam, pracując w świątyni w Toyamie. Średnia wieku tam to pewnie siedemdziesiąt lat, mam panie sąsiadki, które lubią się mną zajmować, i pewnie nie nawiązałabym z nimi tak dobrej relacji, gdybym nie komunikowała jasno swoich intencji. Może nie mówię płynnie po japońsku, ale pójdę i poczęstuję je ciastem. Będą wiedziały, o co chodzi. Wiele osób podchodzi i jest ciekawych, co to za dziewczyna? Co ona tu robi i co gotuje? Niektórzy widzieli najpierw zdjęcia na Instagramie, ale potem wracają... a wracają na jedzenie. To wielki komplement. Oprócz tego, że mogą zjeść jedzenie które im smakuje, to atmosfera tego doświadczenia jest im z jakiegoś względu bliska. Myślę, że moi goście się tak trochę czują, bo oferuję im jednocześnie coś znajomego, dzięki czemu mogą się poczuć komfortowo, ale także nowego, co ich ciekawi.

fot. Nanami Okamoto

Trochę znanego, trochę nieznanego to podsumowanie zestawienia kuchni polskiej i japońskiej, które tworzysz. Jakie jest twoje ulubione połączenie lub smak, do którego wracasz? Jak odbierane są tutaj takie kulinarne interwencje?

Polska kuchnia potrafi być kuchnią bardzo elegancką i wyrafinowaną. Kuchnia japońska i sposób przyrządzania produktów, szacunek do składników, totalna sezonowość, jest dość bliska mojemu sposobowi przyrządzania potraw – pełnemu niuansu. Cenię mądre potraktowanie produktu, bez zabijania lub zmieniania jego smaku. Czasami gotuję polskie potrawy właśnie z tego rodzaju nastawieniem. Obie kuchnie łączą też konsystencje. Absolutnym hitem są knedle – pierwszy raz robiłam je z czystej nostalgii, sentymentu, który pojawia się razem z pierwszymi truskawkami. Japończycy są też bardzo „mączni”, podobne do mochi są kluski śląskie. Polewam je sosem z grzybów, których znajdziemy dużo w tutejszej diecie. Nie używam nabiału i staram się wydobyć z nich jak najwięcej smaku, co jest zgodne z japońską filozofią gotowania. Połączenie jest znane, bezpieczne, ale zaskakujące, bo łączy znane z nieznanym. Owoce są bardzo drogie, a podanie ich na „pół-słodki” sposób, tak jak robi się to w Polsce, też jest nowością. W Japonii nie wychodzi się poza utarte kulinarne ramy przyrządzania dań, a ja sobie na to pozwalam. Staram się gotować tak, by skrócić dystans, a jednocześnie szanować każdy składnik i uchwycić go w najlepszym momencie smażenia, gotowania czy pieczenia, i oczywiście mikro-sezonowości.

Na co jest teraz sezon?

Pędy bambusa (takenoko). Są przepyszne i świeże, a ich mleczny, ziemisty, czysty smak pozostaje w pamięci na zawsze. Potem będą szparagi i bób, niedługo później pomidory, kabaczki i ogórki.

Pracujesz także poza Tokio. Czego nauczyła cię prowincja?

Odrywam się od stymulującego i dyktującego pewne standardy życia w mieście, spędzam czas bliżej natury, w głębszych zakątkach kraju, gdzie kultura wsi jest bardziej zharmonizowana z trybem natury i nadal bazuje na rzemiośle i tradycji – to właśnie tu znajduję najwięcej inspiracji. Uwielbiam przenosić elementy, praktyki, detale z tak organicznego świata w świat mojej pracy. To również właśnie na prowincji najczęściej możliwy jest kontakt z najlepszej jakości materiałem. Czy to drewno, tekstylia, papier washi czy ceramika z lokalnej gliny, często wypalana w ogniu zamiast w piecach – czy nawet warzywa i ryby, z których przygotowuję dania. To jest skarbnica inspiracji i nauki, możliwość budowania mostu między tym światem a przestrzeniami mojej pracy – to naprawdę wspaniała podróż.

Gdybyś miała stworzyć potrawę, która byłaby metaforą twojej przemiany i samopoznania, jakie by to było danie?

Byłabym kulką brązowego ryżu z odrobiną soli i sezamu. Za każdym razem, gdy jem ciepły ryż, wydaje mi się, że to idealna metafora mojego życia. Ryż jest tym, czym jest, bez niezbędnych składników, i sam w sobie jest wystarczający. Kiedy mam dzień wolny i dużo czasu na ugotowanie czego dusza zapragnie na obiad, gotuję ryż. Za każdym razem porusza mnie jego skromność, ciepło i konsystencja, to, że jemy go ręką. Na swoich eventach zaczynam zawsze od dania, które je się ręką – to sprawia, że każdy, kto siedzi przy stole, nieważne, czy biznesmen, artysta, czy gość z Instagrama, jest na równi. Każdy musi wziąć jedzenie do ręki. I zjeść je tak, jak jedzą dzieci. W tym kraju jedzenie jest ogromną częścią kultury, a jednocześnie jest dużo bardziej dostępne niż w Europie, gdzie restauracje i talerzyki dyktują status. Nie chcę kreować dystansu przy wspólnym stole – chcę ten dystans skracać.

fot. Nanami Okamoto

Polecane

Typy Dizajn, czyli NIGO, zamczystość polska i plecionka na upalne lato

Typy Dizajn, czyli NIGO, zamczystość polska i plecionka na upalne lato

Typy Film, czyli Jafar Panahi, Nadia i Sara Szymańskie oraz aktorskie debiuty reżyserskie

Typy Film, czyli Jafar Panahi, Nadia i Sara Szymańskie oraz aktorskie debiuty reżyserskie

Typy Muzyka, czyli Lass, powrót Keleli i album „Enjoy!”– ostatni projekt współtworzony przez Michała Urbaniaka

Typy Muzyka, czyli Lass, powrót Keleli i album „Enjoy!”– ostatni projekt współtworzony przez Michała Urbaniaka

Typy Art, czyli Alexander Calder, Dispatch Art i rdzenny futuryzm

Typy Art, czyli Alexander Calder, Dispatch Art i rdzenny futuryzm

Typy Moda, czyli Pola Wiślicz, projekt „Exactitudes” i styl Georgii O’Keeffe

Typy Moda, czyli Pola Wiślicz, projekt „Exactitudes” i styl Georgii O’Keeffe

Katarzyna Zillmann: „Zakopujemy się w schematach, przestajemy czuć, żyjemy z automatu i w rutynie” [WYWIAD]

Katarzyna Zillmann: „Zakopujemy się w schematach, przestajemy czuć, żyjemy z automatu i w rutynie” [WYWIAD]

Polecane

Typy Dizajn, czyli NIGO, zamczystość polska i plecionka na upalne lato

Typy Dizajn, czyli NIGO, zamczystość polska i plecionka na upalne lato

Typy Film, czyli Jafar Panahi, Nadia i Sara Szymańskie oraz aktorskie debiuty reżyserskie

Typy Film, czyli Jafar Panahi, Nadia i Sara Szymańskie oraz aktorskie debiuty reżyserskie

Typy Muzyka, czyli Lass, powrót Keleli i album „Enjoy!”– ostatni projekt współtworzony przez Michała Urbaniaka

Typy Muzyka, czyli Lass, powrót Keleli i album „Enjoy!”– ostatni projekt współtworzony przez Michała Urbaniaka

Typy Art, czyli Alexander Calder, Dispatch Art i rdzenny futuryzm

Typy Art, czyli Alexander Calder, Dispatch Art i rdzenny futuryzm

Typy Moda, czyli Pola Wiślicz, projekt „Exactitudes” i styl Georgii O’Keeffe

Typy Moda, czyli Pola Wiślicz, projekt „Exactitudes” i styl Georgii O’Keeffe

Katarzyna Zillmann: „Zakopujemy się w schematach, przestajemy czuć, żyjemy z automatu i w rutynie” [WYWIAD]

Katarzyna Zillmann: „Zakopujemy się w schematach, przestajemy czuć, żyjemy z automatu i w rutynie” [WYWIAD]

Więcej od autora

Before KTR. Zanim poznamy zwycięzców, zobaczmy razem wszystkich nominowanych

Before KTR. Zanim poznamy zwycięzców, zobaczmy razem wszystkich nominowanych

Mozi Studio: „Dobry design jest czytelny, nie wymaga tłumaczenia” [WYWIAD]

Mozi Studio: „Dobry design jest czytelny, nie wymaga tłumaczenia” [WYWIAD]

Rumuńska plaża, koreańska scena. Co się dzieje w Nibiru? [RELACJA]

Rumuńska plaża, koreańska scena. Co się dzieje w Nibiru? [RELACJA]

Before KTR. Zanim poznamy zwycięzców, zobaczmy razem wszystkich nominowanych

Before KTR. Zanim poznamy zwycięzców, zobaczmy razem wszystkich nominowanych

Mozi Studio: „Dobry design jest czytelny, nie wymaga tłumaczenia” [WYWIAD]

Mozi Studio: „Dobry design jest czytelny, nie wymaga tłumaczenia” [WYWIAD]

Rumuńska plaża, koreańska scena. Co się dzieje w Nibiru? [RELACJA]

Rumuńska plaża, koreańska scena. Co się dzieje w Nibiru? [RELACJA]

FacebookInstagramTikTokX