Środek do celu… chociaż właściwie to cel dla samego środka. Projektanci Mozi Studio opowiadają, co w designie przynosi im najwięcej satysfakcji. Gdyński duet, za którym stoją Monika Gradzik i Ziemowit Liszek, z równą swobodą porusza się między rzemieślniczą tradycją a technologicznym eksperymentem, historią a futurologią, gliną i węglem. Opowiadają nam o tym, jak zestresować bakterie, zbudować maszynę i pozbyć się ograniczeń.
Jak powstało Mozi Studio?
Monika: Chodziliśmy razem do szkoły w Gdyni i tam się poznaliśmy. Potem nasze drogi się rozeszły, ale tylko chwilowo. Ja w tamtym czasie pracowałam jako projektant ubrań, łącznie przez dziesięć lat. Ziemowit zajmował się raczej pracą własną, ale chcieliśmy coś razem robić. I tak zaczęliśmy pomału myśleć, że może jakiś projekt...
Ziemowit: Monika była w liceum na snycerstwie i poszła do pracy, a ja studiowałem rzeźbę i mieszkałem na wsi. Do tego jeździłem do Norwegii, skąd miałem pełno narzędzi stolarskich, co pomogło nam w tworzeniu pierwszych wspólnych prototypów.
Monika: Okazało się, że produkcja większości rzeczy na północy Polski nie jest opłacalna i zmuszeni byliśmy działać od początku do końca sami… a że obydwoje mamy dosyć mocny background warsztatowy, przyszło nam to dosyć łatwo. Mam wrażenie, że właśnie w tym znajdowaliśmy największą przyjemność.
Macie bardzo różne doświadczenia w pracy z materiałem i zawodowej. Projekty Mozi świetnie to pokazują. Ostatnio tekstylia i drewno zamieniliście na biopolimery. Czy macie ulubiony materiał do którego najchętniej wracacie? A może marzy wam się zupełnie nowy?
Ziemowit: Na rzeźbie zachęca się do eksperymentowania i doboru materiału do idei, stąd swoboda w działaniu. Mamy taką „teczkę” ze spisanymi pomysłami. Kilka lat temu przeczytałem badanie o PHA i zacząłem szukać, gdzie jest dostępne. Okazało się, że trudno dostać czysty polimer, bo wszystkie filamenty są z małą domieszką. Z czasem zaczęło być głośniej o tym materiale (odkryto go już w XIX wieku, po 1970 roku zyskiwał na popularności). Nie musimy się obawiać o skład, natomiast żeby móc go przetwarzać, musieliśmy zrobić własne urządzenia Nie mamy chyba jednego ulubionego materiału ani materiału, którego nie lubimy, za to najciekawsze są poszukiwania.
Monika: Najczęściej pracujemy w drewnie, metalu, bardzo dużo w ceramice, czasem w betonie. Wiadomo, że niektóre materiały są dużo bardziej problematyczne niż inne, czy też proces jest mniej przewidywalny. Zbliżają się kolejne projekty z wykorzystaniem biopolimerów. W ubiegłym roku praca z nimi była mocno eksperymentalna, natomiast teraz możemy bazować na doświadczeniach i postępować w sposób bardziej przewidywalny.
Jak zaprząc bakterie do pracy w warsztacie?
Monika: Trzeba je porządnie zestresować.
Ziemowit: PHA, czyli polihydroksyalkaniany, produkują wszystkie bakterie jako pożywienie, w szczególności w sytuacjach głodu, braku światła czy ogólnego stresu. Wtedy zamieniają do kilkudziesięciu procent swojego ciała na PHA, które następnie podlega ekstrakcji. Samemu jest ciężko to zrobić, ale importujemy granulat z Holandii, który przetwarzamy. To wynikło m.in. z faktu istnienia dużej ilości biomateriałów, które z definicji są biodegradowalne, ale w praktyce i w życiu codziennym praktycznie nie są – gdyby były, to na przykład PLA wyrzucali byśmy do śmietnika bio. PLA to dobry materiał w zamkniętym systemie przemysłowego kompostowania, ale jego biodegradowalność w naturze jest mocno przereklamowana, wyrzucony do lasu czy oceanu zachowuje się niemal jak tradycyjny plastik. PHA faktycznie jest neutralne dla środowiska. Jest też niestety bardzo drogie.
Monika: Jeszcze. Wierzę, że kiedy będzie bardziej powszechne, to stanieje.
Ziemowit: Teraz chcemy pójść w kierunku drukowania wielkoformatowego z PHA, więc będziemy testowali, na ile ta biodegradowalność jest fajna w teorii, a na ile powoduje, że przedmiot nie nadaje się do użytku po pół roku. Dodatkowa trudność polega na tym, że nie da się go szlifować, a jedynie skrawać. Do tej pory używaliśmy maszyny do prasowania, którą zbudowaliśmy według instrukcji Precious Plastic, stworzonej w ramach zajęć przez jednego ze studentów Design Academy in Eindhoven.
Monika: Cały czas modyfikujemy tak naprawdę ten nasz sposób pracy. Też tutaj próbujemy, nawiązujemy kontakty z instytucjami, które już mają też jakieś doświadczenie w podobnych eksperymentach, m.in. uniwersytetem w Finlandii. Jedziemy z kolekcją w tym roku na Dutch Design Week [Eindhoven, 17-25 października] i trochę liczymy na to, że tam też nawiążemy kontakty, które pomogą nam dalej rozwinąć projekt.
Super, że macie taką potrzebę kontrolowania wpływu na środowisko. Troska o środowisko i bliskość naturze jest obecna w różnych projektach. Zaprojektowaliście dwie szklarnie.
Ziemowit: To dość abstrakcyjne, że my się musimy bardziej przejmować ekologią niż duzi producenci, co nie zmienia faktu, że jeżeli mamy wybór, czy być bardziej ekologiczni, czy mniej, no to wolimy być bardziej.
Monika: Trzeba wspomnieć, że prowadzimy również fundację. Jednym z głównych jej celów statutowych jest m.in. edukacja kulturowa, artystyczna, ale też społeczna (mam wrażenie, że teraz, w dzisiejszych czasach, bardzo ciężko jest coś robić bez takiego zaangażowania społecznego).
Ziemowit: Prowadzimy dwa miejsca zajmujące się kulturą: TuBaza w gdyńskich Kolibkach razem z Fundacją „Morze” i Proto Typy w Pomorskim Parku Naukowo Technologicznym w Gdyni wspólnie z grupą Tabanda. Zrobiliśmy warsztaty z tworzenia kopuł geodezyjnych. Kolega robił takie wielką kopułę-szklarnię o siedmiu metrach średnicy, a my postanowiliśmy swoją zautomatyzować. Wprowadziliśmy zaprogramowane podlewanie i zbieranie deszczówki w zbiornikach typu mauser, w czym pomógł nam kolega automatyk, a także sterowniki; czujniki wilgotności, kamery.
Monika: Z tą wiedzą wzięliśmy udział w konkursie Wdrażania Dobrych Praktyk Projektowych i razem z Centrum Designu w Gdyni zrealizowaliśmy autonomiczną szklarnię dla uczniów szkoły podstawowej. Oczywiście dostosowaliśmy ją do potrzeb szkolnych. „Zieleniak” stoi już pięć lat i służy edukacji ekologicznej dzieci, na przykład własnoręcznie sadzą rośliny. To jeden z naszych ulubionych projektów, bo wiemy, że cały czas działa.
A który z nich był najdziwniejszy?
Ziemowit: Najdziwniejsze to jest chyba to, że nie mamy problemów w realizacji.
Monika: Nie wiem, czy to jest zdrowe. Jak sobie coś wymyślimy, nie odczuwamy granic. Nie mamy narzędzi? Zrobimy je – maszyny, sieczkarki, prasy. Tak było właśnie z biopolimerami. Dziwne by było, gdybyśmy mieli teraz zaprojektować coś zwykłego, jak krzesło.
Wasze prace znaleźć można w różnych regionach Polski. W projekcie ceramiki GLËNA sięgnęliście po dziedzictwo Kaszub, natomiast płaskorzeźby Mozi Studio ozdabiają osiedle na śląskim Nowym Nikiszowcu. Tradycja czy technologia? Północ czy południe?
Monika: Wszystko… to chyba widać po naszych pracach. Lubimy sięgać po tradycyjne inspiracje, ale użyte z wykorzystaniem nietypowych technik. Czasem zapraszamy do współpracy nad ceramiką artystę lub architekta, który podejdzie do tematu w mniej konwencjonalny sposób.
Ziemowit: W momencie, gdy dajemy nowe medium komuś, kto nie ma takich wypracowanych sposobów, a przez to ograniczeń, to może zaszaleć. Wtedy mówimy tylko: „Zaprojektuj to w 3D, wydrukujemy i na bazie tego wydruku stworzymy...”.
Monika: Podobnie jest z obszarem kulturowym. Ostatnio współpracowaliśmy z dziewczynami z Kolumbii czy Meksyku. Bardzo zaskoczyło nas jednak to, jak realizowały projekty – choć odnosiły się do tradycji, która wydawała się odległa, okazało się, że motywy przewodnie są nam bardzo bliskie. Wędrówka, kuchnia domowa babci... z tym wszystkim mogliśmy się utożsamić zarówno jako twórcy, jak i odbiorcy.
Ziemowit: A tak poza tym Monika jest Gdynianką w trzecim pokoleniu, która mocno identyfikuje się z Gdynią, a moi rodzice są z Tarnowa, mam też rodzinę w Tychach. Mimo to też czuję się związany z regionem.
Monika: Ostatecznie nie mamy takiego poczucia, że trzeba wybierać. Jesteśmy eklektyczni. Używamy różnych narzędzi, odniesień, bo dla nas ważny jest sam proces oraz nauka – i to one sprawiają nam taką dużą przyjemność, że bardzo mało rzeczy zlecamy innym wykonawcom. To też daje większą kontrolę nad produktem i umożliwia zmiany, na które nawet byśmy nie wpadli, nie biorąc bezpośredniego udziału w produkcji.
Jakimi trzema cechami określilibyście dobry design?
Ziemowit: Czytelny, nie wymaga tłumaczenia.
Monika: No powiem to. Dla mnie musi być estetyczny
Ziemowit: Dostarcza to, co obiecał, i nie oszukuje, czyli słowny.
![Mozi Studio: „Dobry design jest czytelny, nie wymaga tłumaczenia” [WYWIAD]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Fsmall_fot_Maja_Tybel_13fed3950f.jpg&w=1920&q=80)





![Katarzyna Zillmann: „Zakopujemy się w schematach, przestajemy czuć, żyjemy z automatu i w rutynie” [WYWIAD]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Flarge_Kasia_Zillmann_Serowik_Internet_25_b93b455f0f.jpg&w=1920&q=80)
![Rumuńska plaża, koreańska scena. Co się dzieje w Nibiru? [RELACJA]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Fsmall_image00002_b891c235e7.jpeg&w=1920&q=75)

