Nibiru to unikatowy projekt wakacyjnego miasteczka na rumuńskim wybrzeżu Morza Czarnego. Przez całe lato działa jak osobne miasto z własnym rytmem. Kiedy podjeżdżam na teren, jest już wieczór, słońce stoi nisko nad wodą. Odruchowo wyciągam telefon.
Przyjechałam na kilkudniowy festiwal K-popu. Wokół mnie są sklepy z lightstickami i strefy marek, fani spontanicznie rozpoczynają sesje taneczne między namiotami. Do tej pory znałam K-pop wyłącznie z playlist. Wyjeżdżam z zupełnie innym rozumieniem tego, czym jest koncert K-popowy.
Jestem tu na zaproszenie OPPO. Marka przywiozła nas do Nibiru z OPPO Reno16 – telefonem z funkcjami pomyślanymi pod koncerty i festiwale, oraz z pytaniem, na które sama nie mam gotowej odpowiedzi: gdzie przebiega granica między przeżywaniem koncertu a robieniem z niego pamiątki? Poza aparatem i trybami wideo działa tu jeszcze jedno, prozaiczne, ale w tłumie istotne: przy kieszonkowych wymiarach telefon zostaje w kieszeni, nie na dnie plecaka, i jest pod ręką dokładnie wtedy, kiedy coś się dzieje.
Pierwszy koncert dnia, Everglow, zaczyna się dokładnie tak gwałtownie, jak się spodziewałam. Trzydzieści minut mija niepostrzeżenie – to, co dzieje się na scenie, pochłania całą uwagę. Dopiero przeglądając własne kadry po koncercie, zauważam, co działo się pod sceną. W górę poleciały lightsticki: świecące pałeczki w kolorach przypisanych każdemu artyście z osobna, które fani trzymają i machają w rytm muzyki. Było też mnóstwo plakatów ze zdjęciami i wiadomościami do artystów.
Czemu akurat Rumunia? Przy premierze OPPO Reno16 globalnymi ambasadorkami serii RENO zostały BABYMONSTER, a marka przygotowała na festiwalu własną strefę – jedną z tych, które mijam po drodze na pierwszy koncert. Czarnomorskie wybrzeże brzmi jak nieoczywisty adres dla K-popu i właśnie to mówi najwięcej o zasięgu gatunku. Część artystów gra tu w miejscach, w których jeszcze kilka lat temu nikt by ich nie szukał, niektórzy występują w Europie po raz pierwszy.
Koncert K-popowy ma inne tempo niż cokolwiek, do czego jestem przyzwyczajona. Artyści śpiewają i tańczą jednocześnie. Choreografie są na poziomie, który na zachodnich koncertach bywa kulminacją wieczoru, a tu jest punktem wyjścia. Stąd krótsze występy – materiał jest po prostu gęściej upakowany.
Między scenami przechodzę przez tłum i co chwilę się zatrzymuję. Nie przez muzykę, ale przez stroje. Fani K-popu mają opinię przebierających się na koncerty i po części to prawda, ale festiwal w Nibiru pokazuje coś ciekawszego. Większość ma na sobie coś, co wygląda na efekt osobistego stylu, a nie imprezy tematycznej: wpływ idoli przefiltrowany przez własny gust i własną szafę. Zatrzymuję przypadkowe osoby na szybkie zdjęcie. Nie chcę przerywać im dnia na całą sesję – tu po raz pierwszy doceniam tryb Pop Cam w Reno16. Efekt analogowego zdjęcia bez przełączania się między aplikacjami i bez czekania. Kilka osób prosi od razu o przesłanie.
K-pop ma swoje rytuały, których nie da się zrozumieć bez doświadczenia ich na własnej skórze. Każdy członek zespołu przedstawia się osobno, a fani reagują wiwatami, lightstickami, krzykiem – na swojego ulubionego. To nie jest przypadek: popularność idola zależy częściowo od siły jego fandomu, a siłę fandomu widać właśnie w takich momentach. Social media i streaming to jedno, zbiorowy krzyk na żywo to zupełnie inna waluta.


Przez cały czas towarzyszy mi poczucie wspólnoty. Ludzie, którzy znali się wcześniej tylko z Twittera czy TikToka, spotykają się tu po raz pierwszy. Wymieniają się zdjęciami idoli, planują wspólne wyjścia, tłumaczą sobie nawzajem zasady gier, które każdy fandom ma inne. Jestem obca, ale nikt mnie tak nie traktuje.
Drugi duży koncert to Taemin. Jeden z moich towarzyszy wyjaśnia mi przed wejściem, że mówi się o nim „idol idoli". Nie rozumiem, co to znaczy, dopóki nie widzę reakcji fanów na żywo. Najbardziej zaskakuje mnie jednak co innego: kiedy Taemin przerywa koncert i zaczyna mówić do publiczności, tłum nie wyjmuje telefonów. W górę raz jeszcze idą plakaty i lightsticki. Chodzi o zdobycie uwagi idola, nie o rejestrowanie momentu na przyszłość.
Są jednak momenty, które trzeba uwiecznić. Jeon Somi, która występuje tego samego dnia, w pewnej chwili ma na głowie czapkę z logo MISBHV – krakowskiej marki. Sięgam po telefon szybciej niż zdążę o tym pomyśleć.
Po ostatnim koncercie siadam z kilkoma osobami, które zdążyłam poznać przez ten dzień. Przeglądamy zdjęcia, śmiejemy się. Tak kończy się każdy festiwalowy wieczór – weryfikacją tego, co udało się uchwycić. Próbujemy AI Remix Collage, który z kilku zdjęć i klipów składa jeden materiał. Efekt wychodzi chaotyczny w dobrym sensie i całkiem nieźle oddaje ten dzień. Przed pożegnaniem robimy sobie wspólne zdjęcie. OPPO Bubble, małe akcesorium do zdalnego wyzwalania migawki, rozwiązuje typowy problem grupowego selfie po zmroku.
Wracam do hotelu z listą utworów, których tytułów uczyłam się na bieżąco. K-pop oglądałam do tej pory z zewnątrz, jako gatunek. W Nibiru zobaczyłam go jako pełne doświadczenie i to takie, w którym obcy nie zostaje obcy na długo.
Nie mam jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, z którym tu przyjechałam. Wiem tylko, że nie musiałam wybierać, bo miałam przy sobie sprzęt wystarczająco szybki, żeby jedno nie odbywało się kosztem drugiego.



![Rumuńska plaża, koreańska scena. Co się dzieje w Nibiru? [RELACJA]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Fsmall_image00002_b891c235e7.jpeg&w=1920&q=80)







![Mozi Studio: „Dobry design jest czytelny, nie wymaga tłumaczenia” [WYWIAD]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Fsmall_fot_Maja_Tybel_13fed3950f.jpg&w=1920&q=75)

