FacebookInstagramTikTokX
  • Wasze prace
  • Konkurs
  • Film
  • Muzyka
  • Art & Dizajn
  • Moda
  • Świat
  • Seks
  • Sklep
  • Search
Moje Konto
Zaloguj się / Zarejestruj
  • Wasze prace
  • Konkurs
  • Film
  • Muzyka
  • Art & Dizajn
  • Moda
  • Świat
  • Seks
  • Sklep
FacebookInstagramTikTokX
  • Sprawdź poprzednie numery
  • O K MAG
  • Redakcja
  • Zapisz się na newsletter
  • Kontakt
  • Reklama
  • Polityka prywatności
  • Regulamin
Kup nowy numer
K MAG
FacebookInstagramTikTokX
  • Sprawdź poprzednie numery
  • O K MAG
  • Redakcja
  • Zapisz się na newsletter
  • Kontakt
  • Reklama
  • Polityka prywatności
  • Regulamin
Advertisement
Ludzie

Dzikość – przegląd osób i grup, które odnajdują ją także w mieście

Autor: Redakcja
15-07-2026
Dzikość – przegląd osób i grup, które odnajdują ją także w mieście
Dzikość – przegląd osób i grup, które odnajdują ją także w mieście
fot. Anna Mróz

Dzikość, dzikość. Według słownika PWN: pierwotny, nieucywilizowany, nieoswojony, nieuprawiany… No, dużo tego. A jednak kojarzy nam się to, zamkniętym w miastach bez wyjścia i bez miłości, jako wolność. Nikt chyba nie wyraził tego tak dobrze jak zespół Steppenwolf w piosence Born to be Wild… No, ale można i to zobaczyć współcześnie, tutaj, na miejscu – w dużych miastach takich jak Warszawa. Przykładem na to jest kilka osób i grup, które znajdują dzikość także w mieście. Zobaczcie sami.

materiał pochodzi z numeru K MAG 127 Into the Wild, tekst: Krzysztof Katkowski, foto: Anna Mróz

Jadwiga Klata, reżyserka teatralna

Kiedy była mała, mówiono na nią w szkole „dzika Jadwiga”. Ale teraz już nie traktuje dzikości jak modnego hasła ani romantycznej pozy. Dla niej to siła większa od człowieka, obecna w naturze, w lesie, ale też w relacjach między ludźmi. Coś pierwotnego, czego nie da się całkowicie oswoić, choć można nauczyć się to rozpoznawać i robić temu miejsce. Właśnie tak opowiada o teatrze. Nie jako o instytucji kultury, lecz przestrzeni, w której dzikość może się wydarzyć.

Klata studiuje na Akademii Teatralnej w Warszawie, współtworzy projekt Osada.Earth, działa jako reżyserka, pedagożka, facylitatorka i, jak sama mówi, „(post)aktywistka”. Współpracowała między innymi z Teatrem im. Juliusza Słowackiego w Krakowie, Teatrem Powszechnym, Teatrem Studio i Teatrem Barakah. Publikowała w „Kontakcie” i „Notesie na 6 Tygodni”, współtworzyła także podcasty „Poruszenie” i „Możliwy podcast”. Ten zestaw ról i aktywności nie oddaje jednak do końca sposobu, w jaki myśli o swojej pracy. Bo teatr nie jest dla niej wyłącznie zawodem. Jest sposobem przeżywania świata i jego opisywania, wśród szarych chodników i żółtawych bloków.

„Żeby robić teatr, trzeba mieć w sobie dzikość”, mówi. Nie chodzi jednak o chaos czy bunt dla samego buntu. Dzikość, o której opowiada, wiąże się raczej z gotowością do przekraczania własnego komfortu i wchodzenia w intensywne spotkanie z drugim człowiekiem. Wspomina szekspirowskiego Koriolana jako postać szczególnie jej bliską. Fascynują ją bohaterowie, którzy wypowiadają światu wojnę samymi sobą. Ludzie gotowi przegrać, ale mimo to podejmujący walkę, bo istnieją dla nich wartości ważniejsze niż bezpieczeństwo i wygoda.

To myślenie ma swoje źródło także poza sceną. Klata nie odcina się od aktywistycznej przeszłości, przeciwnie, traktuje ją jako fundament swojej wrażliwości. Kiedyś działała na ulicy, dziś pracuje w teatrze, ale widzi między tymi doświadczeniami ciągłość. Dawniej polityczny przekaz wymagał jasnego opowiedzenia się po jednej stronie. Teatr daje jej możliwość większego skomplikowania, wielogłosu i miejsca na sprzeczności. „To trochę awers i rewers”, mówi o aktywizmie i sztuce.

W jej sposobie myślenia nie ma już potrzeby jednoznacznych deklaracji. Mówi raczej o obserwowaniu świata niż o walce z nim. O przeżywaniu i przetwarzaniu rzeczywistości wspólnie z innymi ludźmi, także poprzez ciało. W tym sensie teatr staje się dla niej formą wspólnego namysłu, a nie narzędziem ideologicznego przekonywania.

Klata przyznaje, że jej myślenie o zmianie także ewoluowało. Kiedyś bardziej wierzyła w bezpośrednie polityczne sprawstwo. Dziś interesuje ją skala mikro. Relacje z aktorami, spotkania podczas prób, reakcje widzów. Opowiada o aktorach, którzy po wspólnej pracy mówili jej, że te doświadczenia coś w nich przestawiły. Właśnie tam widzi sens swojej pracy. Nie w spektakularnym wpływie, ale w przesunięciach, które zachodzą pomiędzy ludźmi.

Jest w tym coś charakterystycznego dla pokolenia zmęczonego permanentnym kryzysem i jednocześnie niegodzącego się na cynizm. Z jednej strony świadomość ograniczeń, z drugiej upór, by nadal szukać sensu wspólnego działania. Być może dlatego tak mocno wraca u niej temat spotkania. Teatr nie jest dla niej abstrakcyjną ideą ani intelektualną łamigłówką. To żywe doświadczenie, które dzieje się między ludźmi.

Klata mówi o sobie dziś najprościej, jak potrafi. „Reżyserka i działaczka społeczna”. Bez potrzeby budowania skomplikowanych definicji własnej tożsamości. Nawet w rozmowie o modzie unika łatwych deklaracji. Przyznaje, że jest „w trakcie roku bez kupowania ubrań”, ale zaraz dodaje, że „kolorowe ubrania są super”. To drobny moment, ale dobrze oddaje jej sposób myślenia. Bez moralizowania, za to z próbą szukania bardziej świadomych form życia.

fot. Anna Mróz

Dominika Dzieniszewska, Gabriela Stępniak, Wolny Jazdów

Wolny Jazdów? Nie chodzi jednak o rewolucję. To kolejny odcień miejskiej dzikości. Tymczasem chodzi o jedno z najbardziej niezwykłych miejsc w Warszawie. Zieloną enklawę zabytkowych drewnianych domków fińskich ukrytą w samym centrum miasta, kilka minut od Placu Na Rozdrożu w Warszawie, gdzie od lat rozwija się autonomiczna społeczność organizacji pozarządowych, aktywistek, artystek i mieszkanek. Rok temu, 17 maja 2025 roku, Jazdów ogłosił swoją „niepodległość”, a właściwie przypomina o niej światu.

„Po trzynastu latach nasza społeczność potrzebowała zmiany i nazwania tego, co już istnieje”, mówi Dominika Dzieniszewska, jedna z osób tworzących inicjatywę Wolny Jazdów. Przez lata miejsce funkcjonowało jako Otwarty Jazdów. To właśnie pod tą nazwą organizowano spacery, warsztaty, koncerty, działania edukacyjne i społeczne. Ale po ponad dekadzie pojawiła się potrzeba nowego symbolicznego otwarcia. „Jazdów jest wolny i będzie wolny, a jednocześnie otwarty”, tłumaczy Dzieniszewska.

Historia tego miejsca zaczyna się ponad osiemdziesiąt lat temu. Po wojnie drewniane domki fińskie trafiły do Warszawy jako dar od ZSRR, które z kolei otrzymało je w ramach powojennych reparacji od Finlandii. W domkach zamieszkali pracownicy i pracowniczki Biura Odbudowy Stolicy, ludzie odpowiedzialni za odbudowę zrujnowanego miasta. Z czasem większość podobnych osiedli zniknęła z mapy Warszawy, ale Jazdów przetrwał. Jeszcze trzynaście lat temu wydawało się jednak, że jego los jest przesądzony. Pojawiały się pomysły zabudowy tego terenu nowoczesnymi inwestycjami, a drewniane domki określano jako relikt, który nie pasuje do centrum europejskiej stolicy.

Właśnie wtedy pojawił się społeczny opór. Mieszkańcy i aktywiści zaczęli organizować w domkach niezależną kulturę, edukację, działania ekologiczne i społeczne. Tak powstał Otwarty Jazdów. Dziś działa tam kilkadziesiąt organizacji i inicjatyw, które wspólnie współzarządzają zabytkowym osiedlem. W każdy pierwszy poniedziałek miesiąca całe środowisko spotyka się na otwartym zebraniu. „To jest kultura współdziałania budowana od lat”, mówi Dzieniszewska. „W 2021 roku nasza społeczność otrzymała wyróżnienie Komisji Europejskiej za wyjątkowe zaangażowanie w ochronę i rozwój wspólnego europejskiego dziedzictwa w konkursie European Heritage Awards”, dodaje Stępniak.

W praktyce Wolny Jazdów przypomina bardziej społeczne laboratorium niż klasyczne centrum kultury. Można pospacerować po Osiedlu, przyjść na warsztaty ekologiczne i krąg wzajemnego wsparcia albo po prostu usiąść w Czytelni Klimatycznej. To niewielka przestrzeń w jednym z domków, otwarta kilka razy w tygodniu dla każdego, kto chce poczytać, popracować albo napić się kawy w otoczeniu zieleni i drewnianych ścian. Bez biletów i bez komercyjnej presji. „Ludzie potrzebują takich miejsc oddechu”, mówi mi dalej Dzieniszewska.

W opowieści Dominiki i Gabrieli regularnie wraca słowo „wspólnota”. Nie jako modne hasło, ale konkretna praktyka codzienności i budowania demokratycznego sąsiedztwa. Same trafiły na Jazdów przez ogłoszenie o wolontariacie. „Szukałam kontaktu z ludźmi i ciekawiło mnie to miejsce”, wspomina. Z czasem angażowały się coraz bardziej, a dziś są w zarządzie federacji zrzeszającej organizacje działające na Osiedlu.

Największym problemem pozostaje niepewność i nowe podwyżki czynszów dla organizacji pozarządowych. W lutym 2026 roku organizacje otrzymały podwyżki czynszów wynoszące dwieście trzydzieści sześć procent dotychczasowej kwoty, co oznacza dla wielu organizacji realne ryzyko zakończenia działalności w tym miejscu. Mimo próśb i interwencji urząd Warszawy nie zgodził się na niższy czynsz.

Jednocześnie podkreśla, że Jazdów nie jest przestrzenią prywatną ani ekskluzywną. Wręcz przeciwnie. „To miejsce publiczne, wspólne z samej swojej zasady”, mówi. Nie ma ogrodzeń, można swobodnie chodzić między domkami, uczestniczyć w wydarzeniach albo po prostu spędzać tam czas. Organizatorzy regularnie słyszą zarzuty, że Jazdów „nie jest dla wszystkich”, ale odpowiadają, że każde miejsce ma swoje naturalne progi wejścia. Ich celem pozostaje otwartość rozumiana nie jako marketingowe hasło, lecz realna dostępność miejsca, które ma jednak swoje zasady – na przykład, by nie hałasować. „Tutaj obecność rdzennych mieszkańców, przyrody i nieludzkich mieszkańców jest dla nas bardzo ważna”, tłumaczy Stępniak.

Wolny Jazdów jest też próbą obrony czegoś coraz rzadszego w dużych miastach. Nie tylko zielonej przestrzeni, ale przede wszystkim niezależności. Dzieniszewska mówi wprost, że obawia się modelu, w którym oddolne inicjatywy po latach zostają przejęte przez instytucjonalne struktury miasta, tracąc swój charakter i autonomię. Przywołuje przykłady miejsc, które po rewitalizacji przestały być tworzone przez społeczności, które nadały im znaczenie i nowe funkcje publiczne. „Innowacje społeczne czy progresywne modele funkcjonowania miast często mają szanse zakiełkować i pączkować poza gorsetem instytucjonalnym. I może tym jest też ta rola dzikości. Potrzebujemy jej, by testować, uczyć się i popełniać błędy. Zanim przejdziemy do wdrażania, skalowania i wejścia na ścieżki formalne, potrzebujemy choć skrawka dzikości. Skrawka swobody”, mówi Dzieniszewska.

Dlatego Wolny Jazdów buduje własną symbolikę. Chroni też dziedzictwo kulturowe tego miejsca. Można zostać jego obywatelką albo obywatelem, dostać symboliczny paszport i dołączyć do społeczności wspierającej Osiedle. W inicjatywę zaangażowali się artyści i osoby ze świata kultury. Ale najważniejsze wydaje się coś innego. Poczucie, że w środku miasta nadal może istnieć miejsce działające trochę według innych zasad. Wolniejsze, bardziej wspólnotowe i mniej podporządkowane logice instytucji samorządowej czy logice zysku.

„Często dzikość jest kojarzona czy wręcz utożsamiana z jakąś brutalnością i gwałtownością, ale ja… w dzikości dostrzegam też dużo spokoju”, kończy Stępniak. I dodaje, że można taką napotkać właśnie na Jazdowie.

fot. Anna Mróz

Karolina Polak, poetka

Karolina Polak, urodzona w 2004 roku, to jedna z najmłodszych polskich poetek. Pisze po polsku, myśli po podlasku, studiuje i pracuje w sklepie monopolowym na warszawskiej Pradze Północ.

Sama mówi o sobie, że jest „raczej pojebką (a nie poetką)”, która po prostu… „kocha kolory”. W świecie, który tworzy, wszystko jest intensywne, lepki mech styka się z krzykiem, zwierzęta mówią ludzkimi głosami, a podwórka i rzeki stają się osobnymi stanami świadomości. Jej język nie próbuje porządkować rzeczywistości. Raczej rozszczelnia ją jeszcze bardziej.

Jej debiutancki tom „Lisy biegną wschodem” jest jak sen zapisany tuż po przebudzeniu, moment dzikości w przerwie między studiami a pracą. O, albo jak opowieść zasłyszana od babki przy kuchennym stole chwilę przed tym, nim na ziemię upadł pokrojony pomidor – i rozlał się na podłodze.

W jej wierszach uderza materialność i bliskość języka. Wszystko tam żyje, gnije, warczy, wycieka, kruszeje albo zjada samo siebie. „Lisy wybiegły i nigdy nie wrócą. Więc zjemy grzyby, wpadniemy w dziuple i rozpalimy ognisko”, pisze Polak. Jej poezja jest pełna zwierząt, błota, pękających płotów, starych domów i ciał, które nieustannie się zmieniają. Wieś i dzieciństwo nie są tu sielanką. Bardziej przypominają baśń opowiadaną po ciemku.

Sama mówi o dzikości bardzo intuicyjnie. „Dzikość jest dla mnie kopytem tonącym w mchu, krzykiem i czułością, słońcem, które oświetla myśliwego”. W jej poezji dzikość rzeczywiście nigdy nie jest jednowymiarowa. Łączy przemoc z czułością, śmiech z rozkładem, dziecięcą zabawę z czymś niemal apokaliptycznym. To świat, w którym „babcia uczy mnie kłamać”, a „kaczka odgryza krukowi głowę”.

Jednocześnie w tych tekstach stale obecne jest Podlasie jako miejsce, z którego pochodzi. Nie jako folklorystyczna dekoracja, ale żywy rytm mowy i obrazowania. Polak mówi, że bardzo często mówi do siebie „po podlasku”, choć sama podkreśla, że nie chodzi o jeden konkretny dialekt. Raczej o językową mieszankę wyniesioną ze wsi i rodzinnych okolic. „To się samo wypluwa”, mówi. I rzeczywiście, jej poezja brzmi momentami tak, jakby słowa same wyłaniały się z ziemi, z pamięci, z zasłyszanych historii.

No i, jak sama przyznaje, mega ważne są też dla niej kolory. Polak wraca do nich nieustannie, zarówno w rozmowie, jak i w samych wierszach. Kolor nie jest dla niej estetycznym dodatkiem. To sposób przeżywania świata. „Trzymam kolor i trudno mi się przeżegnać”, pisze w jednym z utworów. Kolory można rozdawać, zjadać albo nimi brudzić innych ludzi. To wyobraźnia szalenie cielesna, oparta bardziej na dotyku i odruchu niż intelektualnej konstrukcji.

Polak mówi o wolności poprzez obrazy. Jedną z jej definicji są podwórka między kamienicami, miejsca dziecięcej samowoli, gdzie „choć nie można grać w piłkę, to można mazać po ścianach i turlać kredę po chodniku”. Drugą jest Wisła i helskie wybrzeże, bezmiar wody i przestrzeni. Ta podwójność dobrze oddaje charakter jej pisania. Z jednej strony klaustrofobiczne podwórka, piwnice i kuchnie, z drugiej ogrom natury, lasu i rzeki.

W „Lisach biegnących wschodem” bardzo często powracają babki, matki, dzieci, sąsiedzi i zwierzęta. Rodzina nie jest jednak stabilnym punktem oparcia. Raczej przestrzenią ciągłej transformacji, pamięci i rozpadu. „Odkąd skradziono babci różaniec, stała się bardzo mała”, pisze Polak. W innym miejscu ojciec „wciska się w zamrażarkę”, a matka wyrywa z córki dzikie jabłka. Te obrazy są brutalne, ale jednocześnie zaskakująco czułe.

Najciekawsze w tej poezji jest chyba to, że nie próbuje być „ładna” ani uporządkowana. Polak nie wygładza swoich obrazów i nie tłumaczy ich czytelnikowi. Pozwala im istnieć w całym chaosie. Jej teksty przypominają momentami ludowe zaklęcia albo dziecięce wyliczanki po katastrofie. Są lepki, dziwne, śmieszne i okrutne jednocześnie.

„Wolność jest dopóki cię nie złapią”, mówi Polak. „To jest dzikość”. W jej poezji rzeczywiście czuć nieustanną próbę wymknięcia się. Normom, językowi, porządkowi, grzeczności. Jakby najważniejsze było samo bieganie. Nawet jeśli lisy już nigdy nie wrócą, to zostanie dzikość.

fot. Anna Mróz

Bike_ovo

Kuba, który prowadzi profil @bike_ovo, opowiada o Polsce tak, jakby próbował odzyskać dla niej słowo „dzikość”. Nie tę instagramową, egzotyczną i spektakularną, ale codzienną. Ukrytą za miastem, przy torach kolejowych, nad rzeką albo w lesie oddalonym o godzinę jazdy rowerem. „Dzikość za rogiem” to właściwie jego życiowe hasło. Powtarza je regularnie i konsekwentnie buduje wokół niego własny internetowy świat.

Na pierwszy rzut oka jego profil wygląda jak kolejny estetyczny rowerowy Instagram. Mgły nad Wisłą, leśne ścieżki, puste drogi i miękkie światło zachodzącego słońca. Ale po chwili widać, że chodzi o coś więcej niż ładne obrazki. Kuba nie dokumentuje sportowych osiągnięć ani nie buduje narracji wokół wyczynu. Interesuje go doświadczenie bycia w krajobrazie. Powolnego przemieszczania się przez miejsca, które większość ludzi zwyczajnie mija.

„Tu na @bike_ovo pokazuję z perspektywy roweru i na co dzień naturę, bliską dzikość”, pisał pod jednym ze swoich najbardziej viralowych filmów. Nagranie z warszawskiej kładki i miasta zanurzonego we mgle obejrzało ponad pół miliona osób. Sam Kuba przyznaje jednak, że ten obraz Warszawy był trochę nierealny. Dlatego na swoim profilu bardziej niż niezwykłością interesuje się realnością. „Miejsca, które są naturalnie piękne i do których możesz dostać się rowerem”. Bez dalekich podróży, wielkich pieniędzy i spektakularnych planów.

To podejście dobrze oddaje sposób, w jaki opowiada o rowerze. Kiedyś kojarzył mu się przede wszystkim z dzieciństwem. Z pierwszym rowerem komunijnym i prostą radością jazdy. Później pojawiły się dłuższe wyprawy, przyjaźnie i studenckie podróże. Dziś rower stał się dla niego czymś znacznie bardziej osobistym. „To przede wszystkim formuła terapeutyczna”, mówi. Sposób radzenia sobie z napięciem codzienności i przestrzeń bycia samemu ze sobą.

Najczęściej jeździ właśnie sam. Nie po to, żeby się od ludzi odciąć, ale żeby łatwiej wejść w stan uważności. Wsiada na rower i jedzie „w kierunku wielkiej zielonej plamy” na mapie. Ten obraz dobrze oddaje jego sposób myślenia. Nie planuje wszystkiego obsesyjnie. Bardziej podąża za intuicją i ciekawością.

W jego opowieściach bardzo ważne miejsce zajmuje Puszcza Białowieska. Jest autorem e-booka „Puszcza i inne dzikości”, przewodnika po rowerowych trasach prowadzących przez ten region. Nie opisuje jednak puszczy jak atrakcji turystycznej. Bardziej jak doświadczenie zmieniające sposób patrzenia na świat. W jego narracji Białowieża nie jest egzotycznym wyjątkiem, ale przypomnieniem, że natura może istnieć poza logiką pełnej kontroli.

Dzikość jest dla niego czymś trudnym do uchwycenia. „To pomieszanie obcowania z naturą i stan umysłu, który przynosi radość”, mówi. Najbardziej fascynują go miejsca przypominające rezerwaty ścisłe, przestrzenie wyraźnie inne od codziennego krajobrazu miasta. Ale jednocześnie mocno podkreśla, że dzikość nie musi oznaczać odległej wyprawy. Może zaczynać się bardzo blisko.

Jako przykład podaje Trójmiejski Park Krajobrazowy. Zielony teren rozciągający się pomiędzy Gdańskiem, Gdynią i Sopotem. Dla wielu mieszkańców to po prostu fragment lasu obok miasta. Dla Kuby to jeden z największych skarbów polskiego krajobrazu. „Miejsce pełne potoków, jeleni i właśnie dzikości”, dodaje. Wystarczy się rozejrzeć.

To „wystarczy się rozejrzeć” właściwie najlepiej opisuje jego projekt. Kuba nie tworzy mitu podróżnika zdobywającego świat. Nie interesuje go ekstremalna przygoda ani sportowa rywalizacja. Dużo bardziej fascynuje go zwyczajność, która przy odpowiedniej uważności zaczyna wyglądać inaczej.

Jeden z jego ostatnich wpisów dotyczył Szumina, niewielkiej osady nad Bugiem. Opisywał drewniane domy, półeczki przy płotach, dom Hansenów i rzekę obecną „tuż za rogiem”. „Tak jak i dzikość”, dopisywał na końcu. W tych krótkich obserwacjach jest coś charakterystycznego dla całego @bike_ovo. Dzikość nigdy nie jest tam spektaklem. Jest raczej lekkim przesunięciem perspektywy. Umiejętnością zauważenia czegoś, co od dawna było obok.

W czasach, gdy podróżowanie coraz częściej przypomina kolekcjonowanie obrazów i doświadczeń, Kuba proponuje coś odwrotnego. Powolność. Bliskość. Ruch bez presji produktywności. Jazdę rowerem nie po to, by gdzieś dotrzeć szybciej, ale żeby w ogóle zobaczyć miejsce, przez które się przejeżdża.

Najbardziej interesujące jest chyba to, że jego projekt działa trochę jak alternatywna mapa Polski. Taka, na której najważniejsze okazują się nie atrakcje turystyczne, ale zielone plamy, zapomniane rzeki, małe osady i lasy istniejące tuż obok miasta. Miejsca nadal wymykające się pełnej kontroli. Trochę dzikie. I przez to tak potrzebne.

fot. Anna Mróz

Kolektyw Chwaściarnia

Na co komu chwasty? Na dzikość. Bo jak, no, myślimy o takim chwaście, to myślimy o roślinie do wyrwania, intruzie psującym porządek ogródka albo miejskiego trawnika. Kolektyw Chwaściarnia odwraca tę perspektywę. Dla tworzących go osób chwasty są nie tylko fascynującymi organizmami, ale też polityczną i kulturową metaforą przetrwania.

Chwaściarnia powstała w 2020 roku na Jazdowie jako otwarta pracownia zielarska z inicjatywy Julii Krupy. Moment nie był przypadkowy. Pandemiczny lockdown uruchomił masowy zwrot ku naturze, ziołolecznictwu, estetyce cottagecore i fascynacjom różnie rozumianą słowiańszczyzną. Wraz z nim pojawiły się jednak pytania o to, czym właściwie jest i jakie niesie ze sobą niebezpieczeństwa. Członkinie kolektywu od początku próbowały myśleć o zielarstwie inaczej. Nie jako nostalgicznej fantazji o prostym życiu, lecz praktyce budowania relacji z ekosystemem w czasach katastrofy klimatycznej.

Dziś Chwaściarnię tworzy sześć osób: Julia Krupa, Marianna Łupina, Anna Nowakowska, Zuzanna Szymłowska, Martyna Chmielnicka i Ania Kamecka. To miks: artystki, kulturoznawczynie, badaczki, performerki i osoby pracujące z ciałem. Ta różnorodność mocno wpływa na charakter grupy. Chwaściarnia działa jednocześnie na polu sztuki, ekologii, zielarstwa i edukacji. Dużo ważniejsze wydaje się samo bycie razem i wspólne podążanie za fascynacją.

„Zdarza się, że któraś z nas zobaczy jakąś roślinę przy drodze, wyśle zdjęcie na wspólny czat, po czym zaczynamy riserczować i wspólnie jarać się odkryciami”, opowiada mi Anna Nowakowska. Z takich impulsów rodzą się później większe projekty. Wystawa „Pod wilgotną skórą ziemi” zaczęła się od miłości do rzek i smutku z powodu suszy, a skończyła budową tężni-totemu i napisaniem nowej historii Demeter i Persefony w epoce kryzysu klimatycznego.

Najciekawsze jest jednak to, jak Chwaściarnia myśli o samych chwastach. Ania Kamecka zwraca uwagę, że samo pojęcie „chwastu” jest wrośnięte w kulturę. „To termin związany z rolnictwem, mówiący o tym, że chwasty pojawiają się tam, gdzie człowiek ich nie chce”. W tym sensie chwasty stają się roślinami oporu. Wyrastają tam, gdzie system nie przewidział dla nich miejsca. W szczelinach chodników, na zaniedbanych działkach, przy torach kolejowych.

Julia Krupa mówi o nich: „To takie rebeliantki roślinne w mieście. Organizują się spontanicznie”. W tej definicji jest coś bardzo bliskiego samemu kolektywowi. Chwaściarnia również działa organicznie, intuicyjnie, często poza instytucjonalnym porządkiem.

Podobnie mówi o chwastach Martyna Chmielnicka. „To wszystkie rośliny, które wymykają się sztywnym ramom systemu”. Zachwyca ją ich upór i zdolność przetrwania. Potrafi godzinami opowiadać o przytuliach wyrastających między płytami chodnika albo nawłoci rozświetlającej szare blokowiska. Ale szybko wychodzi poza botaniczną metaforę. Chwasty przypominają jej osoby migranckie, ludzi próbujących zakorzenić się w obcych miejscach mimo systemowej przemocy i prób kontroli.

Rośliny stają się punktem wyjścia do rozmowy o polityce, ciele, kolonializmie czy relacjach międzygatunkowych. Jednocześnie kolektyw stara się wychodzić poza antropocentryzm. Zuzanna Szymłowska podkreśla, że miasto samo w sobie jest ekosystemem i nie zgadza się na opozycję „miasto kontra natura”. Chwaściarnia działa właśnie po to, by przywracać chwastom godne miejsce także w przestrzeni miejskiej.

I tutaj również pojawia się ostrożność wobec łatwych zachwytów. Dzikość nie jest więc odległą krainą poza cywilizacją, ale czymś obecnym w codziennym krajobrazie. W roślinach wyrastających przez beton, w wilgotnych nieużytkach, w miejskich zaroślach. Jak mówi Kamecka, w Polsce przyroda poddawana jest tak silnej presji człowieka, że aby mogła pozostać „dzika”, potrzebuje konkretnych działań. Tworzenie rezerwatów i parków narodowych, oddawanie prywatnych terenów na refugia, czy inne formy ochrony przyrody stają się konieczne, by krajobrazu nie kształtowali wyłącznie deweloperzy.

Dla Marianny Łupiny dzikość zaczyna się tam, „gdzie widać sprawczość roślin”. I zresztą nie tylko, bo poza roślinami są jeszcze rzeki… Mówi: „Dla mnie ostoją „dzikości” w dzisiejszych czasach są swobodnie meandrujące rzeki. Ich nieuregulowane koryta są dla mnie symbolem wolności przyrody. Każda rzeka skupia wokół siebie cały ekosystem stworzeń, które karmi, poi i chroni. Obserwowanie krajobrazu z perspektywy rzeki, na przykład brodząc w niej boso lub przepływając kajakiem, jest dla mnie bardzo poruszające.”

Jeszcze mocniej problematyzuje pojęcie dzikości Martyna Chmielnicka. „Dzikość jest raną”, mówi. Przypomina, że samo pojęcie „dzikiego” ma kolonialne i patriarchalne korzenie. Zdziczała była przestrzeń wymagająca kontroli. W tym sensie każde nazwanie czegoś dzikim niesie ryzyko zawłaszczenia i oswojenia.

A jednak Chwaściarnia nie rezygnuje z tego słowa całkowicie. Próbuje raczej odzyskać jego inne znaczenia. Takie, które wiążą się z witalnością, nieprzewidywalnością i buntem wobec porządku podporządkowanego wyłącznie ludzkim potrzebom. Fantazjujemy, zamiast zastanawiać się, co się da, a czego nie, dodaje Nowakowska. W tej wyobraźni jest coś rzeczywiście chwastowego. Rozrastającego się na boki, wymykającego się kontroli i szukającego życia tam, gdzie pozornie nie ma już dla niego miejsca.

fot. Anna Mróz
Advertisement

Polecane

Katarzyna Zillmann: „Zakopujemy się w schematach, przestajemy czuć, żyjemy z automatu i w rutynie” [WYWIAD]

Katarzyna Zillmann: „Zakopujemy się w schematach, przestajemy czuć, żyjemy z automatu i w rutynie” [WYWIAD]

Ignacy Liss: „Jeśli papież Franciszek mył w Wielki Czwartek nogi osobom transpłciowym, to ja mogę zagrać geja” [WYWIAD]

Ignacy Liss: „Jeśli papież Franciszek mył w Wielki Czwartek nogi osobom transpłciowym, to ja mogę zagrać geja” [WYWIAD]

Typy Muzyka, czyli Lass, powrót Keleli i album „Enjoy!”– ostatni projekt współtworzony przez Michała Urbaniaka

Typy Muzyka, czyli Lass, powrót Keleli i album „Enjoy!”– ostatni projekt współtworzony przez Michała Urbaniaka

Typy Moda, czyli Pola Wiślicz, projekt „Exactitudes” i styl Georgii O’Keeffe

Typy Moda, czyli Pola Wiślicz, projekt „Exactitudes” i styl Georgii O’Keeffe

Typy Art, czyli Alexander Calder, Dispatch Art i rdzenny futuryzm

Typy Art, czyli Alexander Calder, Dispatch Art i rdzenny futuryzm

Alex Hayel: „Wrażliwość zaczyna się tam, gdzie jesteś w pełni sobą” [WYWIAD]

Alex Hayel: „Wrażliwość zaczyna się tam, gdzie jesteś w pełni sobą” [WYWIAD]

Polecane

Katarzyna Zillmann: „Zakopujemy się w schematach, przestajemy czuć, żyjemy z automatu i w rutynie” [WYWIAD]

Katarzyna Zillmann: „Zakopujemy się w schematach, przestajemy czuć, żyjemy z automatu i w rutynie” [WYWIAD]

Ignacy Liss: „Jeśli papież Franciszek mył w Wielki Czwartek nogi osobom transpłciowym, to ja mogę zagrać geja” [WYWIAD]

Ignacy Liss: „Jeśli papież Franciszek mył w Wielki Czwartek nogi osobom transpłciowym, to ja mogę zagrać geja” [WYWIAD]

Typy Muzyka, czyli Lass, powrót Keleli i album „Enjoy!”– ostatni projekt współtworzony przez Michała Urbaniaka

Typy Muzyka, czyli Lass, powrót Keleli i album „Enjoy!”– ostatni projekt współtworzony przez Michała Urbaniaka

Typy Moda, czyli Pola Wiślicz, projekt „Exactitudes” i styl Georgii O’Keeffe

Typy Moda, czyli Pola Wiślicz, projekt „Exactitudes” i styl Georgii O’Keeffe

Typy Art, czyli Alexander Calder, Dispatch Art i rdzenny futuryzm

Typy Art, czyli Alexander Calder, Dispatch Art i rdzenny futuryzm

Alex Hayel: „Wrażliwość zaczyna się tam, gdzie jesteś w pełni sobą” [WYWIAD]

Alex Hayel: „Wrażliwość zaczyna się tam, gdzie jesteś w pełni sobą” [WYWIAD]

Więcej od autora

Open’er po godzinach. Wszystko to, co dzieje się między koncertami i zostaje z nami na długo

Open’er po godzinach. Wszystko to, co dzieje się między koncertami i zostaje z nami na długo

[Z archiwum K MAG] „Jeśli masz coś dobrego do pokazania, na pewno zostaniesz zauważony” – wywiad z Aaronem Eshem

[Z archiwum K MAG] „Jeśli masz coś dobrego do pokazania, na pewno zostaniesz zauważony” – wywiad z Aaronem Eshem

La Dolce Vita w nowym wydaniu. Włoskie ikony kultury inspirują globalne marki

La Dolce Vita w nowym wydaniu. Włoskie ikony kultury inspirują globalne marki

Open’er po godzinach. Wszystko to, co dzieje się między koncertami i zostaje z nami na długo

Open’er po godzinach. Wszystko to, co dzieje się między koncertami i zostaje z nami na długo

[Z archiwum K MAG] „Jeśli masz coś dobrego do pokazania, na pewno zostaniesz zauważony” – wywiad z Aaronem Eshem

[Z archiwum K MAG] „Jeśli masz coś dobrego do pokazania, na pewno zostaniesz zauważony” – wywiad z Aaronem Eshem

La Dolce Vita w nowym wydaniu. Włoskie ikony kultury inspirują globalne marki

La Dolce Vita w nowym wydaniu. Włoskie ikony kultury inspirują globalne marki

FacebookInstagramTikTokX
Advertisement