Ignacy Liss jeszcze przed polską premierą serialu „Proud” znalazł się w centrum międzynarodowej uwagi. Produkcja została wyróżniona na prestiżowym festiwalu Series Mania, gdzie zdobyła nagrodę główną, a sam Ignacy otrzymał statuetkę dla najlepszego aktora. W serialu wciela się w Filipa – młodego nieodpowiedzialnego geja, który w obliczu rodzinnej tragedii zmuszony jest całkowicie przewartościować swoje życie. W rozmowie aktor opowiada o tym, jak dzięki wierze i własnej perspektywie bycia ojcem udało mu się nie zatracić w emocjonalnie wymagającym procesie, oraz o tym, dlaczego teatr pozostaje dla niego przestrzenią rozwoju i zawodowej weryfikacji.
Teatr czy jednak film? Gdzie się bardziej rozwijasz?
Nie umiem wybrać. Wydaje się, że gdybym miał pistolet przy głowie, powiedziałbym, że film. To właśnie w filmie czuję największe artystyczne spełnienie. W teatrze jeszcze nie do końca to poczułem.
A jeśli chodzi o to, co mnie bardziej rozwija, to teatr. W teatrze masz prawo się mylić i próbować. Wiele razy zaczynać coś od nowa. Za każdym razem, jak wychodzisz na scenę i grasz spektakl, zabawa tak jakby zaczyna się od nowa. Plan filmowy jest bardziej eksploatacją twoich umiejętności. Jest cel do osiągnięcia i trzeba go jak najszybciej i jak najtrafniej osiągnąć. Teatr to jednak miejsce, gdzie są próby, gdzie czyta się dużo tekstów. To miejsce pozwalające aktorowi się rozwijać i nie popaść w samozachwyt, który w tym zawodzie jest bardzo niebezpieczny. Szczególnie przy premierze takiej jak „Proud”, kiedy jest poczucie, że zrobiliśmy coś super i to naprawdę wyszło, łatwo pomyśleć: „Dobra, to teraz tylko mnie obsadzajcie, bo już jestem świetnym aktorem”. Teatr bardzo szybko weryfikuje takie myślenie.
A gdzie czujesz się lepiej?
W filmie. Zdecydowanie. W teatrze wciąż czuję się w cholerę niepewny i mam wrażenie, że wszystkie moje słabości, które dobrze umiem zakrywać na planie filmowym, są dużo bardziej widoczne. W teatrze zawsze jest coś, nad czym trzeba pracować.
Jakie były twoje pierwsze myśli po przeczytaniu scenariusza „Proud”?
Dawno, a może nawet nigdy, nie czytałem czegoś, co by mnie tak wciągnęło. Chociaż nie chcę tutaj klasyfikować wszystkich projektów, bo w każdą rzecz, w której grałem, wierzyłem od początku do końca. No, prawie każdą. Tutaj jednak miałem taki zachwyt, że przeczytałem scenariusz jednym tchem, cały czas chciałem wiedzieć, co będzie dalej. Pomyślałem wtedy: „Boże, żeby tylko tego nie spierdolić, żeby tego nie zepsuć, bo to jest świetnie napisane”. Potem oczywiście pojawiły się wątpliwości, bo temat jest, jaki jest. Bardzo dużo zależało od tego, kto stanie po drugiej stronie kamery i jak potraktuje tę historię – czy będzie próbował kogokolwiek indoktrynować swoimi poglądami, czy po prostu opowie historię człowieka i pokaże, że taka historia ma prawo się wydarzyć. Bez podejścia typu: „Ja wiem lepiej, ty wiesz gorzej”. Bo tak naprawdę, kiedy obejrzy się ten serial albo przeczyta scenariusz, to wcale nie jest aż tak kontrowersyjne. Sam tytuł i temat mogą sugerować coś innego, ale koniec końców rozumiesz, że to po prostu historia człowieka. I ogromna w tym zasługa Karola Klementowicza, który jest zarówno reżyserem, jak i autorem scenariusza. Wszystkie te wątpliwości szybko się rozwiały, kiedy zaczęliśmy z Karolem rozmawiać i pracować. Opowiadał, czego oczekuje i jak chce prowadzić tę historię. To też nie było dla mnie takie proste, bo pochodzę z bardzo wierzącej rodziny. Sam jestem wierzący i chodzę do kościoła. Na początku trochę bałem się do tego przyznać przed produkcją i całą ekipą. Miałem obawy, że to może przekreślić mój udział w projekcie. Okazało się jednak, że te obawy były bezsensowne. Mam wręcz poczucie, że wniosło to do tego projektu dodatkową wartość, kolejną warstwę. Cieszę się, że to właśnie ja mogłem stać się częścią tej historii, a nie osoba, powiedzmy, z tego konkretnego środowiska gejowskiego.
fot. Ola WalkówTwój bohater jest równie pewny siebie, co zagubiony. To musiało wymagać sporego nakładu emocjonalnego. Jak wyglądało twoje przygotowanie do tej roli?
Nie będę ukrywał, że nie mam aż takich doświadczeń jak mój bohater. Jasne, imprezowałem i czasem dalej imprezuję, ale na pewno nie aż tak hardkorowo. Nigdy nie byłem na imprezie, która trwałaby dłużej niż jeden wieczór, a tutaj mówimy o chłopaku, który wychodzi w piątek i wraca w poniedziałek. Dla mnie to było kompletnie abstrakcyjne i musiałem to sobie po prostu wyobrazić. Mam poczucie, że największą rolę odgrywały różnego rodzaju referencje i inne teksty kultury. Polegało to głównie na chłonięciu różnych historii i inspirowaniu się klasykami, takimi jak „Trainspotting”, ale też na pracy z ciałem i własną fizycznością – wyobrażeniu sobie, co to znaczy funkcjonować w takim świecie, być modelem kompletnie zatraconym w sobie. Mam też wrażenie, że z biegiem zdjęć coraz bardziej wchodziłem w tę postać. Ważne jest to, że jedną z pierwszych scen, które kręciliśmy, była scena seksu grupowego. I ona w pewnym sensie ustawiła mnie na cały ten projekt. Początek zdjęć to były właśnie wszystkie te trudne imprezowe sceny i wydaje mi się, że to zostało bardzo dobrze zaplanowane.
Czy uważasz, że to twoja najodważniejsza rola do tej pory?
Tak, na pewno.
W trakcie zdjęć wiedziałeś już, że zostaniesz ojcem. Jak wpłynęło to na twoją postać?
Wtedy to nie była jeszcze informacja dla wszystkich. Trzymaliśmy to trochę z Marysią w tajemnicy, ale dla mnie wszystko się zmieniło. Poniekąd bawiło mnie, jak bardzo moja historia zaczęła rymować się z historią mojego bohatera. To, co przeżywał Filip, w pewnym sensie przeżywałem też ja. Dało mi to dużą naturalność i pewność siebie. Takie poczucie, że razem z nim dojrzewam na planie do roli ojca. Ja też musiałem wyjść z trochę beztroskiego życia, którego wcale nie planowaliśmy z żoną tak szybko zmieniać. Nagle trzeba było przestawić się na myślenie, że za dziewięć miesięcy wszystko będzie wyglądało inaczej. I to się najpiękniej zrymowało. Te emocje, które przeżywał mój bohater, były mi bardzo bliskie. To na pewno okazało się bardzo wartościowe.
Serial został świetnie przyjęty za granicą. Czy czujesz obawę przed reakcją polskiej publiczności? Myślisz, że jest gotowa na ten temat?
To jest pytanie, na które chyba nikt nie zna odpowiedzi. Czy czuję obawę? Nie. Czuję dużą ekscytację. Wierzę, że ten projekt ma w sobie tyle warstw, tyle punktów zaczepienia, angażuje tak wiele stron i różnych światów, że osoby naprawdę otwarte, które będą chciały wejść w tę historię i przeżyć ją razem z tym chłopakiem, po prostu zrozumieją, o co w tym chodzi. Oczywiście znajdą się też tacy, którzy od początku będą chcieli ten serial krytykować. Absolutnie się takimi ludźmi nie przejmuję i na pewno się ich nie obawiam. A czy polska publiczność jest gotowa? Wydaje mi się, że publiczność zawsze jest w pewien sposób gotowa. Naszą odpowiedzialnością było zrobić to tak, żeby ludzie naprawdę usłyszeli i poczuli, co chcemy powiedzieć. Nie lubię zasłaniania się tym, że kraj nie jest na coś gotowy. Jeśli dostajesz możliwość opowiedzenia historii, powinieneś wziąć za nią odpowiedzialność i przedstawić ją tak, żeby została usłyszana. Bo jeśli historia jest dobra, ludzie zawsze będą gotowi jej wysłuchać.
fot. Ola WalkówMasz wrażenie, że aktorstwo bardziej pomaga ci zrozumieć siebie czy raczej to komplikuje?
To bardzo ciekawe pytanie. Nie wiem. Wierzę, że chcąc być aktorem, człowiek ma w sobie ponadprzeciętną potrzebę atencji, wyrażania siebie i bycia docenionym. Z drugiej strony, sam czasem łapię się na tym, że oglądam film, serial albo idę do teatru i coś mnie głęboko porusza, zostaje we mnie, wpływa na moje myślenie, poglądy czy zachowanie. Więc to na pewno coś ludziom daje. Chodzi o to, że proporcje muszą być dobrze zachowane. Bo kiedy aktorstwo zaczyna być o tym, ile mnie to kosztuje, że to taki trudny zawód, który miesza mi w głowie, a zwykli śmiertelnicy tego nie rozumieją, to jest dla mnie straszne. Kompletnie w to nie wierzę. Uważam, że osoby, które się tak zachowują, to pozerzy. Ludzie, którzy osiągnęli maksymalny poziom egoizmu. Oczywiście ten zawód jest trudny, w tym sensie, że handlujesz swoimi emocjami. Sprzedajesz je ludziom, którzy płacą okropnie duże pieniądze, żeby zobaczyć cię w różnych stanach emocjonalnych. Wiadomo, że na tym cierpisz. Nie ma aktorstwa bez kosztów. Tylko się nie dziwmy, że tak jest. Wydaje się, że aktorstwo czasem pomaga zrozumieć pewnego rodzaju mechanizmy. Na pewno człowiek uczy się o sobie wielu rzeczy. Tylko to nigdy nie powinno być o tym, co ja z tego planu czy z tej roli wyniosłem. To jest jakaś wypadkowa. Najważniejsze jest to, co dałeś, i to, co ludzie mogą w tym zobaczyć. Cały czas będę wierzył i trzymał się tego, że ta sztuka jest przede wszystkim po to, żeby coś ludziom dawać. Żeby przeżywać za nich historie, których oni sami nie muszą przeżywać. Przecież nie chcemy, by wszyscy musieli doświadczać różnych życiowych tragedii. Chodzi o to, żeby ludzie mogli coś przeżyć albo poczuć, że są rozumiani. To jest więc bardzo trudne pytanie, czy aktorstwo bardziej daje, czy odbiera. Wydaje się, że musi być w tym balans. I ważne jest, żeby mieć świadomość, że to nie ty masz przede wszystkim czuć i przeżywać, tylko to widz ma czuć i przeżywać. A to, jak do tego dojdziesz, to już jest twoja profesja i twój kunszt.
Jak udaje ci się w tym nie zatracić?
Cieszę się, że mam syna. To mnie zobowiązuje do takiego bardziej otwartego stąpania po ziemi. Do myślenia o tym, żeby miał pokój, żeby zarobić na to wszystko i żeby po prostu być w tym domu. Dzięki temu mam wrażenie, że łatwiej znaleźć balans między tymi światami. Jest wiele osób w branży rozrywkowej – szeroko pojętej – które właśnie w ten sposób sobie radzą. Mają swoje życie domowe, które niekoniecznie musi oznaczać rodzinę, mogą to być różne rzeczy. Coś, co sprawia, że nie żyjesz tylko tą publiczną wersją siebie, tą widzianą przez wszystkich. Nie jesteś tylko celebrytą, aktorem czy muzykiem, ale masz też swój prywatny świat, zupełnie inny, w którym twoja praca jest po prostu pracą, a są rzeczy ważniejsze, które trzymają cię na ziemi.
Jak wiara pomaga ci w tym procesie, szczególnie w kontekście takich ról jak ta?
Mam wrażenie, że aktorstwo jest trochę jak hazard. Taki hazard związany z szeroko pojętą radością z bycia docenionym, z bycia w centrum uwagi. To są takie strzały – nagle dostajesz ogromną dawkę adrenaliny, dopaminy, radości z życia, bo ktoś mówi ci, że jesteś świetny. Opowiadasz o swoim życiu, udzielasz wywiadu i zaczynasz sobie wyobrażać, że cały świat cię słucha, jak ty elaborujesz na temat jakichś życiowych mądrości. To jest strasznie uzależniające. Myślę sobie, że pewnie bym sobie z tym nie poradził. Pewnie byłbym jedną z tą osób, które w pewnym momencie zaczynają mówić: „To mnie za dużo kosztuje”, „Gdzie są moi fani?”. Byłbym tym człowiekiem, gdyby nie to, że mam w życiu ustawioną pewną poprzeczkę. I tą poprzeczką jest moja wiara. Ona bardzo często mnie ratowała, bo narzuca mi wartości, których sam często nie rozumiem.
Kiedy dostaję pytania dotyczące tego, że jestem wierzący i chodzę do kościoła, a zagrałem geja, który próbuje adoptować dziecko, to sobie myślę: „Kim ja jestem, żeby to oceniać?”. To są ludzie, oni mają prawo kochać, najprawdopodobniej chcą też mieć dzieci i chcą je wychowywać. Tylko to nie jest takie proste, to są bardzo skomplikowane tematy. Ja nie czuję się na siłach, żeby to oceniać. Moim zawodem jest to, żeby opowiadać o tym, że takie problemy istnieją. A nie udawać, że ich nie ma. Bo one są. I są takie osoby. Bardzo głęboko wierzę, że każdy człowiek ma prawo chodzić do kościoła. Każdy ma szansę być zbawionym. I jeśli papież Franciszek mył w Wielki Czwartek nogi osobom transpłciowym, to ja mogę zagrać geja. Wydaje mi się, że prawdziwa wiara polega na tym, żeby być otwartym na wszystkich ludzi i wzajemnie o siebie dbać. Wiara jest dla mnie absolutnie priorytetem, moim rdzeniem, ale szczerze uważam, że najważniejsze jest przekazywanie miłości.
Gdzie widzisz siebie w najbliższej przyszłości? Czy po sukcesie „Proud” myślisz o międzynarodowych produkcjach?
Trudno jednoznacznie powiedzieć. Gdybym dostał propozycję z zagranicy, pewnie bym pojechał – takie marzenie ma wielu aktorów w moim wieku i na podobnym etapie kariery. Na ten moment ważne jest dla mnie, żeby się trochę ugruntować tutaj, w Polsce, i móc się przestać martwić o codzienność. Bo mimo że wiem, że to jest duży sukces i że w moim życiu wydarzyły się już jakieś role, to nadal jednak jest to życie, które polega na tym, że cały czas czeka się na telefon. I tak będzie już do końca życia, wiadomo. Ale chciałbym już mieć taki spokój, że mój syn będzie miał gdzie mieszkać.
fot. Ola Walkówfoto i dyrekcja artystyczna photo & art direction Ola Walków
stylizacja styling Maria Duda
makijaż i włosy makeup & hair Iliana Bogacka
produkcja production Marcelina Słomian / K MAG
scenografia set design Piotr Piwowar
asystenci fotografa i światło photographer’s assistants & light Krystian Strupieniuk
asystentka studia studio assistant Magdalena Frydrysiak
podziękowania dla special thanks to Studio Pin Up
katering catering brainfarm biohacking cafe&bistro
![Ignacy Liss: „Jeśli papież Franciszek mył w Wielki Czwartek nogi osobom transpłciowym, to ja mogę zagrać geja” [WYWIAD]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Fsmall_260512_OW_KMAG_1811_eye_b6d362c8d8.jpg&w=1920&q=80)



![[Z archiwum K MAG] „Nie ma co ratować starych porządków. Wszystko trzeba ulepszyć” – wywiad z Pauliną Grabowską](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Flarge_Paulina_Grabowska_NASDRA_Conscious_Design_06_2023_c380a37332.jpeg&w=1920&q=80)

