Otwieram kalendarz i sprawdzam, jak intensywny będzie czekający mnie tydzień. Najbliższa niedziela? Pusto. Zapowiada się więc idealny wolny dzień spędzony z bliskimi. Szybko okazuje się jednak, że nie będzie to takie proste.
Najbliższa przyjaciółka przygotowuje się do wieczoru panieńskiego siostry, dobry znajomy z liceum świętuje 80. urodziny babci, a koleżankę z pracy goni termin oddania magisterki. Znowu nie udało nam się znaleźć wspólnego terminu. Przede mną kolejny dzień, który najpewniej spędzę z telefonem w ręce. Brzmi znajomo?
Nic przecież nie stoi jednak na przeszkodzie, żeby wyjść samemu. Obiad w restauracji, spacer po parku, wizyta w nowo otwartym muzeum, a może po prostu trening na siłowni. Co więc właściwie sprawia, że – poza coraz większym problemem ze znalezieniem dogodnego terminu – coraz częściej decydujemy się spędzać czas w mieście w pojedynkę?
Kiedy własny kalendarz wystarcza
Wielu z nas nie chce już uzależniać swojego czasu od kalendarzy innych osób. Jeszcze nie tak dawno spotkanie z kimś bliskim wymagało przede wszystkim jednego telefonu. Dziś rodzinny obiad czy nawet zwykły wieczór przy winie z przyjaciółką często trzeba zaplanować z kilkudniowym, a czasem nawet kilkutygodniowym wyprzedzeniem.
W efekcie samotne wyjście coraz rzadziej jest postrzegane jako druga opcja – coś, co robimy dopiero wtedy, gdy nie udało się znaleźć towarzystwa. Zamiast czekać na dogodny moment, wybieramy kawę w ulubionej kawiarni, seans w kinie czy spacer po mieście. Nie musi to oznaczać mniejszej potrzeby bliskości. Pokazuje raczej, że życie towarzyskie nie musi być warunkiem korzystania z możliwości, jakie daje nam miasto.
Solowe wyjście jako forma odpoczynku
Co ciekawe, wyjście w pojedynkę może być również sposobem na odpoczynek. Standardowy dzień – obok wszystkich produktywnych czynności – wypełniają momenty, w których nieustannie przeskakujemy między skrzynką mailową, komunikatorami i Instagramem, a w międzyczasie próbujemy zrobić jeszcze jedną rzecz. Do tego dochodzi powrót z pracy po kilku godzinach spędzonych w hałaśliwym open space. W efekcie powstaje całkiem charakterystyczny obraz przebodźcowanego człowieka żyjącego w trzeciej dekadzie XXI wieku.
Na tym tle czas spędzony samemu może stać się przestrzenią, w której na chwilę przestajemy reagować na wszystko, co dzieje się wokół nas. Wtedy łatwiej dostrzec rzeczy, które w natłoku codzienności zwykle nam umykają: fragment zasłyszanej rozmowy, drobne mechanizmy ludzkich zachowań czy starsze małżeństwo, które z czułością trzyma się za ręce.
Taka samotna wędrówka po mieście nie musi więc mieć bezpośredniego związku z samotnością. Czasem jest po prostu sposobem na zatrzymanie się, uważniejsze przyjrzenie się codzienności i odzyskanie odrobiny spokoju. Warto też zauważyć, że coraz więcej osób redefiniuje samo pojęcie samotności. Dla wielu z nas wizyta w kinie w pojedynkę, samotny spacer czy kawa wypita przy własnym stoliku nie oznaczają wycofania ani ucieczki od innych. Są raczej świadomą przerwą od nieustannej potrzeby interakcji.
W epoce stałego lęku przed tym, że coś nas omija i nieustannego bycia online, chwile, w których naprawdę jesteśmy sami, stają się jedną z niewielu przestrzeni wolnych od oczekiwań. Nikt niczego od nas nie chce, nie musimy na nic odpowiadać, niczego udowadniać ani dostosowywać się do czyjegoś planu. Możemy po prostu być – na własnych zasadach.
Ostatecznie jednak wszystko zależy od naszego nastawienia. Czy solowe wyjście na miasto stanie się dla nas formą wolności i wytchnienia, czy raczej kolejnym sposobem na oswojenie skrywanej samotności?







![Magistrzy analfabeci. Studenci polskich uniwersytetów osiągają wyniki niższe niż dziesięciolatki [BADANIE]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Flarge_joshua_hoehne_igg_W_Dx_HTAUQ_unsplash_a64328aeed.jpg&w=1920&q=80)


