Co zostaje z człowieka, kiedy można dowolnie zmieniać własny wizerunek? Czy ciało jest jeszcze dowodem naszej tożsamości, jeśli można je skopiować, wymazać, postarzyć, odmłodzić albo zastąpić jego sztucznym sobowtórem? I czy fotografia, która z definicji ma dokumentować obecność, nie może być jednocześnie narzędziem znikania?
To pytania, które od dwóch dekad powracają w twórczości Anety Grzeszykowskiej. Teraz stają się osią retrospektywnej wystawy „Prawie wszystko”, która 9 października otworzy się w Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski. Ekspozycja obejmuje prace z kolejnych cykli fotograficznych artystki, a także filmy wideo i rzeźbę „Franciszka 2025” z Kolekcji CSW. Nie jest to jednak zwykła podróż przez kolejne etapy kariery. Prace zostały zestawione poza chronologią, tak aby obrazy powstające na przestrzeni dwóch dekad zaczęły ze sobą rozmawiać. I właśnie w tym niechronologicznym układzie widać, jak konsekwentny jest świat Grzeszykowskiej. Artystka od lat wraca do tych samych podstawowych problemów – tożsamości, cielesności, pamięci, starzenia się, macierzyństwa, śmierci i nieobecności – ale za każdym razem przesuwa granicę trochę dalej.
Ciało jako materiał
W twórczości Grzeszykowskiej ciało nie jest tylko tematem fotografii, ale jest jej podstawowym materiałem. Artystka wykorzystuje własne ciało jednocześnie jako bohaterkę i tworzywo, poddając je kolejnym przekształceniom. Pozuje, znika z własnych zdjęć, powiela się, zastępuje fragmenty siebie martwą materią, tworzy sztuczne odpowiedniki własnej osoby. Fotografia jest więc nie tyle zapisem tego, co się wydarzyło, ile dowodem na to, że coś mogło się wydarzyć. W jej pracach nigdy do końca nie wiadomo, co jest prawdziwe, a co zostało wykreowane. Wizerunek, który zwykle ma nas identyfikować, zaczyna działać odwrotnie – komplikuje odpowiedź na pytanie, kim właściwie jesteśmy.
Autoportret po katastrofie
Aneta Grzeszykowska szczególnie konsekwentnie podważa też tradycyjne znaczenie autoportretu. Jeśli autoportret miał być przedstawieniem własnej osoby, ona pokazuje, że można go stworzyć poprzez własne zniknięcie. Ten gest pojawiał się w jej twórczości wielokrotnie. W pracach fotograficznych artystka wycina siebie z rodzinnych historii, rekonstruuje nieistniejące postaci, przejmuje cudze obrazy i wciela się w role, które nie należą do niej. I co ciekawe, pozostaje obecna nawet wtedy, kiedy na zdjęciu jej nie ma. Im bardziej Grzeszykowska próbuje usunąć siebie z obrazu, tym mocniej uświadamia nam swoją obecność.
Między groteską a lękiem
Choć tematy podejmowane przez artystkę są poważne, jej prace rzadko pozostają wyłącznie mroczne. Pojawia się w nich absurd i czarny humor. Właśnie dlatego jej fotografie potrafią jednocześnie intrygować, bawić i niepokoić. Sztuczne ciało po chwili zaczyna przypominać ciało martwe. Przebranie może wydawać się żartem, dopóki nie zaczniemy zastanawiać się, co właściwie oznacza. Zwyczajna rodzinna sytuacja może zostać przekształcona w scenę, w której porządek czasu i pokoleń nagle przestaje obowiązywać. Nadzwyczajność jej prac często rodzi się właśnie z rzeczy pozornie znajomych: własnego ciała, rodziny, dzieciństwa, starzenia się czy codziennych relacji.
Od „Selfie” do „Córki”
Jednym z najważniejszych wątków tej twórczości jest relacja między ciałem a jego obrazem. W cyklu „Selfie” z 2014 roku artystka zastąpiła własne ciało fragmentami świńskiej skóry, tworząc niepokojące autoportrety. Zamiast fotografować siebie, stworzyła swoją podobiznę z materii należącej wcześniej do innego, martwego organizmu. Autoportret stał się sposobem konfrontacji ze śmiertelnością. Ciało jest jednocześnie czymś najbardziej własnym i czymś, co nieuchronnie przestanie do nas należeć.
Podobny mechanizm powraca w późniejszym „Selfie z psem”, gdzie granica między człowiekiem a zwierzęciem, podmiotem i przedmiotem, właścicielem i pokarmem zostaje brutalnie przesunięta.
Jej najnowszy cykl „Córka” przenosi natomiast problem tożsamości w obszar relacji rodzinnych i czasu biologicznego. Grzeszykowska nakłada maskę przedstawiającą własną twarz z okresu, gdy miała czternaście lat. W efekcie dorosła kobieta pojawia się wśród córki, męża i rodziców jako własna młodsza wersja. Staje się jednocześnie córką, siostrą i wnuczką. Przesunięcie jest niewielkie – to wciąż ta sama twarz – ale konsekwencje są radykalne. Zostaje zaburzona kolejność pokoleń, a wraz z nią nasze przyzwyczajenia dotyczące wieku, rodziny i własnej biografii.
To jeden z najbardziej aktualnych momentów w twórczości artystki. „Córka” nie tylko rozwija jej wieloletnie zainteresowanie tożsamością, lecz także pyta o to, w jaki sposób role społeczne i rodzinne wpływają na to, kim jesteśmy. Za ten cykl Aneta Grzeszykowska otrzymała w tym roku Nagrodę Główną Fundacji Sztuki Polskiej ING. Jury zwróciło uwagę właśnie na połączenie tematyki tożsamości ze sztucznym ciałem oraz napięcie między intymnością relacji a presją społecznych oczekiwań.
Matka, córka, artystka
„Córka” jest szczególnie interesująca także dlatego, że wpisuje się w szerszy zwrot w twórczości Grzeszykowskiej ku relacjom rodzinnym. Artystka od lat wykorzystuje w swoich projektach doświadczenia własnego życia, nie traktując ich jednak jako autobiograficznego wyznania. Rodzina staje się pewnego rodzaju laboratorium. To właśnie w jej obrębie można obserwować, jak konstruujemy własną tożsamość: jako dziecko, rodzic, partnerka, córka czy matka. Te role wydają się naturalne, ale w pracach Anety Grzeszykowskiej zaczynają się przesuwać i nakładać, a granice między nimi zacierać. Jej twórczość pokazuje, że tożsamość nie jest czymś, co po prostu posiadamy. Jest czymś, co nieustannie odgrywamy. Nieprzypadkowo więc tak ważną rolę odgrywają u niej fotografie performatywne. Najpierw jest działanie – często niemal teatralne – dopiero później jego fotograficzny zapis. Aparat nie rejestruje gotowej rzeczywistości. Dokumentuje rzeczywistość stworzoną specjalnie na jego potrzeby.
Lalki
Osobnym elementem praktyki Grzeszykowskiej są szyte przez nią od 2007 roku lalki. Powstawały jako autoportrety, a także jako wyobrażone podobizny jej córki w przyszłości. Niedawno pojawiły się także na scenie Narodowego Starego Teatru w Krakowie w spektaklu „Nonfiction” w reżyserii Gosi Wdowik. Przedstawienie, oparte na książce Julie Myerson, podejmuje temat macierzyństwa, prywatności i granic opowiadania o własnej rodzinie. Rzeźby Grzeszykowskiej stały się w tym kontekście czymś więcej niż scenograficznym elementem – kolejnymi figurami obecności i nieobecności, realności i jej substytutu.
Retrospektywa bez początku i końca
Wystawa „Prawie wszystko” nie próbuje opowiedzieć twórczości Grzeszykowskiej jako zamkniętej historii. Przeciwnie – układ prac poza chronologią sprawia, że poszczególne realizacje zaczynają się wzajemnie oświetlać. Dawne prace można oglądać poprzez doświadczenie najnowszych, a najnowsze – jako kolejne warianty pytań zadawanych przez artystkę na przestrzeni jej kariery.
To szczególnie trafna forma dla artystki, której twórczość od początku opiera się na powtórzeniu i różnicy. Grzeszykowska nieustannie wraca do własnego ciała, ale nigdy nie wraca do niego w dokładnie taki sam sposób. Ciało się starzeje. Relacje się zmieniają. Dziecko staje się dorosłe. Matka staje się starsza. Twarz pozostaje rozpoznawalna, ale osoba, do której należy, jest już kimś innym. W tym sensie „Prawie wszystko” można potraktować jako wystawę o niemożności stworzenia kompletnego autoportretu. Tytuł brzmi jak obietnica całości, ale zawarte w nim „prawie” jest kluczowe. Zawsze pozostaje jakaś luka, brak, fragment, nieobecność.
W świecie Anety Grzeszykowskiej odpowiedź nigdy nie jest ostateczna. Bo o człowieku można opowiedzieć bardzo wiele, ale nigdy wszystko. Zawsze zostaje coś poza kadrem – ciało, którego nie da się zatrzymać, czas, którego nie da się cofnąć, i osoba, która patrzy na własny wizerunek i nie jest już dokładnie tą samą osobą, którą przed chwilą widzieliśmy na zdjęciu.










