30-lecie artystyczne Piotr Rogucki świętuje albumem „TRANSMUTACJE”, jesienną trasą z zespołem Normalni Ludzie i zapowiedzią spektaklu teatralnego.
Lata 90. to dla Piotra Roguckiego inna epoka: bez Internetu, bez telefonów komórkowych, z pierwszymi piosenkami pisanymi jeszcze przed sukcesem Comy. Od tamtej pory był wokalistą jednego z najważniejszych polskich zespołów rockowych, aktorem związanym z TR Warszawa, artystą solowym i połową duetu Karaś/Rogucki. Teraz, z okazji 30-lecia pracy artystycznej, wydaje koncertowy album „TRANSMUTACJE” nagrany z Normalnymi Ludźmi.
K MAG: Rozmawiamy, bo minęło 30 lat.
Piotr Rogucki: Ojejku. Tak szybko.
Te 30 lat cofa zegar do lat 90.
Jezu, no prawda, poprzedniego wieku. Poprzedniej epoki – bez Internetu, bez telefonów komórkowych – inny świat.
Do czasów, kiedy pisałeś pierwsze piosenki, jeszcze przed sukcesem Comy. Co chłopak z gitarą, którym wtedy byłeś, powiedziałby o tym, kim jesteś dziś?
Myślę, że każdemu z nas trudno byłoby wtedy wyobrazić sobie to, co dzieje się teraz. Nie przyszłoby nam do głowy, że cały świat będziemy mieli zamknięty w małym prostokącie w kieszeni. I w chmurze – wtedy chmura miała tylko jedno znaczenie, bez drugiego dna. Na pewno byłbym mocno zdziwiony. Gdybym spotkał takiego gościa z takim telefonem i w takim stanie umysłu, zastanawiałbym się, czy on w ogóle jest Ziemianinem. Ale chyba czułbym przed nim respekt. Pomyślałbym: fajnie, jest taki spokojny. Taki chciałbym być.
Naprawdę? A to, co wydarzyło się po drodze artystycznie – z tego młodszy Piotr byłby zadowolony?
Byłby zachwycony, bo łatwo się zachwycał. Może też zaskoczony, bo nie wiedział, że to wszystko tak się potoczy.
Które piosenki nie przetrwały zmian? Były takie, które próbowaliście zaaranżować na nowo i to się nie udało, bo zostały w tamtych czasach?
Są takie piosenki, nawet sporo. Nigdy nie rezygnowałem z drogi solowej ani aktorskiej, ale w pewnym momencie najjaśniejszym światłem rozbłysła Coma. To był dla mnie najbardziej emocjonalny rezerwuar moich działań artystyczno-terapeutycznych – zespół, w którym mogłem wykrzyczeć wszystko, co mnie boli. Tyle że u młodego człowieka niektóre rzeczy wychodziły bez filtra: ból, rozczarowanie, niepogodzenie z rzeczywistością, brak szansy na odnalezienie się w zmieniającym się świecie. I wyczuwana gdzieś niesprawiedliwość – to, że nagradzani są ci, którzy postępują nieuczciwie i zajmują czołowe stanowiska w polityce czy w dużych firmach, a uczciwym się nie udaje. Kilka piosenek dziś już się nie sprawdza. Trudno mi je wykonywać, bo to był krzyk nastolatka, dwudziestolatka. One mają za duży ciężar, choć ku mojemu zdziwieniu stają się ponownie aktualne dla młodych ludzi. To jest zaskakujące.
I dlatego wróciła Coma?
Nie bylibyśmy w stanie wypełnić hali koncertowej, gdyby nie to, że 60 procent publiczności to nowi ludzie. Inne pokolenie. Ogromnym zaskoczeniem był dla mnie koncert, który po pięciu latach przerwy zagraliśmy u Jurka Owsiaka na Pol’and’Rocku. Stało wtedy przed sceną 800 tysięcy ludzi.
Niewiarygodna ilość.
Była też duża presja, bo graliśmy pierwszy raz od pięciu lat, a ja nie zdążyłem na próbę, bo utknąłem w korkach. W pewnym momencie zapytałem z ciekawości, kto jest pierwszy raz na koncercie Comy. Rękę podniosło jakieś 60 procent publiczności. Pomyślałem, że się przejęzyczyłem albo że źle mnie zrozumieli. Ale potem, w wywiadzie po koncercie w Antyradiu, Makak puścił właśnie ten fragment i usłyszałem, że zapytałem dobrze – i że tak rzeczywiście jest. Od tamtej pory pytałem na każdym koncercie i okazywało się, że jest nowe pokolenie, które identyfikuje się z tym, co było dla nas ważne na początku lat dwutysięcznych. Koncert, który teraz przygotowujemy, poświęcony drugiej płycie – opowiadającej o kryzysie wiary, zaufania do ludzi, do polityki, do ludzkiej cywilizacji, o załamaniu poczucia godności i wspólnoty – jest niestety w 2026 roku znacznie bardziej aktualny niż wtedy.
To ciekawe, że ci młodzi ludzie mają dokładnie te same problemy – czują się, na przykład, samotni. Czy po to powstał projekt CZULE, żeby wrócić do wspólnej gry?
Ale trafiłaś! Przyznam szczerze: nie raz obserwowałem ludzi, którzy odnoszą sukces, a sam bardzo chciałem go odnieść. Widziałem, że niektórzy postępują bezwzględnie. Mają gdzieś kolegów aktorów czy piosenkarzy, idą jak czołg po swoje. Kiedy zacząłem tak robić, naśladując ich, stawałem się bardzo nieszczęśliwym człowiekiem. Działanie przeciwko komuś dla własnego dobra kosztowało mnie znacznie więcej niż tę drugą osobę. Bywało tak, że ktoś dawno zapomniał, że czegoś dla niego nie zrobiłem, choć obiecałem, albo że byłem niemiły, a ja cały czas to w sobie nosiłem. Po prostu się do tego nie nadaję. Zauważyłem też, że moja energia i kreatywność najlepiej czują się wśród ludzi pełnych entuzjazmu. Nagle odkryłem, że lepiej jest mi w towarzystwie ludzi o 20 lat młodszych niż wśród kumpli z Comy, gdzie praca stała się rutynowa.
Kuba Karaś, proszę bardzo.
No właśnie. Tylko potem okazało się, że nawet Kuba Karaś się przy mnie zestarzał /śmiech/. Teraz są Wiktoria Jakubowska i Kamil Kryszak. A kolektyw CZULE stworzyliśmy z Leną Dulą zupełnie spontanicznie. Zadzwoniłem do niej i mówię: „A może sami zaczęlibyśmy robić takie koncerty?”. A ona: „Piotrek, z nieba mi spadłeś!”. Akurat odchodziła z firmy, która przestała jej odpowiadać energetycznie, dla nas ważny jest w pracy szacunek, wsparcie, entuzjazm i inicjatywa – zapraszamy ludzi żeby cieszyć się, jak się rozwijają, a potem mogą ale nie muszą pojawić się zyski.
Cieszysz się z bycia z ludźmi, stąd trasa?
Ruszamy w trasę „TRANSMUTACJE” – o moich przemianach na przestrzeni 30 lat. Zbiera się wokół niej grupa ludzi. Na przykład Patrycja Podkościelny, uznana artystka po ASP, która zajmuje się ilustracjami i litografią. Znalazła ją Lena. Patrzę na prace Patrycji i mówię: „Jezu, świetne, wchodzimy w to”. Dzwonię do niej: „Zrób nam ilustrację do każdego utworu na płycie”. A ona: „Wow, zawsze o tym marzyłam, zawsze chciałam pracować przy muzyce.”. Siedziała tygodniami, szkicowała, rysowała, dobierała kolory i zrobiła taką pracę, że postanowiliśmy w każdym miejscu na trasie urządzać jej wystawę. Będzie też instalacja wideo w przestrzeni zaprojektowanej przez Zosię Kozłowską, młodą i bardzo zdolną warszawską scenografkę. Odbitki litografii będzie można kupić w naszym merchu. Wchodzi się więc nie tylko na koncert, ale i do galerii. Na scenie będzie podobnie: Kasia Turowska przygotowuje wizualizacje, częściowo oparte na pracach Patrycji.
Chcemy stworzyć sytuację, w której znowu jesteśmy kolektywem – nie tylko my, którzy nad tym pracujemy. Chcemy włączyć w to publiczność: żeby ludzie poczuli się wspólnotą, która przeżywa coś więcej niż rozrywkę: rodzaj współczesnej duchowości. Bycie razem na takim poziomie, na jakim kiedyś ludzie byli razem w kościele – i naprawdę to czuli. Tylko że nie będziemy ich straszyć grzechami, które być może popełnią. Chcemy pobyć z nimi w ich pięknie. Całość ma sprowadzić ludzi piętro niżej – z poziomu konsumpcji i rozrywki, która szybko zasuwa gdzieś w korze przedczołowej, na poziom serca.
Udaje się?
Udaje. Z Normalnymi Ludźmi gramy już ponad rok i wiemy, że to założenie się sprawdziło. Największym testem były dni miast. Karuzela, grill – zwykle, kiedy wchodzi tam taka muzyka, ludzie idą na kiełbasę albo pokręcić się na karuzeli, a wracają na coś lżejszego. A u nas najpierw stali, słuchali, a potem dostawaliśmy wręcz fanatyczne brawa. Kupowali nas. Nie szli na kiełbasę. Nie mogliśmy uwierzyć – nawet na lansiarskich festiwalach publiczność tak nie reagowała.
Może ludzie tego właśnie potrzebują?
Może wszyscy tego potrzebujemy, tylko o tym nie wiemy. Ludzie naprawdę potrzebują poczuć, że są czymś więcej niż maszyną do opłacania czynszu za mieszkanie na pięknym Powiślu, albo Ursynowie, która zastanawia się tylko, co dalej i czy w weekend będzie mogła się narąbać, czy raczej musi nadrabiać robotę. I bezustannie scrolluje.
Album „TRANSMUTACJE” właśnie się ukazuje, a w październiku ruszacie w trasę. Czytałam informację prasową i trochę za nią nie nadążyłam: jaki koncert jest na płycie, skoro trasa dopiero się zaczyna?
Z Normalnymi Ludźmi przechodzimy proces eksperymentalny. Chciałem szybko zacząć grać nową muzykę, ale nie miałem materiału. Z Kubą Karasiem skończyliśmy w grudniu, a w marcu graliśmy już w nowym składzie – trzy miesiące po pożegnalnej trasie Karaś/Rogucki. Nie mieliśmy czasu, żeby usiąść, dograć się, w ogóle zrozumieć, kim jesteśmy dla siebie w tej konfiguracji. Powiedziałem więc: aranżujemy moje stare utwory. Takie, których dawno nie grałem, a wiedziałem, że mają często niewykorzystany potencjał – solowe, z Karaś/Rogucki i z Comy. Do tego dwa czy trzy zupełnie premierowe. I zaczęliśmy działać. Dogrywaliśmy się, sprawdzaliśmy, kto na ile może sobie pozwolić. Latem było już super. Znaleźliśmy się, każdy poznał swoje miejsce. Każdy jest wyjątkowy i każdy jest tak naprawdę z zupełnie innej bajki, ale razem tworzymy zespół.
W czasie tych zmagań, szukania własnych środków wyrazu i własnego brzmienia, nagrywaliśmy koncerty. Wybraliśmy z nich 12 utworów. Części nie zagramy już na trasie, bo zrobiliśmy nowe utwory i inne aranżacje, więc ta trasa będzie inna. Ale część zabrzmi tak samo. Nie chcemy zdradzać wszystkiego. Powoli pracujemy też nad materiałem już nie koncertowym, tylko studyjnym, który ukaże się w przyszłym roku.
Czy on też będzie częścią Twojej trzydziestki?
Tak, bo zamierzam świętować przez trzy lata [śmiech]. Do tamtej części dołożymy jeszcze spektakl teatralny. Płyta Normalnych Ludzi wyjdzie w przyszłym roku razem z tekstem dramatycznym. Będę szukał teatru, w którym moglibyśmy to zrealizować. Moim marzeniem byłby Teatr Dramatyczny, bo coraz bardziej otwiera się na spektakle muzyczne.
Z teatrem zresztą jesteś związany od lat.
Tak, choćby przez Grzegorza Jarzynę i TR Warszawa.
Co teatr daje muzyce? Czego muzyka nie da sobie sama?
Daje czas. Daje ciszę. Daje bliskość. I tajemnicę. Jestem tym zarażony od zawsze. Studiowałem zaocznie teatrologię w Łodzi, zanim po kilku próbach dostałem się do szkoły teatralnej w Krakowie. Czytałem książki o różnych teoriach teatralnych, między innymi Antonina Artauda – aktora, a potem teoretyka teatru, twórcę tak zwanego teatru okrucieństwa, którego nadrzędną ideą był teatr totalny. Czyli taki, który oddziałuje na widzów wszystkimi możliwymi środkami, żeby publiczność została przez niego pochłonięta.
Możesz już coś zdradzić o tym tekście?
Na razie nie chcę. Za wcześnie. Uciekłaby mi energia z tamtego miejsca.
Mówimy o wspólnotowości, o kolektywie, o ludziach, których zebrałeś…
Dzięki nim w ogóle funkcjonuję. Jako twórca odnajduję się tylko we wspólnocie.
A jednak jubileusz jest podpisany Twoim nazwiskiem. Gdzie przebiega granica między kolektywnością a zarządzaniem tym, co będzie się działo?
Moje zarządzanie też jest kolektywne, ale nie mógłbym tego nazwać „30-tką Normalnych Ludzi”. To moje doświadczenia doprowadziły mnie do tego, że nauczyłem się tworzyć wspólnotę i na niej budować swoją siłę. Przechodziłem przez różne etapy – to trwało dłużej niż żyje na przykład Wiktoria Jakubowska, nasza perkusistka, o dwadzieścia parę lat ode mnie młodsza. Wszyscy w zespole są młodsi: Michał Wasilewski, twórca Xanaxu i dużych spektakli muzycznych, takich jak „Beksiński Live”, Kamil Kryszak, super zdolny gitarzysta i twórca muzyki filmowej, Paweł Cieślak, geniusz łódzkiej sceny alternatywnej. Niektórzy z nich mieli zero lat, kiedy zaczynałem. To jest doświadczenie Roguckiego, te 30 lat. Przez tę trzydziestkę chcę pokazać, że doszedłem do punktu, w którym mogę oddać wszystko, bo wiem, że dzięki temu powstanie jeszcze więcej. Musiało się to nazywać „Rogucki”, bo to moja droga. Droga, która zaczynała się od małej kropki, a potem rozszerzała się jak delta rzeki.
Piękna metafora. Piotr, czego mogę Ci życzyć?
Ten jubileusz to dla mnie początek. Początek pracy ze świadomością tego, jak to robić. Czasem i tak się gubię, bo coś przyjdzie mi do głowy, ale wiem, do jakiego miejsca wrócić, żeby się odnaleźć. Czego życzyć? Wytrwałości, miłości i wyobraźni. Ale przede wszystkim radości ze spotkania wspaniałych ludzi i satysfakcji z dzielenia się.










