Co było pierwsze: jajko czy kura? A może lalkarz z podlaskiej wsi Solniki i siła jego wyobraźni w starciu z bezwzględnym inwestorem ferm drobiu?
„Co do... kury?” Joanny Dei to dokument, który dociera do widza niczym egzotyczny przybysz z krainy, o której słyszeliśmy tylko w kontekście tanich weekendów w agroturystyce – a więc o tym, że nawet jeśli twój świat zamienia się w fermę drobiu, możesz wyhodować w garażu swój dwumetrowy, upierzony manifest, z przygrywającym w tle rozkwitem niezwykłej, choć niespodziewanej przyjaźni.
W tym kinie jest mniej więcej tak: niby dokument, niby prawda czasu, a jednak czujesz, jakbyś wpadł do baśniowej pracowni, w której klej miesza się z zapachem niepohamowanego oporu. Łukasz Puczko, „władca marionetek”, buduje lalkę-kurę – ową „Podlaską Godzillę” – nie z jakiegoś mistycyzmu wielkiego, oświeconego altruizmu, ale z czystej, fizycznej potrzeby niebycia zjedzonym przez bezduszne dzioby systemu. To nie jest „artyzm” dla warszawskiej bohemy, to jest rzemiosło w stanie wyższej konieczności. Kiedy do gry wchodzi Sabina, młoda Ukrainka uciekająca przed wojną, film przestaje być jedynie świadectwem lokalnej walki z planem budowy fermy drobiu, a staje się opowieścią o tym, jak w świecie, w którym tak łatwo poczuć się zaledwie papierową miniaturą w demograficznych statystykach, desperacko próbuje się zachować resztki namacalnego sprawstwa.
Magia, której nie kupisz w markecie
Kamera nie udaje, że uprawia tu jakąś wielką socjologię. Ona raczej podgląda, jak z kawałka ruchomego plastiku i jakiejś niepodrabianej, podlaskiej uporczywości wyłania się byt, który ma więcej osobowości niż niejedna wystawa w stołecznych galeriach. W muzycznej oprawie Stefana Wesołowskiego nagle to drewniane monstrum zaczyna być bardziej ludzkie, niż my wszyscy razem wzięci.
Relacja Łukasza i Sabiny to nie podręcznikowa relacja „mistrza i ucznia”, a prędzej historia o dwóch bratnich sobie duszach, które w pracowni lalkarza znajdują wspólny język – język tworzenia w obliczu własnych tragedii, tych dużych i małych. Puczko daje Sabinie coś więcej niż bezpieczny azyl: daje jej dostęp do magii dzieciństwa, do tej pierwotnej radości tworzenia, która pozwala na moment zapomnieć o wojnie i związanym z nią strachu. Lalkarz staje się tu architektem marzeń, który za pomocą dłuta wycina z rzeczywistości kawałek miejsca, w którym człowiek może poczuć się na nowo bezpiecznie, jak w zakamarkach własnej dziecięcej wyobraźni.
Sztuka to praca – i to często niedoceniana
Przyjrzyjmy się temu bez lukru: praca artystyczna to w Polsce ciągle „hobby po godzinach”. Film Dei idealnie obnaża ten nasz narodowy problem, gdzie artysta jest albo „natchnionym geniuszem”, albo „nierobem z wyboru”. Puczko pokazuje rzemiosło w jego najbardziej ludzkiej, dłużącej się wręcz, fizycznej formie, a także cenę niekończących się przeciwności losu związanych z perturbacjami pandemii i atakiem Rosji na Ukrainę. To lata praktyki, to nieprzespane noce, to wątpliwości i pot, ale i nieposkromiona wola działania oraz twórcze silniki weny. Film Dei pyta o kwestię fundamentalną: dlaczego wciąż oczekujemy, że twórcy będą nas karmić swoją wyobraźnią i jej owocami, nie dając im nawet na chleb? To nie magia – to zawód, który wymaga bezgranicznego oddania i żelaznej dyscypliny.
Werdykt
„Co do... kury?” to dokument, który nie boi się być nieco „nieporządny”. Jest w nim jakaś taka ludzka, nieco rozpierzchła szczerość, która sprawia, że po wyjściu z kina nie chcesz analizować struktury montażowej, tylko zastanawiasz się, dlaczego historia marionetkowej kury i towarzyszących jej psów człowieka tak za serce łapie, łapie i nie puszcza? To film o pasji, większej niż na dwa metry, co budzi zdziwienie i nie pasuje do żadnej ramówki, o fantazyjnej wyobraźni, oddaniu sztuce, przyjaźni i niezaprzeczalnym uroku wściekłej Marysi.
Zaprasza ona do bliższego poznania już w wybranych kinach studyjnych. A potem, z łaski naszej wspólnej, przestańmy traktować pracę artystyczną jak fanaberię. Bo jak tak dalej pójdzie, to jedyne, co nam zostanie, to sterylna cisza i zabetonowane pole po fermie drobiu.

![„Co do... kury?”: podlaska Godzilla, która wykluła się z lalkarskiego buntu [RECENZJA]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Fsmall_000_MYWU_33_H8_PWFDN_C124_ce7379dae2.webp&w=1920&q=80)








