Nie musisz mieć okularów Meta Ray-Ban, żeby stracić przez nie prywatność. Wystarczy, że ma je ktoś, kogo mijasz na ulicy. Szwedzcy dziennikarze sprawdzili, co dzieje się z nagraniami wykonanymi za ich pomocą i okazało się, że materiały – w tym sceny seksu i numery kart płatniczych – oglądają moderatorzy w Kenii. Tylko czemu nikt o tym nie mówi?
Świat, w którym przy każdym wyjściu z domu trzeba się zastanawiać, czy ktoś nas właśnie nie nagrywa, brzmi jak orwellowska dystopia albo kolejny odcinek „Black Mirror”. Okulary z wbudowaną kamerą i biometryczną opaską, która czyta ruchy dłoni i pozwala nawigować po hologramach wyświetlanych przed oczami, brzmią z kolei jak gadżet szpiega z filmu science fiction. Problem w tym, że szpiegowani jesteśmy my.
Nasz wizerunek w telefonach obcych ludzi
Kiedy eksperci ostrzegali przed naruszeniami prywatności, które przyniosą nowe technologie, nikt nie zapowiadał, że staną się one modowym akcesorium – w dodatku takim, które wizualnie niczym nie różni się od klasycznych oprawek. Do tego dochodzą ambasadorki: Jennie z BLACKPINK i Kylie Jenner, firmujące własne kształty opraw. Obie skarżyły się wcześniej na naruszanie prywatności przez paparazzich, a dziś promują technologię, która służy do krzywdzenia innych kobiet.
Prawo do prywatności, wynikające bezpośrednio z kodeksu cywilnego, zakazuje publikowania czyjegoś wizerunku bez zgody. Mimo to od premiery okularów w internecie pojawia się coraz więcej filmów, na których mężczyźni zaczepiają przypadkowo napotkane kobiety, namawiają osobę w kryzysie bezdomności do zrobienia czegoś upokarzającego za pieniądze albo nagrywają zbliżenia seksualne bez wiedzy drugiej osoby.
Producent wypiera się odpowiedzialności i zaznacza w zasadach użytkowania, że okulary nie mogą służyć do naruszania cudzej prywatności. Trudno jednak oczekiwać, żeby drobny druk w regulaminie kogokolwiek powstrzymał. Popularność w sieci zyskała też dioda migająca podczas nagrywania, czyli kluczowy punkt linii obrony Mety – w postaci poradników, jak ją dezaktywować.
I na ekranach pracowników Samy, zatrudnianej przez Metę
Szwedzkie media, zaniepokojone liczbą zgód wymaganych przy instalacji oprogramowania do obsługi okularów, postanowiły przyjrzeć się prywatności nie tylko osób trzecich, ale i samych użytkowników. Ze śledztwa dwóch gazet – „Svenska Dagbladet" i „Göteborgs-Posten" – wynika, że danych zbieranych przez Meta Ray-Ban nie przetwarza wyłącznie sztuczna inteligencja. Nagrania trafiają do moderatorów w Kenii, którzy całymi dniami oglądają je i oznaczają widoczne na nich przedmioty.
Partnerom biznesowym nie można przecież szkodzić
Dziwnym trafem reportaż szwedzkich dziennikarzy nie odbił się szerokim echem. Dziwnym – o ile pominiemy fakt, że Metę i Google'a łączy wielomiliardowy kontrakt dotyczący sztucznej inteligencji, a Google jako największa wyszukiwarka decyduje o tym, które treści widzimy wysoko w wynikach.
Nie wiemy, czym się dzielimy
Okulary Meta wymagają połączenia z internetem, żeby sprawnie korzystać ze sztucznej inteligencji i odpowiadać na pytania w rodzaju „na co teraz patrzę?". Podobnie jak przy wielu innych modelach AI, do ich trenowania i opisywania kontekstu obrazu wciąż potrzebni są ludzie.
Różnica między tym, co udostępniamy klasycznym modelom generatywnej sztucznej inteligencji, a tym, co zbierają okulary, polega na kontroli – przy okularach mamy jej znacznie mniej. A doniesienia o danych wrażliwych, które oglądali pracownicy w Nairobi, sugerują, że udostępniamy więcej, niż nam się wydaje.
Orwell sugerował, że będziemy przymuszeni do posiadania ekranu w każdym mieszkaniu. Nie przewidział, że urządzenie do podglądania kupimy sami, założymy dobrowolnie i wybierzemy do niego kolor oprawek. Bo Meta nie musi nas przekonywać, że okulary są bezpieczne – wystarczy, że są ładne, że nosi je Kylie Jenner, a fakt, że mają ukrytą kamerę jakoś schodzi na drugi plan.










