Przy Krakowskiej Wytwórni Lalek „Krawal” działała kiedyś wzorcownia: miejsce, do którego zwożono zza granicy zabawki, żeby je rozłożyć na części i sprawdzić, czy da się to samo wyprodukować nad Wisłą. Większość tych eksperymentów pamiętam, jako przedmiot, którego się bałam lub taki, który nie działał.
Po tamtej wzorcowni został w zbiorach muzeum pióropusz z dopiskiem: „nie nadaje się do masowej produkcji, ponieważ wystające pióra mogą ranić dzieci w głowę”. I prototyp zabawkowej Nysy, który nigdy nie trafił na rynek, choć nie wiadomo już dlaczego.
To jest właściwa scena otwierająca każdą opowieść o polskich zabawkach tamtych dwóch dekad. Nie choinka ze zdjęcia powyżej, nie łzy wzruszenia. Człowiek ze śrubokrętem, pochylony nad cudzym plastikiem, próbujący odtworzyć dzieciństwo, które działo się gdzie indziej.
Waluta, której nie było w portfelu
Pewex, Przedsiębiorstwo Eksportu Wewnętrznego, sprzedawał Lego, Barbie i matchboxy za dolary i bony towarowe PeKaO. Złotówek do 1990 roku nie przyjmowano wcale. Dopiero 1 stycznia 1991 złoty stał się tam jedynym środkiem płatniczym, co w praktyce oznaczało koniec całej idei.
Peweksowa witryna działała jak magnez. Można było stać i patrzeć – na klocki, na resoraki, na pudełko Barbie z kobietą, która nie wyglądała jak żadna znajoma pani z naszego osiedla. I ja tak stałam w drodze do szkoły i patrzyłam, bo Pewex mieścił się mniej więcej w jej jednej trzeciej. Dostęp do tego świata zależał nie od cierpliwości ani grzeczności czy dobrych ocen, tylko od tego, czy ktoś w rodzinie miał dewizy. Pech, bo w czasach szkolnych byłam jeszcze grzeczna, a i świadectwa z czerwonym paskiem przynosiłam do domu.
Skąd naprawdę brały się zabawki od wujka?
Legenda „paczki z Ameryki” ma bardzo konkretne podłoże logistyczne. Po wprowadzeniu stanu wojennego pomoc z Zachodu ruszyła lawinowo, a 8 lutego 1982 roku Bundestag zwolnił z opłat pocztowych wszystkie paczki z pomocą dla Polski. Przesyłki szły przez urząd pocztowy Hanower 2, gdzie, jak wspominał w filmie dokumentalnym „Paczki solidarności” jego ówczesny pracownik Dieter Plewka, trzeba było uruchomić nową halę i wielokrotnie zwiększyć obsadę. Dziennie potrafiło przychodzić tu kilkadziesiąt tysięcy paczek.
W tych paczkach były: mleko w proszku, proszek do prania, leki, kawa. Zabawki bywały dodatkiem i właśnie dlatego trafiały do dzieci w komplecie z informacją, że oto ktoś nam pomaga. Kuratorka wystawy „Paczka z Ameryki” w krakowskim Muzeum PRL-u, Karolina Żłobecka, zwracała uwagę, że zawartość darów często nie była konsumowana, tylko wymieniana albo sprzedawana na bazarach. Zabawka miała więc kurs. Dziecko, które dostawało ją w całości, dostawało prezent i informację o statusie rodziny naraz.
Naturalnie byli i prawdziwi wujkowie z Ameryki, lub, jak w moim przypadku – ciocia ze słonecznej Italii. Nie potrafię Wam opisać szczęścia i poczucia bycia wyjątkową, kiedy w paczce znalazłam kolorowy ołówek z różową panterą, dziecięcą maszynę do szycia czy kolorową, ukochaną spódniczkę w pasy, której zdejmowania odmawiałam tygodniami.
Wilk łapiący jajka i pierwsza konsola
Radziecka Elektronika IM-02 – u nas po prostu „Wilk i zając” – to sprzęt, którego historia mówi o bloku wschodnim więcej niż niejeden podręcznik. Była nielicencjonowaną kopią Nintendo Game & Watch EG-26 „Egg” z 1981 roku, w której oryginalne postacie podmieniono na bohaterów radzieckiej kreskówki „Nu, pogodi!”. Produkowano ją od 1984 roku (część opisów kolekcjonerskich podaje 1986). Krążyła wokół niej podwórkowa legenda, powtarzana do dziś w ogłoszeniach aukcyjnych: że po tysiącu punktów wyświetli się bajka. Segmentowy wyświetlacz LCD nie miał fizycznej możliwości pokazania czegokolwiek poza z góry zdefiniowanymi kształtami. Graliśmy więc w grę o kopiowaniu, wierząc w nagrodę, której nie było. Trudno o ładniejszą metaforę i lepiej, żeby nikt jej nie nadużywał.
Potem przyszedł Pegasus. Klon japońskiego Famicoma, sprowadzany z Tajwanu przez firmę Bobmark International Marka Jutkiewicza i Dariusza Wojdygi. Źródła rozjeżdżają się o rok, jedne wskazują początek importu na 1991, inne wprowadzenie do sprzedaży na 1992. Nintendo nie prowadziło wtedy dystrybucji w krajach postkomunistycznych, więc rynek obsłużył się sam. Na pierwszych pudełkach potrafiło się nawet znaleźć logo Nintendo, co dobrze oddaje ówczesną wrażliwość prawną branży.
Prawdziwa cezura przyszła w maju 1994 roku, wraz z wejściem w życie ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych. Bobmark wykupił prawa do gier Codemasters i wycofał nielegalne kartridże – liczba dostępnych tytułów spadła o mniej więcej 90 procent. Wtedy też pojawił się model IQ-502, przeprojektowany tak, żeby nie przypominać cudzych konsol. Dzieciaki, które właśnie zaliczyły zjazd z 168 gier na jednym kartridżu do pięciu legalnych, dostały pierwszą w życiu lekcję z prawa własności intelektualnej. Nie zapamiętały jej dobrze, o czym świadczy późniejsza kariera Polystation na bazarach.
Guma Turbo, czyli pierwszy polski magazyn motoryzacyjny
Brzoskwiniowa guma tureckiej firmy Kent, w Polsce sprzedawana od końca lat 80., a produkowana do 2007 roku. Wkładki z samochodami wymieniano na przerwach, ale ich funkcja była poważniejsza, niż pamięta większość byłych kolekcjonerów. W kraju bez Internetu i bez rozwiniętej prasy motoryzacyjnej te papierki były dla nastolatka jedynym źródłem danych technicznych o autach, których nie sposób było zobaczyć na ulicy. Lamborghini w skali 1:1 nie istniało. Lamborghini w skali 3 na 5 centymetrów – owszem. Wartość papierka ustalana wyłącznie przez to, ile osób w klasie już takie miało.
Życie na trzepaku
Podwórko. Guma rozciągnięta na kostkach dwóch dziewczyn i trzecia skacząca, klasy narysowane kredą, sznurek od skakanki, trzepak w roli sceny i miejsca zbiórki. Sprzęt się znajdowało, nie kupowało, a poziom trudności podnosiło się w górę czyjegoś ciała: kostki, kolana, uda, biodra, pas, pachy. Zasady były niepisane, za to egzekwowane z surowością sądu polubownego. Przegrana nazywała się skucha i miała rangę osobistej kompromitacji, po której trzeba było odstać swoje w roli słupka. A Magda była w gumę najlepsza.
Był w tym wszystkim i kapsel. Wybierało się ten od oranżady, wypełniało plasteliną, żeby miał masę i nie fikał na nierównościach, naklejało flagę wyciętą z atlasu szkolnego, całość zabezpieczało folią albo bezbarwnym lakierem do paznokci. Trasę rysowało się kredą lub cegłą na chodniku, czasem prowadziło po krawężnikach wzdłuż studzienek. Potem pstrykało się palcem środkowym, ostrożnie, bo wypadnięcie poza tor cofało do poprzedniej pozycji. Rozgrywka nazywała się „wyścig pokoju”, bo naśladowała jedyny wyścig kolarski, jaki można było zobaczyć w telewizji i każdy chciał być Szurkowskim albo Szozdą. Sztandarowa impreza propagandowa bloku wschodniego, odtworzona przez ośmiolatków przy pomocy śmieci i plasteliny. Starsi też grali – na pieniądze lub fanty.
Furby – szpieg z wrogiego państwa
Zachodnie dziwactwa docierały do nas z opóźnieniem i bez kontekstu, co czyniło je jeszcze dziwniejszymi. Polly Pocket wymyślił w 1983 roku Brytyjczyk Chris Wiggs, który zrobił córce Kate domek dla laleczki ze starej puderniczki. Bluebird Toys ze Swindon licencjonowało pomysł, a do sklepów zabawka trafiła w 1989. Cała jej konstrukcja polegała na tym, że świat dawał się zatrzasnąć. Dziewczynka miała prywatną przestrzeń mieszczącą się w dłoni, zamykaną na pstryk – w czasach, gdy własny pokój był luksusem statystycznie rzadkim.
Furby, wypuszczony przez Tiger Electronics jesienią 1998, sprzedał się w kilkudziesięciu milionach egzemplarzy i wywołał prawdziwą aferę szpiegowską. 13 stycznia 1999 roku „Washington Post” opisał wewnętrzne memo NSA zakazujące wnoszenia zabawki na teren agencji: obawiano się, że futrzak nagrywa i powtarza to, co usłyszy. Tymczasem Furby nie miał żadnej możliwości nagrywania – miał kilkaset zaprogramowanych fraz, odsłanianych stopniowo, żeby symulować naukę. Amerykański wywiad przegrał więc starcie z produktem, którego rozebranie na części zajęłoby średniej klasy specjaliście kwadrans.
Tamagotchi z 1996 roku było propozycją jeszcze bardziej bezczelną: opieka jako rozrywka, poczucie winy jako składowe gry. O Tamagotchi pisać nie będę, bo ta zabawka przyniosła mi cierpienie – zwierzątko umarło w nocy, pomimo, że dbałam o nie, jakby miało układ nerwowy, pokarmowy i milutkie futerko. Miało imię – R.I.P. Funia.
Co zniknęło z półki wspomnień?
Kielecki Krajowy Związek Spółdzielni Zabawkarskich koordynował w latach 70. ponad osiemdziesiąt procent polskiej produkcji zabawek. W zbiorach tamtejszego muzeum leżą listy dzieci z PRL-u wyliczające wymarzone prezenty. Wracał w nich, jak relacjonują muzealnicy, samochodzik sterowany. Te samochodziki, ze wspomnień tych samych dzieci, były bublami: baterie nie działały, elementy się odłamywały. Wymarzona zabawka i zabawka, która działa, to w polskiej pamięci dwa osobne przedmioty, które rzadko kiedy leżały w jednym pudełku. Nie szkodzi, bo kochaliśmy te buble i były naszymi skarbami.
Zgłaszam więc kandydaturę, choć wiem, że przegra z Pegasusem. Do gabloty z napisem „lata 90.” powinien trafić pusty, wygnieciony papierek po gumie Turbo, z odklejonym obrazkiem. Obrazek został u kolegi, w wyniku wymiany, której warunki obie strony pamiętają dziś inaczej. Dorosły, który kupuje dziś sobie Tamagotchi, kupuje eksponat. Dziecko, które wymieniało wkładki z gumy, brało udział w rynku. Zgadnijcie, które z nich lepiej pamięta, ile ta rzecz była naprawdę warta.










