Przez dekady wisiała w prywatnej kolekcji, z dala od oczu historyków sztuki i miłośników malarstwa. Teraz trzecia wersja słynnej „Japonki" Józefa Pankiewicza trafia na aukcję z wyceną do 20 milionów złotych i po raz ostatni można ją zobaczyć za darmo.
Kobieta stoi tyłem. W dłoni trzyma lusterko, w którym odbija się jej twarz. To najprostszy opis obrazu, który od stu kilkunastu lat tkwi w polskiej świadomości artystycznej jak znak wodny — niewidoczny pod powierzchnią, ale decydujący o tym, co widać. „Japonka” Józefa Pankiewicza nie jest dziełem wymagającym tłumaczeń. Jest dziełem, które wymaga opowieści. A ta właśnie opowieść ma trzy wersje.
Ile Japonek ma Pankiewicz?
Pierwszą rzeczą, której nie wiedziały pokolenia uczniów rozpoznających „Japonkę” z podręczników, jest fakt, że obraz istnieje w kilku wariantach. Pankiewicz podjął motyw trzykrotnie. Wersja z krakowskiego Muzeum Narodowego, ta z kolekcji Feliksa „Mangghi” Jasieńskiego, to płótno z podręczników i reprodukcji – z parawanem, japońskimi koturnami obok figury i bez lustra. Druga wersja zaginęła. Znamy ją wyłącznie z czarno-białej fotografii, na której Wanda spogląda w lustro zawieszone na ścianie. Trzecia przez ponad dwie dekady spoczywała w prywatnych zbiorach, niewystawiana, niekomentowana, praktycznie nieobecna w obiegu.
I właśnie tę trzecią można teraz zobaczyć przy Pięknej 1A w Warszawie bezpłatnie, do 18 czerwca, zanim trafi na czerwcową aukcję DESA Unicum z estymacją 12–20 mln złotych.
Człowiek, który przywiózł Japonię do Krakowa
Bez Feliksa Jasieńskiego nie ma „Japonki”. Jasieński był głównym wektorem japonizmu w polskiej sztuce przełomu wieków. Jego pseudonim „Manggha” pochodzi od tytułu słynnych szkicowników Katsushiki Hokusaia; w 1901 roku opublikował w Paryżu esej pod tym samym tytułem. Swoje krakowskie mieszkanie przy ulicy Świętego Jana urządził jak prywatne muzeum sztuki Dalekiego Wschodu i Europy.
To z tej kolekcji Pankiewicz wypożyczył rekwizyty do „Japonki”: czerwone kimono z białymi motywami lotosowymi, obi z ciemnoniebieskiego jedwabiu z haftowanym smokiem, parawan, kakemono, stolik z laki i brązowy dzban. Wszystkie te przedmioty dziś znajdują się w zbiorach Muzeum Narodowego w Krakowie.
Japonizm, czyli wirus estetyczny
W połowie XIX wieku Japonia otworzyła swoje porty po dekadach izolacji. Do Europy napłynęły japońskie grafiki ukiyo-e, ceramika, tkaniny, parawany. Efekt był natychmiastowy i dalekosiężny – europejscy malarze zaczęli pożyczać z japońskiej estetyki to, na co akademizm nie miał miejsca: płaską plamę koloru, wykadrowanie kompozycji, dekoracyjność traktowaną jako wartość samą w sobie, a nie ornament.
Pankiewicz znał te rozwiązania nie z opisu. W 1908 roku, podczas wizyty w Paryżu, spotkał Bonnarda i to spotkanie zapoczątkowało trwałą artystyczną wymianę – ich rodziny spędzały razem wakacje, razem wyjeżdżali na południe Francji, w okolice Saint-Tropez, gdzie na sąsiednich działkach pracował Paul Signac. Razem jeździli do Normandii, Giverny i Vernon. Pankiewicz nie był więc widzem europejskiej moderny. Był jej uczestnikiem. „Japonka” powstawała dokładnie w tym samym roku co te znajomości i to widać w tym, jak kładziony jest kolor: płaską, czystą plamą, bez akademickiego cieniowania, z dekoracyjnym napięciem między czerwienią kimona a niebieską głębią obi.




![Dlaczego na filmie „Kumotry” pęknie wam serce (i bardzo dobrze!) [RECENZJA]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Flarge_Kumotry_01_Still_1_4_1_36455417bb.jpg&w=1920&q=80)

