Kino jest dla Ildikó Enyedi, węgierskiej reżyserki, areną poszukiwań i niezwykłych eksperymentów. W najnowszym filmie „Milcząca przyjaciółka” Ildikó bada relacje między ludźmi i naturą, wywracając do góry nogami nasze potoczne wyobrażenia na temat wzajemnej komunikacji i przekonania, że drzewa i rośliny niczego nie czują, nie mają świadomości, ani życia wewnętrznego. Ten film upomina się o istnienie innych niż ludzkie, fascynujących sposobów doświadczania świata, ale jedyną drogą do ich cierpliwego i nigdy nie kończącego się odkrywania pozostają naukowe eksperymenty neurobiologów i botaników z całego świata i z różnych epok.
Podobno miałaś obsesję na punkcie roślin, od kiedy byłaś nastolatką. Skąd to się u ciebie wzięło?
Kiedy do twojego pokoju wchodzi kot, natychmiast zdajesz sobie sprawę, że nie jesteś sama. Jeśli natomiast w tym samym pomieszczeniu znajduje się roślina doniczkowa, to w ogóle jej nie dostrzegasz. Uważasz, że jesteś sama, ale tak nie jest. W latach 70. XX wieku, kiedy byłam nastolatką, miała miejsce pierwsza duża fala eksperymentów dotyczących komunikacji roślin. We mnie – dziewczynie z miasta – narodziła się silna ciekawość i pragnienie nawiązania kontaktu z tymi cichymi i złożonymi istotami, które rządzą naszą planetą. Nosiłam w sobie to zainteresowanie przez całe życie. Wiele o tym czytałam jako młoda dziewczyna i to było dla mnie fascynujące. Przez lata towarzyszyła mi ta ciekawość. Śmieję się, że czułam się trochę jak odkrywca…
Jakie nieznane terytorium chciałaś zgłębić w swoim najnowszym filmie „Milcząca przyjaciółka”?
Bardzo mocno odczuwam emocje związane z rozłąką, a także pragnienie ponownego zejścia się – to moje osobiste doświadczenie życia. Mam wrażenie, że wielu z nas żyje w pewnego rodzaju wielkiej samotności. Chciałam zbadać pragnienie połączenia, kontaktu nie tylko między ludźmi, ale także między ludźmi a naturą. Chciałam pokazać ludzkie próby pogłębienia tej więzi z naturą. Czy my w ogóle wiemy na przykład, co dzieje się w życiu drzewa? My, ludzie, jesteśmy jedynymi zwierzętami, które opowiadają historie i słuchają historii. To dzięki nim rozumiemy, kim jesteśmy. Aby stworzyć historię, potrzebujesz bohatera, a łatwo wyobrazić sobie drzewo jako bohatera. Wszystko zaczęło się od obrazu samotnego drzewa – miłorzębu japońskiego – które rośnie w ogrodzie botanicznym w Magdeburgu, na tamtejszym campusie uniwersyteckim. To drzewo znajduje się daleko swojego naturalnego środowiska. Tak samo jest ze wszystkimi roślinami w ogrodzie botanicznym: nie są tam z powodów naturalnych, lecz z ludzkiej woli.
Czy wierzysz, że rośliny mają świadomość, tak jak my, ludzie?
To wielkie pytanie do filozofów, psychologów i poszukiwaczy. Ja sądzę, że żyjemy w nieświadomości, że rośliny maja świadomość. To, co my nazywamy światem, jest tylko naszą rzeczywistością doświadczaną dzięki naszym zmysłom, ale istnieją także inne drogi poznawania i odczuwania świata właściwe tylko florze i faunie. Ludzka świadomość to tylko fragment świadomości uniwersalnej, większej niż nasza. Fascynują mnie te wielkie, choć być może naiwne pytania: o czas, świadomość, rzeczywistość. Obecnie są one badane przy użyciu zaawansowanej technologii przez ogromne zespoły badawcze, często bez natychmiastowych praktycznych rezultatów. Jestem w bliskim kontakcie z brytyjskim neurobiologiem Anilem Sethem, który eksperymentuje i nieustannie krąży wokół pytania: czym jest świadomość? Dla niego oczywiste jest, że wszystkie istoty żywe mają pewien rodzaj wewnętrznego doświadczenia. Nietoperz na przykład „wie”, że jest nietoperzem. Nasz język jest niezwykle antropomorficzny, ale to nie czyni tej idei błędną.
Wydaje się, że, wbrew pozorom, prawdziwym zalążkiem filmu „Milcząca przyjaciółka” nie była wcale botanika?
W istocie chodzi o zaakceptowanie, że komunikacja jest zawsze niepełna. Między postaciami w filmie – na przykład między ogrodnikiem Sylvestrem Grothem a neurobiologiem granym przez Tony’ego Leunga – a także między roślinami i ludźmi. Możemy jedynie wyciągać wnioski na temat tego, co naprawdę dzieje się w roślinie, albo uznać, że istnieje inna istota z własnym światem, złożonymi powiązaniami i własną rzeczywistością. To samo dotyczy relacji międzyludzkich: nigdy nie da się w pełni zrozumieć drugiego człowieka. Jednak to nie musi być problem, o ile uznajecie i szanujecie swoją i jego rzeczywistość. To tworzy intymność.
Dlaczego mamy w filmie trzy różne historie i epoki wyglądające jak jeden film?
Nasz film nie chce mówić w imieniu roślin. Dlatego te trzy różne poziomy czasowe (akcja filmu rozgrywa się w 1908 roku, w latach 70. XX wieku i w okresie pandemii w 2020 roku) nie są przedstawiane z punktu widzenia roślin. Chodzi o ponadczasowe pragnienie i poszukiwanie komunikacji oraz niezdarne próby ludzi, by się z nimi skontaktować. Pokazywanie perspektywy rośliny byłoby arogancją. Chcę tylko zwrócić uwagę na fakt, że te złożone istoty istnieją: komunikują się, wspierają, prowadzą życie towarzyskie i miłosne, a choć jesteśmy peryferyjni w ich uwadze, obserwują nasze chaotyczne, zagubione codzienne życie.
Każda epoka była kręcona w innym medium – 35 mm, 16 mm i cyfrowo. Jak te decyzje techniczne wpłynęły na pisanie i opowiadanie historii?
Centralnym tematem filmu jest percepcja, czyli odmienne światy percepcji trójki ludzkich bohaterów. To, co postrzegają, idąc tymi samymi ścieżkami tego samego ogrodu botanicznego w Marburgu, dotykając tego samego drzewa, bardzo się od siebie różni. Materiały filmowe są tak wybierane, by przybliżać widzów do percepcyjnego świata każdej z epok. Wysoce uporządkowany i uregulowany świat roku 1908, w którym żyje Greta, studentka botaniki, wyraźnie kontrastuje z początkiem lat 70., kiedy sztywne granice rozmywają się w każdym sensie – nawyki, ubrania, interakcje społeczne. Łatwy dostęp do używek psychodelicznych także wpływa na elementarne doświadczenia percepcyjne. Z kolei przenikliwa precyzja cyfrowej technologii doskonale odczuwa głęboką samotność, w jakiej znajduje się Tony, neurobiolog, w 2020 roku, podczas pierwszego lockdownu, zamknięty na opustoszałym campusie w Marburgu. Każdy format oznacza sposób postrzegania. Czarno-biały materiał 35 mm jest bardzo precyzyjny, fakturowany – pasuje do dążenia Grety do ponadczasowego porządku. Materiał 16 mm z lat 60. i 70. jest ziarnisty, impresjonistyczny, pełen kolorów, zapachów, fizyczności. A cyfrowa kamera reprezentuje naszą teraźniejszość: precyzyjna, chłodna, ale też trochę sztywna – pasuje do okresu lockdownu.
Jak przekonałaś Tony Leunga, aby przyjął rolę w twoim filmie? On nigdy wcześniej nie zagrał w żadnej europejskiej produkcji.
Potrzebowałam osoby z zewnątrz do zagrania tej postaci. Kogoś, dla kogo to niemieckie uniwersyteckie miasto Marburg jest równie obce, jak nasz bohater miłorząb japoński. Napisałam tę rolę dla Tony’ego, nie wiedząc, czy się zgodzi. W filmach Wong Kar-Waia jest ikoną, niemal za ochronną tarczą. W wywiadach jednak widziałam otwartą, ciekawą osobę. Szybko się zgodził. Jest praktykującym buddystą i od razu zapytał, czy za filmem kryje się buddyjskie podejście? Ja potwierdziłam, że to dla mnie ważny element. Nie tylko jego rola, ale cały film jest buddyjski. Bohater Tony’ego to solidny człowiek, wykształcony w tradycyjny sposób, który wierzy w logikę i uważa, że niezbędne jest pewne panowanie nad rzeczami. Jednak ten człowiek uczy się trochę tracić kontrolę. Zdaje sobie sprawę, że zrozumienie i całkowite opanowanie to iluzja, a utrata tej iluzji nie jest ani poważna, ani bolesna. Akceptuje, że nie rozumie wszystkiego. Jestem bardzo wdzięczna wszystkim widzom, którzy zobaczyli ten aspekt filmu, bo moim zdaniem był to jego najważniejszy wymiar.
Jak wyglądała współpraca z Tony Leungiem?
Ta bogata i znacząca cisza introwertycznego neurobiologa na pustym kampusie wymagała jego wyjątkowej obecności. Jego spojrzenie i mowa ciała mówią do nas zamiast słów. Bezpośrednio dotyka naszej duszy. Jestem mu ogromnie wdzięczna za przyjęcie tej roli. Producenci próbowali mnie przekonać, żebym poszukała innego aktora, bo Tony jest znany z tego, że jest powściągliwy i odrzuca większość ofert. Jednak w mojej głowie ta rola należała do niego i do nikogo innego. Było to wspaniałe zaskoczenie odkryć – już podczas pierwszej rozmowy na Zoomie – że to nie tylko rola, ale także motywacje i sposób myślenia stojące za całym filmem go przekonały. Oprócz genialnego aktora znalazłam prawdziwego sojusznika, kogoś, kto rozumiał i głęboko akceptował ukryte motywacje, które napędzały scenariusz.
Muszę zapytać o wątek feministyczny. Kobiece spojrzenie na świat przyrody w mało przyjaznym męskim, szowinistycznym gronie, wydaje się bardziej wrażliwe i subtelne niż męskie. Pojawia się też wiele humoru w sposobie, w jaki Greta patrzy na rośliny, bada je, odkrywa przez obiektyw kamery…
Po scenie egzaminu chciałam, aby Greta, a wraz z nią i publiczność widzieli rośliny inaczej. Bardziej zmysłowo, by z większą uwagą im się przyglądali. Humor był dla nas bardzo ważny. Pomagał zrozumieć naukę, wejrzeć w eksperymenty lepiej, przystępniej w dialogach. Mimo iż Greta jako jedyna kobieta pracuje z mężczyznami, nie chciałam robić filmu aktywistycznego, feministycznego, wyłącznie o świecie, w którym każdy facet jest gówniarzem i narcyzem. Oczywiście, to prawda, że w 1908 roku naukowczynie nie cieszyły się swobodą nie tylko w wyrażaniu własnych myśli i poglądów, ale nie były wolne nawet w ruchu, zakleszczone w gorsetach. Greta jest bardzo dominująca, zdecydowana i dynamiczna, ale wie, że nie da się inaczej, że musi walczyć, by być traktowaną poważnie. Razem z operatorem chcieliśmy być bardzo blisko Grety, być w środku jej głowy i uczuć, w jej duszy, emocjach.
Miłość odgrywa w twoich filmach wielką rolę, podczas gdy tutaj bardziej chodzi o towarzyszenie w poszukiwaniach. To było celowe?
My chcieliśmy odkrywać rośliny, naturę, drzewa jako istoty sensualne, erotyczne. Mówiąc „my”, mam na myśli moich bohaterów, którzy kochają życie. To nie jest przypadek, że film kończy się…orgazmem, jakiego doświadczają stare drzewa. To ich love story… [śmiech] Miłorzęby są dwupienne, występują drzewa żeńskie i męskie. Od początku wiedziałam, że w filmie będzie to żeńska „bohaterka”. Ważne było, by przez długi czas pozostawić to otwarte w filmie. To także forma oczekiwania. Miłorzęby mają bardzo osobliwy sposób rozmnażania się. Materiał, który widzimy na końcu filmu pod mikroskopem elektronowym, faktycznie pokazuje plemniki. Po miesiącach oczekiwania zostają one aktywowane przez jesienne deszcze i rozpoczyna swoją podróż. To znacznie bliższe rozmnażaniu ssaków niż innych roślin. Wysoce skomplikowane, niepraktyczne i fascynujące. Ten materiał jest niezwykle rzadki. Jesteśmy to winni japońskiemu zespołowi badawczemu. To bardzo skomplikowane zjawisko do filmowania. W tej scenie widzimy coś w rodzaju orgazmu, pierwszego orgazmu drzewa. Nie chciałam robić filmu, który rozwija się wyłącznie przez pryzmat historii. Oczywiście zachowuję narracyjne punkty odniesienia, by pozostało to przyjemnym doświadczeniem dla widza, ale przede wszystkim chciałam stworzyć film zmysłowy, film o pożądaniu, o historii miłosnej drzew.
Masz wiele koneksji z polskim kinem. Uczyłaś w Szkole Wajdy. Jak wspominasz Mistrza?
Jestem bardzo szczęśliwa, że przez kilkanaście lat mogłam słuchać Andrzeja Wajdy, rozmawiać z nim, obserwować, jak doradza młodym filmowcom. W każdy projekt każdego studenta potrafił się zaangażować całym sercem, uwielbiał dzielić się swoim bogatym doświadczeniem w bezpośredniej komunikacji. Bardzo żałuję, że w moich studenckich latach nie miałam tak wspaniałego mentora. Ja w ogóle bardzo lubię i lubiłam przyjeżdżać do Polski, ponieważ mój ojciec, z zawodu geograf, często bywał w twoim kraju. Nauczył się nawet trudnego języka polskiego, by móc lepiej się komunikować ze swoimi polskimi kolegami. Nieraz w dzieciństwie mu w tych wyjazdach towarzyszyłam. Później już jako osoba dorosła w latach 80. byłam blisko związana z polskim podziemiem politycznym.
Andrzej Wajda był mentorem Agnieszki Holland. Napisali razem scenariusz do filmu „Bez znieczulenia”. Kilka lat temu odebrałaś Złotego Niedźwiedzia na Berlinale za film „Dusza i ciało”, a Agnieszka „Srebrnego Niedźwiedzia” za „Pokot”. Jak oceniasz jej kino?
Szczerze ją podziwiam, my spotykałyśmy się na wielu festiwalach, ale jesteśmy bardzo różne, ale tak to już między filmowcami bywa. Natomiast to, o czym opowiadałyśmy obie, ona w „Pokocie”, a ja w filmie „Dusza i ciało”, to niestety niepokojąco realne zagrożenia, które wielu ludzi nadal bagatelizuje. Podejmujemy w nich tematy niewygodne, zwłaszcza dla środowisk prawicowych, dajemy głos mniejszościom. Bardzo lubię i cenie „Kafkę”, najnowszy film Agnieszki. To bardzo nowoczesne i złożone dzieło, wizualnie bardzo ciekawe. Mam wiele ciepłych uczuć do filmów Agnieszki.
Ciebie i Agnieszkę Holland łączą specyficzne związki ze światem natury. A tak prywatnie, jaki jest twój stosunek do roślin?
Choć mój film koncentruje się na roślinach, ja nie jestem ogrodniczką… [śmiech] Co więcej bywam niezdarna, jeśli chodzi o rośliny. Naprawdę! Jestem za to głęboko wdzięczna tym wszystkim, które mieszkają w moim mieszkaniu, za to, że mnie i moich bliskich akceptują i że w ogóle tyle lat z nami już przetrwały…
![Ildikó Enyedi: „Chcieliśmy odkrywać rośliny, naturę, drzewa jako istoty sensualne, erotyczne” [WYWIAD]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Fsmall_MILCZACA_PRZYJACIOLKA_BTS_Ildiko_Enyedi_01_ae4b10b424.jpg&w=1920&q=80)
![Łukasz Ronduda: „Interesuje mnie inność” [WYWIAD]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Flarge_1_eb2e49868c.jpeg&w=1920&q=80)





