Peter Paul Rubens urodził się w Siegen przez przypadek i skandal. Jego ojciec, antwerpski prawnik Jan Rubens, wdał się w romans z Anną Saską, żoną Wilhelma Orańskiego, trafił za to do więzienia, a po zwolnieniu dostał zakaz opuszczania miasta. Cztery i pół wieku później to samo westfalskie miasto, które barokowy mistrz znał wyłącznie jako miejsce rodzinnego wygnania, przyznaje jedną z najbardziej ekskluzywnych nagród malarskich w Europie. W tym roku po raz pierwszy otrzymał ją Polak.
Piętnasty w historii, pierwszy z Polski
Wilhelm Sasnal, urodzony w 1972 roku w Tarnowie malarz i filmowiec, został laureatem 15. Nagrody Rubensa miasta Siegen – wyróżnienia dotowanego kwotą 25 tysięcy euro, które zostanie wręczone w listopadzie 2027 roku, wraz z indywidualną wystawą w Museum für Gegenwartskunst Siegen i towarzyszącą publikacją. Nagroda, ustanowiona w 1955 roku i przyznawana od 1957 co pięć lat, honoruje malarzy i grafików za przełomowy dorobek życia.
Wystarczy przejrzeć listę poprzedników, żeby zrozumieć skalę. Hans Hartung, Giorgio Morandi, Francis Bacon, Antoni Tàpies, Cy Twombly, Lucian Freud, Maria Lassnig, Sigmar Polke, Bridget Riley, ostatnio Miriam Cahn w 2022 roku. Czternaścioro laureatów w ciągu siedmiu dekad. Sasnal jest piętnasty i pierwszy z Polski.
Za co dokładnie
Jury doceniło u Sasnala „ekspresyjny kalejdoskop teraźniejszości”, w którym osobiste doświadczenie splata się ze zbiorową pamięcią i polityką, a malarstwo czerpie z historii sztuki, obrazów medialnych i własnych fotografii artysty. O werdykcie zdecydowało pięcioosobowe gremium, w którym zasiedli m.in. malarka Kerstin Brätsch, krytyk Georg Imdahl, dyrektor monachijskiego Lenbachhaus Matthias Mühling i Theodora Vischer z Bazylei.
Formuła brzmi akademicko, ale opisuje coś bardzo konkretnego: metodę, którą Sasnal wypracował jeszcze w latach dziewięćdziesiątych. Zaczynał od architektury na krakowskiej politechnice, w 1999 roku skończył malarstwo na tamtejszej ASP i współzakładał Grupę Ładnie – formację, która z banalności transformacyjnej Polski, reklam i osiedlowej nudy zrobiła materiał malarski. Ten odruch został mu do dziś: obraz Sasnala potrafi wyrastać z kadru kroniki filmowej, ze zdjęcia z gazety, z widoku za oknem domu pod Krakowem. To właśnie ta bezceremonialność uczyniła go rozpoznawalnym – jego prace pokazywały Stedelijk Museum w Amsterdamie, monachijski Haus der Kunst i londyńska Whitechapel Gallery.
Do kolekcji, obok Bacona
Jest jeszcze jeden wymiar tej nagrody, mniej oczywisty niż czek. Prace laureatów trafiają do kolekcji Lambrecht-Schadeberg, liczącej już ponad 300 dzieł i obejmującej wyłącznie zdobywców Nagrody Rubensa – buduje ją od 1992 roku Barbara Lambrecht-Schadeberg, współwłaścicielka browaru Krombacher. Sasnal zawiśnie więc na stałe w towarzystwie Freuda, Twombly'ego i Lassnig, w muzeum, które z tej kolekcji uczyniło opowieść o powojennym malarstwie europejskim.
Dla polskiej sztuki to wyróżnienie ma osobną wagę. Sasnal od lat funkcjonuje na globalnym rynku i w globalnych instytucjach – ma na koncie Vincent Award z 2006 roku, Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski, Paszport „Polityki” z 2022, ale Rubenspreis działa według innej logiki niż aukcje czy biennale. Nagradza całość.
Zabawne, że spotyka to akurat artystę, który niedawno deklarował, że sam wybiera sobie punkty odniesienia – Lema i Szymborską, nie Matejkę i Wojtyłę. Kanon jednak wybrał jego. I to kanon firmowany nazwiskiem malarza, który dworskość, patos i wielki format miał we krwi. Ciekawe, co Rubens powiedziałby o obrazach, na których zamiast wniebowstąpienia jest parking.










