Benjamin Christensen kupił w berlińskim antykwariacie egzemplarz „Młota na czarownice” i postanowił zrobić z tego film. Wyszedł najdroższy skandynawski niemy obraz swoich czasów i gatunkowy dziwoląg nie do zaszufladkowania do dziś: wykład historyczny ze wskaźnikiem i planszami, który po dwudziestu minutach przechodzi w inscenizację sabatu, gdzie ustawia się kolejka do składania hołdu diabłu, a diabła gra sam reżyser, z zapałem człowieka, który wreszcie znalazł swoje powołanie.
Autentyczność „Häxan” polega na tym, że Christensen nie zmyśla oskarżeń – on je cytuje. Wszystko, co widzimy, ktoś kiedyś zeznał pod przysięgą albo pod torturami, co w tamtym systemie prawnym oznaczało mniej więcej to samo. A puenta filmu, wypowiedziana sto lat temu, wciąż uwiera: to, co szesnasty wiek nazywał opętaniem, dwudziesty nazwał histerią i wcale nie jest oczywiste, która diagnoza była dla kobiety łaskawsza.