To, co w Subway Surfers kończy się restartem gry, w rzeczywistości kończy się w kostnicy. Najmłodsza generacja przenosi ucieczkę przed ochroniarzem kolei, unikanie przeszkód i skakanie po dachach pędzących pociągów z fabuły gry do rzeczywistości.
Znane z Azji i Ameryki Południowej zachowanie, polegające na odbywaniu podróży nie w środku, lecz na dachu lub zewnętrznych elementach składu – buforach lub elementach łączących wagony – coraz częściej znajduje amatorów w Polsce. Reprezentanci młodego pokolenia zakładają na głowy kominiarki i kamerki GoPro, po czym wskakują na jadące pojazdy szynowe.
Trend zbiera śmiertelne żniwo
Choć dla autorów krążących w sieci filmów trainsurfing wydaje się ekscytującą zabawą, nowa praktyka wiąże się ze śmiertelnym ryzykiem. Poza oczywistym niebezpieczeństwem, jakim jest upadek z wysokości pod koła pociągu, w grę wchodzi też porażenie prądem o napięciu 3000 V z sieci trakcyjnej, do którego może dojść nawet bez dotykania przewodów. Wystarczy znaleźć się zbyt blisko instalacji, aby doszło do przeskoku energii elektrycznej.
Stosunkowo nowe w Polsce zjawisko zdążyło już zebrać śmiertelne żniwo. Choć pierwsze, pojedyncze przypadki odnotowano jeszcze w ubiegłym roku na terenie aglomeracji śląskiej, to w Warszawie doszło do śmiertelnego wypadku, który wskrzesił dyskusję na ten temat. W maju 2026 roku w rejonie stacji PKP Ursus Niedźwiadek znaleziono bowiem ciało 16-latka. Pośmiertna analiza wykazała, że został on śmiertelnie porażony prądem, a następnie spadł z dachu pociągu.
Skala problemu, w związku z powstaniem internetowego trendu, zaczęła rosnąć na tyle, że zarządca narodowej infrastruktury kolejowej postanowił wydać oficjalny komunikat.
Za surfowanie na pociągach grozi surowa kara finansowa i zatrzymanie przez policję. W skrajnych przypadkach, mogących doprowadzić do katastrofy w ruchu kolejowym, sprawcom może grozić nawet do ośmiu lat pozbawienia wolności. Mimo ryzyka – zarówno zdrowotnego, jak i prawnego – trend zdobywa coraz więcej zwolenników.
Na torach ginie 100–200 osób rocznie
W statystykach Urzędu Transportu Kolejowego liczba ofiar wszystkich wypadków na torach oscyluje od 100 do 200 osób rocznie, wliczając w to przejścia przez tory w niedozwolonych miejscach. Dla porównania, śmiertelnych ofiar wypadków drogowych w 2025 roku było 1660 – zaskakująco niski wynik, a mimo to wielokrotnie wyższy niż liczba ofiar wypadków na torach. Funkcjonariusze służb obawiają się, że niebezpieczny trend może drastycznie podnieść liczbę ofiar.
Ekspozycja medialna, jaką zyskuje w ostatnich dniach temat, również budzi moralne wątpliwości. Efekt naśladownictwa, zwany także efektem Wertera, głosi, że nadmierne, szczegółowe relacjonowanie w mediach ryzykownych zachowań prowadzi często do ich eskalacji, nawet jeśli publikowane treści są krytyczne. Jednocześnie, konsekwentnie omijając temat, ryzykujemy, że ze względu na nieświadomość rodziców czy opiekunów dzieci dojdzie do wypadków, których można by uniknąć.







![[Z archiwum K MAG] „Zawsze wiedziałam, że nie kręci mnie świat królowych popu” – wywiad z Anią Leon](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Flarge_KMAG_AL_1_f822d66dc7.jpg&w=1920&q=80)