Jest wyrazista, wszędzie jej pełno i wyróżnia się na tle popowych debiutantów ostatnich lat alternatywnym, „ciemniejszym” brzmieniem. Porozmawialiśmy z Anią Leon, wyjątkowo ambitną osobą, która ma sporą szansę pozostać na scenie dłużej.
Twoja debiutancka płyta nazywa się „Łezki”. To znaczący tytuł, bo z jednej strony spoglądasz na niej w mroczniejsze strony, ale z drugiej – robisz to z pewną ironią.
Takie było moje założenie, kiedy pisałam utwór „Łezki”. Wybierając to słowo na tytuł płyty, pomyślałam, że przecież płakać można nie tylko ze smutku i nerwów, ale też ze szczęścia i euforii. Łzy pasują do całej gamy uczuć, a wydaje mi się, że mój album jest bogaty emocjonalnie.
O czym opowiada? Poza tym, że o emocjach?
To zbiór historii, które przytrafiły się mnie i moim bliskim. Piszę o tym, co zaobserwowałam i co przeżyłam – głównie o miłości, związkach, relacjach.
Podobno w ogóle większość piosenek jest o miłości.
O miłości i relacjach między ludźmi. Oczywiście treść zależy od tego, na jakim etapie relacji jesteśmy i o jakiej relacji opowiada konkretny utwór. Moja płyta powstawała w okresie pandemii, a mam wrażenie, że to był właśnie intensywny czas dla poszukiwaczy drugiej połówki. Jedne związki się rozpadały, inne tworzyły.
Płytę nagrywałaś z dwoma doświadczonymi producentami – Mariuszem Obijalskim i Arkadiuszem Koperą. Ile ciebie jest w tym materiale?
Mam nadzieję, że bardzo dużo. Ten album jest naszym wspólnym projektem – każde z nas dało z siebie tyle samo. Wszyscy troje od razu się polubiliśmy, dzięki czemu włożyliśmy w tę płytę serce. Także dlatego pandemia okazała się sprzyjająca – w innych okolicznościach chłopaki pewnie miałyby dużo więcej pracy i tym samym mniej czasu dla mnie, debiutantki. Dzięki pandemii obaj mocno weszli w mój świat i dodali do niego to, czego sama bym nie potrafiła.
Określasz swoją muzykę jako dark pop, ale można też powiedzieć, że grasz alternatywny pop. Częściej spoglądasz w stronę mainstreamu czy alternatywy?
Prywatnie słucham mało popu. Najbardziej lubię elektronikę, techno, house. To moje klimaty. Zależało mi jednak, aby mój debiut był nieco „bezpieczniejszy”. Stworzyliśmy piosenki, których sami chcemy słuchać, ale ciekawiło nas, jak przyjmie to polski słuchacz. Nie chcieliśmy nikogo wystraszyć [śmiech]. Nigdy nie zapomnę, jak moja koleżanka zapytała, co tak naprawdę chciałabym śpiewać. Byłyśmy wtedy na Open’erze, a ja odpowiedziałam: „Mix MGMT i Crystal Castles!”, bo zrobili na mnie niesamowite wrażenie. Swoją drogą bardzo ciekawe połączenie…
Twoją muzykę porównuje się do twórczości Sevdalizy czy Billie Eilish. Słuchasz ich?
Lubię Sevdalizę, ale Billie Eilish rzeczywiście nie słucham, choć bardzo ją szanuję.
A nie sądzisz, że taka płyta jak twoja mogłaby się nie ukazać, gdyby nie Billie Eilish?
Wiem, co masz na myśli. To Billie Eilish pokazała, że w mainstreamie jest miejsce na mroczniejsze propozycje i estetykę odbiegającą od słodkiego, cukierkowego popu. Ale jednak wolę myśleć, że moja płyta i tak by się ukazała. Może to ja przetarłabym szlaki [śmiech]?
Twoja muzyka chwilami jest ciężka, lecz sama wydajesz się uśmiechniętą, pogodną dziewczyną.
Mroczna jest we mnie głównie estetyka. Zawsze jarały mnie ciemne barwy – czy to w filmie, czy w muzyce. Na festiwalach kręciłam się wokół scen, z których rozbrzmiewał głośny bas. Nieraz bawią mnie reakcje w stylu: „Czemu taki mrok?”, i ludzie pytający, skąd u mnie ten smutek. A ja w ogóle nie czuję się smutna! Wręcz przeciwnie – jestem mega szczęśliwa i nie widzę w swojej muzyce mroku, tylko piękne, ciężkie i ciemne brzmienia, które sprawiają, że chce mi się tańczyć. Zawsze wiedziałam, że nie kręci mnie świat królowych popu. Nie interesowało mnie, że ktoś zaśpiewa wyżej niż Whitney Houston, lecz co tak naprawdę do mnie mówi i w jaki sposób to robi.
Opowiedziałaś, jaka jesteś w swojej twórczości. A prywatnie?
Prywatnie… jestem zgredem [śmiech]. Mam małe, ale wyjątkowe grono osób, które kocham i z którymi utrzymuję stały kontakt. Z czasem coraz bardziej to doceniam. Przyjaźnie trwające od przeszło piętnastu lat przetrwają wszystko. Z tymi osobami mogę być w stu procentach sobą – Anią, która chce iść na imprezę, czy Anią, która akurat musi kupić butelkę wina, posłuchać smętów i pozamulać. Ważne, że mam na kogo liczyć. Poza tym jestem dość szczera, ale też bardzo wrażliwa, dlatego kieruję się prostą zasadą – zawsze chcę być fair. Nie chcę krzywdzić ani być krzywdzona. Staram się odnosić to do wszystkich istot zamieszkujących naszą planetę, a moim marzeniem jest, by każdy zdał sobie sprawę, że człowiek nie jest stworzeniem nadrzędnym. Na temat krzywdy zwierząt mogłabym się rozwodzić godzinami, ale oszczędzę ci kałuży moich łez…
W takim razie skąd pomysł, żeby zająć się muzyką?
Od dziecka wiedziałam, że chcę śpiewać. Mimo to czułam się przeciętną wokalistką. Dopiero intensywna praca, pełne skupienie na dźwięku, tonie swojego głosu i barwie, którą chciałam rozwinąć, pozwoliły mi pomyśleć, że może znajdzie się dla mnie miejsce w świecie muzyki. Gdzieś tam w głębi czułam, że mam coś do przekazania, uparłam się i powoli dążyłam do celu. Uwielbiam spoglądać na siebie sprzed paru lat, roku czy nawet miesiąca i dostrzegać progres. Wtedy czuję, że to wszystko ma sens. Chciałabym powiedzieć, że teksty piosenek mi się śnią, a wokal dostałam z niebios, ale niestety nie – to są godziny pracy.
Dzięki tej pracy w końcu trafiłaś do branży muzycznej. Jak to się stało?
W pewnym sensie stało się to dzięki mojej babci, która przyjaźni się z mamą Muńka Staszczyka, również pochodzącą z Częstochowy. Załatwiła mi kontakt do Muńka, a jemu spodobało się to, co robię, więc skontaktował mnie ze swoim managerem, który z kolei zapoznał mnie z Mariuszem Obijalskim. Dalszą część historii znasz. Z Mariuszem i Arkiem pracowaliśmy nad płytą, nie wiedząc, czy ktoś w ogóle zdecyduje się ją wydać. Na szczęście zrobił to Kayax.
Twoja trasa z Częstochowy do Warszawy biegła przez Los Angeles i Londyn.
Rzeczywiście, muzyki uczyłam się w Musicians Institute College of Contemporary Music w Los Angeles. Wcześniej nie miałam muzycznego backgroundu, w Polsce uczyłam się wprawdzie trochę śpiewać, ale krótko i nieskutecznie. Pewnego dnia przeczytałam w gazecie, że Natalia Kukulska szkoli się wokalnie właśnie w Los Angeles, znalazłam tę szkołę i pojechałam. Na początku było trudno, ale szybko się okazało, że to najlepsza szkoła, do jakiej uczęszczałam. Uczyłam się przede wszystkim w praktyce i to pod okiem niesamowicie zdolnych ludzi, którzy na co dzień są muzykami sesyjnymi i współpracują z najlepszymi artystami. Później studiowałam muzykę popularną w Londynie. W Stanach nauczyłam się śpiewać, a w Anglii pisać.
Czym jest zajęta twoja głowa oprócz muzyki?
W Londynie zachłysnęłam się sztuką, muzea kuszą tam na każdym rogu. Otworzyło mi to drzwi do zupełnie innej rzeczywistości. Stale chodziłam na świetne wystawy, nigdy nie zapomnę „Christian Dior: Designer of Dreams” w Victoria and Albert Museum. Miałam wrażenie, że przeniosłam się do Disneylandu, tylko zamiast postaci z bajek były w nim kreacje Diora. Tak samo na wystawach prac Fridy Kahlo czy Tima Walkera. Uwielbiam sztukę XIX-wieczną i Paryż-Montmartre, choć oglądając po raz pierwszy dzieła postimpresjonistów, nie sądziłam, że tak mnie pochłoną. Jestem pewna, że sztuka zostanie ze mną na zawsze. Nie tylko pozwala mi odświeżyć głowę, ale jest też niekończącym się źródłem inspiracji.
W sezonie festiwalowym koncertowałaś na całego. Jak ci się to podoba?
Bardzo, dla mnie to spełnienie marzeń! Gdyby rok temu ktoś mi powiedział, że wystąpię na Open’erze, Tauronie czy Męskim Graniu, na pewno bym nie uwierzyła. Na samą myśl o występie na Open’erze miałam ciarki, bo jeździłam na ten festiwal od dziecka, skrycie marząc, że kiedyś pojawię się na nim jako artystka. Skrycie, bo nie wiem, jak dużo trzeba mieć pewności siebie, by powiedzieć sobie: „Na pewno kiedyś tu wystąpię”. Jednocześnie te wszystkie koncerty, które teraz gram, wiążą się z ogromnym stresem, bo na festiwalach dopiero zdobywam sobie publiczność.
Skoro rok temu nie uwierzyłabyś, że będziesz spełniała marzenia, grając na największych polskich festiwalach, to gdzie widzisz się za kolejny rok?
Mam po prostu nadzieję, że wciąż będę miała dla kogo grać koncerty. Moim wielkim marzeniem jest stworzyć totalnie absorbujący występ, taki, który pochłania człowieka zarówno dźwiękiem, światłem, jak i obrazem. Audiowizualny spektakl pozwalający odpłynąć do czegoś mniej rzeczywistego. Jesień będzie bardzo intensywna. Już teraz mogę zdradzić, że szykujemy coś specjalnego z zespołem BOKKA. Niebawem więcej szczegółów, więc koniecznie śledźcie nasze social media. Nie mogę się doczekać!
Myślisz już o drugiej płycie?
Myślę, i to intensywnie. Sądzę, że dopiero drugi album jest wizytówką artysty. Na razie niewiele mogę o nim powiedzieć, ale wiem na pewno, że nagram go z Arkiem Koperą i podejdę do niego z zupełnie innej strony. To ma być przemyślany od początku do końca krążek, który opowie jedną historię. Mam już tytuł i temat, ale na razie ich nie zdradzę.
foto photo Kacper Bęski
stylizacja styling Maria Konieczna
makijaż make-up Cincior
paznokcie nails Patrycja Jewsienia
projektanci fashion designers Dramat Europe, Hubert Kołodziejski, Klaudia Wasserman, Martyna Kołtuniak, Seraffa, United Nude, Zhilyova
Management Kayax / Magda Fidecka

![[Z archiwum K MAG] „Zawsze wiedziałam, że nie kręci mnie świat królowych popu” – wywiad z Anią Leon](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Fsmall_KMAG_AL_1_f822d66dc7.jpg&w=1920&q=80)






