Toksyczna relacja to nie to samo co toksyczna osoba. W świecie, w którym słowo „situationship” pojawia się częściej niż „relationship”, trudno trzymać się ustalonych granic. A gdy znikają granice, emocje zaczynają szaleć – a od wynikającej z niepewności adrenaliny łatwo się uzależnić.
W ostatnich latach na każdym kroku słyszy się o situationshipach. W sondażu YouGov ze stycznia 2024 roku, przeprowadzonym na reprezentatywnej próbie 1110 dorosłych Amerykanów, dwie na pięć osób przyznały, że były w przynajmniej jednej relacji tego typu, a w grupie 18-34 lata odsetek ten sięgał 50%.
Choć mogłoby się wydawać, że dziś każdy, mówiąc o swojej byłej osobie partnerskiej, używa określeń takich jak „toksyczny" czy „narcystyczny", nie zawsze rzeczywistość pokrywa się z tymi określeniami. Czym innym jest toksyczna osoba, a czym innym toksyczna relacja – w drugim przypadku destrukcyjną dynamikę współtworzą obie strony.
Czym jest toksyczna relacja?
W najprostszych słowach to relacja, w której uzależniamy się od drugiej osoby w sposób, który nam szkodzi. Charakterystycznymi oznakami takiej relacji są zła komunikacja, brak obustronnego szacunku i zaufania czy po prostu brak poczucia bezpieczeństwa. Często pojawiają się gaslighting, bagatelizacja emocji, konflikty i poczucie braku kontroli.
Warto jednak od razu postawić granicę: toksyczna relacja to nie to samo co przemoc. Tam, gdzie pojawiają się zastraszanie, kontrola, izolowanie od bliskich, przemoc ekonomiczna, seksualna czy fizyczna, nie mówimy już o „dwóch stronach współtworzących dynamikę”, tylko o osobie krzywdzonej i osobie krzywdzącej.
Dlaczego odrzucamy to, co dla nas dobre?
Po pierwsze – tak każe nam chemia w mózgu. Antropolożka biologiczna Helen Fisher wraz z zespołem przebadała rezonansem funkcjonalnym 17 osób będących w stanie intensywnego zakochania i odkryła, że na widok ukochanej osoby aktywują się pole brzuszne nakrywki i jądro ogoniaste – bogate w dopaminę obszary układu nagrody.
To struktury pierwotne, wspólne nam z innymi ssakami, odpowiadające za motywację i dążenie do celu, a nie za romantyczne wzruszenia. Haczyk? W późniejszym badaniu nad odrzuceniem w miłości ten sam zespół zaobserwował aktywność w obszarach kojarzonych z głodem narkotykowym i uzależnieniem od kokainy.
Dodatkowym elementem przypominającym doznania po narkotykach są emocjonalne fluktuacje, które nierzadko pojawiają się w toksycznych relacjach. Okresy ciszy i złości, po których przychodzi wyczekiwana zgoda, powodują w naszych mózgach wystrzały dopaminy – a my uzależniamy się jeszcze silniej.
Ten mechanizm ma swoją nazwę. Psychologowie Donald Dutton i Susan Painter opisali w 1981 roku „więź traumatyczną” – silne przywiązanie emocjonalne powstające w relacjach, w których współistnieją nierównowaga władzy i przerywane, cykliczne złe traktowanie przeplatane okresami czułości. Kluczowe jest tu przerywane wzmocnienie: nagroda, która przychodzi nieregularnie, buduje zachowania wyjątkowo odporne na wygaszenie. Innymi słowy: im mniej przewidywalna czułość, tym mocniej się jej trzymamy.
Czytaj także
W związku z tym relacje tego typu przypominają wycieczkę do Las Vegas z portfelem pełnym pieniędzy, które możemy przepuścić w kasynie. Mimo że wiemy, że na końcu tej drogi może czekać nas cierpienie, ekscytacja związana z ryzykiem, tajemnicą czy dreszczem pościgu jest na tyle silna, że decydujemy się spróbować.
Kochamy ekscytację, bo daje nam ona poczucie, że żyjemy. Ryzyko, emocjonalny rollercoaster, dramaturgia i atencja. Ale jeśli ekscytacja jest tym, czego szukamy w drugiej osobie, łatwo możemy się sparzyć.
Wzorzec, który przynosimy ze sobą
Chemia to nie wszystko – liczy się też to, czego nauczyliśmy się o bliskości, zanim jeszcze zaczęliśmy się zakochiwać. Cindy Hazan i Phillip Shaver w 1987 roku przenieśli teorię przywiązania na grunt dorosłych relacji romantycznych; w ich badaniu 56% badanych rozpoznało u siebie styl bezpieczny, 24% unikowy, a 20% lękowo-ambiwalentny. Osoby ze stylem lękowym częściej doświadczają w relacjach zazdrości, lęku przed porzuceniem i emocjonalnej chwiejności, w tym powtarzających się rozstań i powrotów. Sami autorzy przestrzegali jednak przed traktowaniem tego jako wyroku – kolejne relacje dają szansę na przepisanie tego wzorca.
Im dłużej, tym trudniej wyjść
Jest jeszcze powód, który nie ma nic wspólnego z miłością. Portugalskie badanie Sary Rego, Joany Arantes i Pauli Magalhães z 2018 roku pokazało, że im więcej pieniędzy i wysiłku włożyliśmy w relację, tym większa szansa, że w niej zostaniemy – nawet jeśli obiektywnie nie jest to najlepsza decyzja.
Kochamy kochać i być kochani
Chemiczny koktajl, jaki funduje nam zakochanie, jest na tyle przyjemny, że łatwo się od niego uzależnić. Szacunki mówią o około 3% dorosłych, a wśród studentów odsetek ten sięga nawet 25% – przy czym badacze zastrzegają, że wyniki rozjeżdżają się od 3 do 26%, bo nie ma jednej definicji ani zwalidowanych narzędzi diagnostycznych.
Osoby uzależnione od miłości żyją w ciągłym stanie złudzenia – fałszywego, wykreowanego przez nie obrazu świata, który ma się nijak do rzeczywistości. Zakochują się w wyobrażeniu, a nie w osobie, w związku z czym gdy tylko skończy się relacyjny miesiąc miodowy, a emocje opadną, często odkrywają, że osoba, w której się zakochały, jednak nie była tą jedyną.
Situationshipy zyskały w internecie miano współczesnego romansu. Ale tak naprawdę to tylko nowa nazwa na mechanizm, który pojawiał się od dawna – chęć odczucia pozytywnych skutków zakochania jak najmniejszym kosztem.











