Krytyk z „The Hollywood Reporter” policzył to chłodno: dwie godziny fabuły rozsmarowane na osiem godzin seansu. Nie sposób się z tym nie zgodzić. A jednak przyznam uczciwie: obejrzałam całość w jedną noc.
To serial idealny do oglądania jednym okiem, kiedy drugie wisi nad telefonem. Osobiście pominęłam dwa odcinki bez większej szkody w rozumieniu fabuły, a w zasadzie żadnej.
„IndieWire” uznał ją za najbardziej niedorzeczną produkcję roku, ale napisał to niemal z czułością, bo mimo całej krytyki tytuł zaliczył najlepszy premierowy tydzień spośród wszystkich anglojęzycznych seriali Netfliksa w 2026 roku: 24 miliony obejrzeń w cztery dni i pierwsze miejsce w globalnym Top 10. Dlaczego akurat to obejrzało tylu z nas?
Ojciec, który nie pamięta
Punkt wyjścia jest tak absurdalny, że w zasadzie zasługuje na wyłączenie serialu po pierwszym odcinku. David Burroughs (Sam Worthington), były wykładowca prawa, od pięciu lat odsiaduje dożywocie za zabicie, a w zasadzie zmasakrowanie własnego syna Matthew – pobicie kijem bejsbolowym, po którym ciało dało się zidentyfikować wyłącznie z badania DNA. Linia obrony, jaką serial bierze na poważnie: David miał działać w trakcie nocnego napadu lęku, nie pamiętając niczego. Pechowo dla scenarzystów wiem, co to nocne napady lękowe czy ataki paniki. Nie ma chyba w historii żadnego przypadku celowego pozbawienia kogoś życia w tym stanie, a następnie utraty pamięci o zdarzeniu. Epizod psychotyczny pasowałby tu znacznie bardziej i nie jest to wiedza wykraczająca poza możliwości scenarzysty filmowego.
Wracając – David siedzi w więzieniu w Maine, odmawia widzeń, aż zjawia się była szwagierka Rachel (Britt Lower), zwolniona z „Boston Globe” dziennikarka, z fotografią zrobioną w parku Six Flags. W tle stoi chłopiec w wieku, w jakim byłby teraz Matthew, ze znamieniem na twarzy dokładnie takim jak jego. David jest zniechęcony, ale zdjęcie chłopca nie daje mu spokoju. Po kilku wydarzeniach, które przekonują naszego bohatera, że chłopiec żyje – ucieka z celi z pomocą naczelnika jednostki.
Scenariusz Roberta Hulla raz po raz każe bohaterom mówić na głos to, co i tak widać na ekranie. Postać wchodzi, znajduje trop, oznajmia, że znalazła trop. Następna postać znajduje ten sam trop i oznajmia to ponownie. Napięcie zerowe, a jednak oglądamy dalej.
Zabawne jest to, że premiera ma znamię gatunkowej szczerości. „I Will Find You” to pierwsza powieść Harlana Cobena, którą Netflix zekranizował w amerykańskich realiach – poprzednie adaptacje osadzano w Wielkiej Brytanii. Coben jest producentem wykonawczym, Hull showrunnerem. Reżyserię podzielono między czworo nazwisk, wśród których jest Brad Anderson („Mechanik” !!) – twórca, który kiedyś potrafił z minimalizmu wyciągnąć pierwszej klasy grozę, a tu obsługuje fabularny taśmociąg.
Obsada na drugim biegu
Najsłabszym ogniwem nie jest pomysł, lecz to, co produkcja robi z aktorami. Worthington prowadzi Davida na jednej, ściszonej nucie – Tallerico napisał wprost, że bohater jest tak płaski, że niemal widać, jak aktor przysypia. Można to czytać łagodniej: mężczyzna wydrążony przez żałobę i pięć lat celi nie ma prawa iskrzyć. Problem w tym, że scenariusz nie daje Worthingtonowi nic poza determinacją, więc ta interpretacja jest hojnością widza, nie zasługą serialu.
Britt Lower, którą oglądaliśmy w „Severance”, dostaje rolę napisaną na pół gwizdka i mimo to podnosi każdą scenę, w której się pojawia. To jej obecność dolicza produkcji parę punktów.
Numer jeden
Spektrum opinii rozciąga się od „najsłabszy Coben w katalogu” (TechRadar) przez „tak zły, że oglądalny” (IndieWire) po entuzjastyczne „dzikie i zabawne” (Variety). Środek ciężkości leży w okolicach: wiem, że to bez sensu, ale jadę dalej.
W końcu czternaście adaptacji w osiem lat nauczyło algorytm i widza tego samego nawyku: chwytliwy haczyk w pierwszych dwóch minutach, kaskada zwrotów, rozwiązanie, które rozpada się przy pierwszym pytaniu i finałowa kwestia wypowiedziana z miną świadczącą, że nikt na planie w nią nie wierzył. W naszym przypadku obraz jednej, wielkiej, szczęśliwej rodziny.
Co więc stanie się z kryminalną zagadką jako formą, kiedy najskuteczniejszą jej wersją staje się ta, którą da się rozwiązać, nie podnosząc wzroku znad telefonu? Coben znalazł złoty środek: opowieść na tyle wciągającą, by jej nie wyłączyć, i na tyle obojętną, by niej robić przy coś innego. Następna jego premiera wpadnie do Top 10 za kilka miesięcy i obie strony tej transakcji doskonale o tym wiedzą.










![„Backrooms”: ściana, za którą znika sens [RECENZJA]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Fsmall_Backrooms2_164a2563bf.jpg&w=1920&q=75)