27 maja przed ratuszem w Kopenhadze grupę rowerzystów jadących do Gdańska żegnali Christopher Røhl, tamtejszy burmistrz do spraw kultury i rekreacji oraz Ewa Dębska, ambasadorka RP w Danii. Dostali upominek do przekazania prezydentce Gdańska. Pięć dni później dojechali pod bramę Stoczni Gdańskiej.
Ścieżki po drodze nikt nie budował. EuroVelo 10, Bałtycki Szlak Rowerowy, jest oznakowana od lat, a jej niemiecki odcinek –Ostseeküstenradweg – od lat mieści się w pierwszej trójce najczęściej pokonywanych tras w Niemczech. Nowe jest co innego: rower wypożyczony w Kopenhadze można teraz oddać w Gdańsku. Zamiast wieźć rower przez trzy granice, wiezie się przez nie tylko samego siebie i to jest to, na co przede wszystkim czekali zapaleni turyści rowerowi.
Przebieg jest prosty: Zelandia, Falster, Gedser – najdalej wysunięty na południe punkt Danii – prom do Rostocku, meklemburskie wybrzeże z Barth i Stralsundem, Heringsdorf, granica w Świnoujściu, dalej Kołobrzeg, Mielno, Ustka, Pomorze. Płasko. Pomorska Regionalna Organizacja Turystyczna, która projekt prowadzi, liczy 12–14 dni przy średniej 80 kilometrów dziennie.
Superlatyw z nagłówka wymaga przy okazji doprecyzowania. Duński operator OneWayBikeTours podaje na własnej stronie trzy warianty przejazdu z Kopenhagi do Gdańska: około 400 kilometrów przez Szwecję z promem z Karlskrony, około 600 przez Ystad, Bornholm i Sassnitz, oraz „ten długi” – 900 kilometrów przez Gedser i Rostock. Najdłuższa trasa jest tu wyborem, nie wyrokiem.
Europejska Federacja Cyklistów od lat powtarza, że transgraniczny wynajem roweru w jedną stronę to usługa, o którą rowerzyści proszą najczęściej i którą najtrudniej było uruchomić. Można zapytać, po co komu wypożyczony rower za pieniądze, skoro własny stoi w piwnicy. Odpowiedź leży w danych ADFC, niemieckiego związku rowerzystów: ponad jedna czwarta Niemców, którzy przez ostatnie trzy lata nie pojechali na urlop rowerowy, jako powód podaje trudność z dotarciem na trasę. Turystyka rowerowa rośnie w tempie, na jakie pozwala jej najsłabsze ogniwo, a tym od lat jest dojazd, nie nawierzchnia.
Dziewięćset kilometrów z dziewięciu tysięcy stu. Tyle da się w tej chwili przejechać w całości, na jednym rowerze, oddając go na końcu w wyznaczonym miejscu. Chętni?










