Duże oczy, malutki nos, twarz jak u dziecka i czaszka o odpowiednich proporcjach. Tak wygląda ideał, do którego Azja Wschodnia dochodzi nie makijażem, lecz skalpelem i cementem wstrzykiwanym pod skórę. Korea Południowa od lat uchodzi za stolicę operacji plastycznych, ale to w Chinach lista cielesnych ingerencji robi się naprawdę niepokojąca.
Wystarczy 10-minutowy spacer po seulskich ulicach, żeby zacząć kwestionować swoją wartość. Wszechobecne banery nawołujące do operacji plastycznych krzyczą neonami i transformacjami „przed” i „po”, dzięki którym twoja twarz „z obwisłej i zmęczonej zmieni się w świeżą i wykonturowaną”. Jeśli nasza aparycja bardziej przypomina tę, która na banerze opisywana jest jako defekt, zaczynamy wierzyć, że może rzeczywiście potrzebujemy zmiany.
Trendy z Korei w zawrotnym tempie docierają do Chin, gdzie dodatkowo eskalują. Chińskie influencerki operują uszy tak, żeby wyglądały na elfie, wstrzykują sobie zawrotne ilości kwasów, żeby ich skóra wyglądała na gładką, a także modyfikują kształt swojej czaszki, żeby ich twarze wyglądały na mniejsze.
Zaczęło się od dopinek do włosów, a skończyło na łysieniu
Azjatyckie standardy piękna, widoczne szczególnie w Chinach i Korei Południowej, są niezwykle rygorystyczne i często dążą do osiągnięcia nierealistycznej, wręcz przedszkolnej urody u dorosłych osób. Duże oczy, mikroskopijny nos i malutka twarz – to cechy, które dziewczyny uzyskują w różny sposób. Od konkretnych fryzur, przez makijaże, aż do operacji plastycznych mających zwiększyć głowę, jednocześnie optycznie zmniejszając twarz. Operacje te, często wprowadzane na rynek szybko, bez odpowiednich testów, stanowią realne zagrożenie dla zdrowia.
Trend na wysoką czaszkę zakłada, że odległość od linii włosów do czubka głowy powinna być większa niż odległość od brwi do linii włosów. W celu uzyskania idealnej proporcji kobiety wstrzykują sobie w skalp kwas hialuronowy, powodujący obrzęk i tymczasowe „napompowanie” głowy. Ponieważ powierzchnia głowy jest bardzo duża, uzyskanie widocznego efektu wymaga ogromnej ilości wypełniacza. Jednocześnie, wstrzyknięcie potrzebnej ilości preparatu powoduje ogromne napięcie skóry i ogranicza dopływ krwi do mieszków włosowych, co może prowadzić do ich uśpienia – a w rezultacie masowego wypadania włosów.
Jeśli zaś pragniemy stałego efektu, możemy postawić na cement kostny
Używany w celach rekonstrukcyjnych materiał medyczny, jakim jest cement kostny, znalazł drogę do medycyny estetycznej. Chirurdzy, a czasami nawet kosmetyczki, wykonują niewielkie nacięcie na skórze głowy pacjenta i wstrzykują cement, który formują pod skórą jak plastelinę, aż do uzyskania pożądanego kształtu. Materiał twardnieje, tworząc wewnątrz głowy hełm, trwale zmieniający kształt czaszki.
Nieodwracalność tej procedury i związane z nią ryzyko trwałego uszkodzenia mózgu oraz zaburzenia ukrwienia skalpu, a także chroniczne, potworne bóle głowy i nadwyrężenia mięśni szyi, związane ze zwiększonym ciężarem, powinny odstraszać potencjalnych reflektantów. Niestety – w Korei Południowej wygląd jest często traktowany jako jeden z siedmiu kluczowych certyfikatów potrzebnych do znalezienia pracy.
„Pretty privilege”, który zauważamy w Europie, jest niczym w porównaniu do tego, który widoczny jest w Azji Wschodniej. Tam trudno mówić bowiem o przywileju związanym z pięknem – do głowy cisną się raczej skojarzenia związane z systemowym wymogiem. W rzeczywistości, która na każdym kroku bombarduje nas obrazami postaci z popkultury, których ciała formowane są poprzez zabiegi już od najwcześniejszych lat życia, trudno nie mieć kompleksów. Ale ryzyko uszkodzenia mózgu nie powinno być czymś, co normalizujemy. Poza tym – co stanie się w sytuacji, w której standardy piękna zmienią się na przeciwne?



![[Z archiwum K MAG] „Założyłam sobie, że chcę uprawiać ten zawód przy zachowaniu pewnych granic” – wywiad z Joanną Kulig](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Flarge_27092012_kmagkulig_7776_9f1fea127a.jpg&w=1920&q=80)






