Michał Englert jest jednym z najbardziej utalentowanych i rozpoznawalnych, a także najciekawszych rodzimych operatorów filmowych. Obserwuje inaczej niż reszta. Za zdjęcia do filmu „Nieulotne” Jacka Borcucha otrzymał nagrodę na festiwalu w Sundance. Nie pędzi za modą ani trendami. Od niespełna dwudziestu lat sam je kreuje. Wkrótce do kin trafi „The Other Lamb”, pierwszy anglojęzyczny film Małgośki Szumowskiej z jego zdjęciami.
W którym momencie życia zdecydowałeś, że chcesz się rozwijać i pracować w sztuce?
Pochodzę z artystycznej rodziny – mama aktorka, tata reżyser teatralny. Od małego obserwowałem, jak oddają się swojej pasji i czynią z niej zawodową drogę życia. Wydało mi się to szczere i prawdziwe. Dość szybko zacząłem w ten sposób myśleć i widzieć swoją przyszłość.
Sztuka operatorska to był twój pierwszy wybór?
Miałem wiele zainteresowań, ale pod koniec szkoły podstawowej zacząłem coraz bardziej wkręcać się w fotografię. Oprócz fascynacji tym, co przychodziło zza Oceanu, czyli deskorolką, koszykówką, muzyką i związanymi z nią subkulturami, powoli dochodziło do mnie, że kino łączy w sobie wiele tych składowych, a obraz komunikuje się z odbiorcą instynktownie, podświadomie i pozawerbalnie. Tak jak muzyka, której mimo braku edukacji w jakimś sensie zawsze chciałem się oddać.
Da się wejść do tego środowiska „z marszu”? Co doradzasz młodym adeptom sztuki operatorskiej?
Myślę, że obecnie jest bardzo dużo możliwości startu. Technologia stała się bardziej przyjazna mało doświadczonym. Nie zmienia to jednak faktu, że wraz z doświadczeniem zawodowym i życiowym w ogóle zwiększa się świadomość tego, co robimy. Sam zawsze w dużym stopniu kierowałem się intuicją, nie bałem się operatorskiego ryzyka i wzięcia na siebie odpowiedzialności. Chyba głównie tego życzyłbym początkującym operatorom. Myślenia własną głową i nie oglądania się na „modne trendy”. To krótkodystansowe. Podświadomie i tak inspirujemy się tym, co nas otacza, co obserwujemy na co dzień. Wszyscy filmowcy, oczywiście w różnej skali, mają dostęp do podobnych środków. Dlatego od własnego, oryginalnego spojrzenia i ujęcia tematu zależy, czy coś stanie się wyjątkowe i unikatowe. Moja rada? Bądźcie sobą, bądźcie odważni i wytrwali.
Jak precyzyjnie określić to, czym się zajmujesz?
Operator filmowy to autor zdjęć do filmu, czyli w dużym stopniu osoba, która jest odpowiedzialna za „wygląd” filmu. W porozumieniu z reżyserem, scenografem i kostiumografem pracuje nad paletą barwną, dynamiką, kontrastem i stylem produkcji. Ja dodatkowo lubię również pełnić funkcję operatora kamery. Jestem wtedy pierwszym widzem. Łatwiej mi wczuć się w rytm filmu, patrząc w lupę.
A jak budujesz relację z reżyserem, z którym współpracujesz?
Robienie filmu to okres bardzo intensywnych relacji między ludźmi w niego zaangażowanymi. To również mocno drenujące, bo każdy chce dać od siebie jak najwięcej najlepszego. Bywa trudno, męcząco i stresująco. Kieruje nami wiara i chęć, by powstało coś dobrego, dlatego nie wyobrażam sobie podchodzić do pracy z dystansem. Myślę, że zaufanie, szacunek i życzliwość wymieniłbym jako najważniejsze w relacji z reżyserem. Jak z każdym człowiekiem zresztą.
Jest ktoś, kto cię motywował na starcie i wciąż to robi?
Na swojej drodze spotkałem dużo wspaniałych osobowości. Wystarczy wspomnieć profesorów w łódzkiej filmówce, filmy, które poszerzały moje horyzonty, i w ogóle osoby, które spotykam w życiu. Dużo od siebie wymagam zawodowo. Chyba nigdy nie jestem do końca zadowolony z efektów swojej pracy. Mam szczere przeświadczenie, że cały czas się uczę, a najlepsze jest jeszcze przede mną. Jestem filmowo „głodny”. To mnie motywuje.
Małgosia Szumowska powiedziała mi niedawno, że sporo ekip kręciło w tej samej lokalizacji co wy, gdy powstawało „The Other Lamb”, ale to tobie udało się znaleźć najbardziej magiczne miejsca. Jak podchodzisz do szukania odpowiedniej lokalizacji, miejsca, światła?
Można by trywialnie stwierdzić, że w kinie w kółko opowiada się o tym samym. Każdy z nas jednak chciałby to zrobić po swojemu. Tak jak każdy z nas, patrząc na ten sam pejzaż, widzi w nim coś innego. I to jest wspaniałe. Właśnie dlatego, mimo że filmowcy wolą mieć w filmie „dziewicze” lokalizacje, w zależności od przerabianego tematu zmienia się nasza percepcja. To daje możliwość spojrzenia na zgrane miejsce na nowo. Sam zawsze najpierw zastanawiam się, „co” opowiedzieć, a dopiero potem „jak”. Wtedy kalibruje się moja uwaga i spojrzenie.
Jak podszedłeś do pracy z aktorami, Raffey Cassidy i Michielem Huismanem, na planie „The Other Lamb”? W Toronto Michiel wspominał, że podziwia twoje zdjęcia.
Jak mówiłem, bardzo lubię „szwenkować”, czyli być za kamerą. To daje jakąś szczególną szansę bliskiej relacji z aktorami. Czuje się wtedy „temperaturę filmu”. Po haśle: „Akcja”, już nic z planowego zgiełku cię nie rozprasza. Ponieważ z Małgośką prace nad filmem zaczynamy na długo przed wejściem na plan, w tym przypadku również większość scen omówiliśmy z aktorami na etapie przygotowań. Praca z Raffey i Michiel to sama przyjemność. Pełen profesjonalizm, nie wspominając o ich fotogeniczności.
Jakie cele na przyszłość sobie wyznaczasz?
Mam różne fajne filmowe projekty na horyzoncie, ale dopóki nie wejdę na plan, nie chcę zapeszać. Lubię to, co robię, nie nudzi mi się, jestem cały czas ciekawy nowego. Wciąż mam poczucie, że dopiero się rozkręcam.









