Melancholia. Neurastenia. Nerwy. Wyczerpanie. Obłęd. Przez większą część historii sztuki to był w zasadzie cały dostępny słownik – kilka słów, w których musiało się zmieścić wszystko, co działo się w czyjejś głowie między pierwszą nieprzespaną nocą a ostatnim dniem za zamkniętymi drzwiami zakładu.
Pierwsza edycja amerykańskiego DSM, czyli podręcznika, z którego dziś wyczytuje się rozpoznania, ukazała się w 1952 roku. Van Gogh nie żył wtedy od sześćdziesięciu dwóch lat, Schumann od dziewięćdziesięciu sześciu. Cała reszta radziła sobie własnymi środkami: opium, bromem, zimną wodą, kuracją spoczynkową, w której kobiecie zabraniano czytać i pisać, żeby nie męczyć jej delikatnego układu nerwowego. Sole litu weszły do psychiatrii dopiero w 1949 roku, pierwszy neuroleptyk trzy lata później. Wszystko, co działo się wcześniej, było improwizacją z elementami wiary.
Sami zainteresowani mówili o tym zresztą zupełnie innym językiem, bo żadnego innego nie mieli. Nie „epizod depresyjny”, tylko szklany klosz, w którym własne myśli krążą i dusi się powietrze. Nie „mania”, tylko anioły dyktujące muzykę, a po chwili hieny. Nie „psychoza", tylko przekonanie, że jest się klaunem Boga i że trzeba to zapisać, zanim ktoś zabierze zeszyt. Ich metafory były precyzyjniejsze niż ówczesna medycyna, co jest raczej smutną informacją o medycynie niż budującą o metaforach.
Sekcja zwłok, która nigdy się nie odbyła
Z diagnozowaniem umarłych jest jeden podstawowy problem: pacjent nie odpowiada na pytania. Historykom i psychiatrom to nigdy specjalnie nie przeszkadzało — Van Goghowi dopisano przez sto lat kilkadziesiąt konkurencyjnych rozpoznań, od padaczki skroniowej, przez chorobę afektywną dwubiegunową, po zatrucie ołowiem, thujonem z absyntu i naparstnicą podawaną przez doktora Gacheta. Każda epoka wybierała diagnozę pasującą do tego, w co akurat wierzyła. Wiek dziewiętnasty widział degenerację, dwudziesty nieświadome konflikty, dwudziesty pierwszy widzi neuroprzekaźniki i zaburzenia osi HPA. Za sto lat ktoś to wszystko zrewiduje i będzie z nas cicho chichotał.
Trwałe okazało się natomiast co innego: przekonanie, że choroba jest w tej transakcji stroną twórczą. Że gdyby leczyć skuteczniej, byłoby mniej arcydzieł. Kay Redfield Jamison, psycholożka kliniczna, która sama choruje na zaburzenie dwubiegunowe, w „Touched with Fire” zebrała dane sugerujące, że wśród poetów i artystów rzeczywiście częściej niż w populacji ogólnej występują zaburzenia nastroju. Nancy Andreasen doszła do podobnych wniosków, badając wykładowców słynnych warsztatów pisarskich w Iowa. Tylko że z tego samego materiału wynika jeszcze jedna rzecz, dużo rzadziej cytowana w podpisach pod reprodukcjami: prawie nikt nie tworzy w trakcie epizodu. Van Gogh malował między atakami, nie w ich środku. Choroba nie namalowała ani jednego płótna. Zabrała za to lata, w których mogłyby powstać następne.
Poniżej dziesięć biografii, w których medycyna przez większość czasu spóźniała się o dekadę albo o wiek.

Pod koniec lutego 1854 roku wyszedł z domu w Düsseldorfie w środku karnawału i rzucił się do lodowatego Renu; wyłowili go przewoźnicy, a on sam poprosił potem, żeby zawieźć go do zakładu. Trafił do Endenich pod Bonn i już nigdy stamtąd nie wyszedł — Clara zobaczyła go dopiero dwa dni przed śmiercią w 1856 roku.
Wcześniej skarżył się latami, że słyszy jeden uporczywy dźwięk, potem całe akordy, a w końcu muzykę dyktowaną mu przez anioły, która nad ranem zamieniała się w wycie. Rok 1840 dał mu ponad sto trzydzieści pieśni w dwanaście miesięcy, więc kiedy dziś ktoś opisuje jego biografię jako podręcznikowy wykres afektu dwubiegunowego, trudno się dziwić. Kłopot w tym, że drugie stronnictwo od dawna obstaje przy kile układu nerwowego, i po stu siedemdziesięciu latach nikt tego sporu nie rozstrzygnął. Zostały dwie rzeczy pewne: dwa lata w Endenich i kompozytor, który przestał komponować na długo przed śmiercią.












