Trend ma datę urodzenia: 24 lutego 2026, karuzela zdjęć na Instagramie. Konto należy do tallowtwins, marki sprzedającej kosmetyki z wytopionego łoju wołowego. W podpisie manifest ułożony jak lista zakupów dla duszy: przepisy odziedziczone po babkach, świeże warzywa, smażenie na tłuszczach zwierzęcych, karmienie bliskich, zero mediów społecznościowych. Całość domyka formuła „Cured meats, homemade pasta, tutto passa mindset”.
Blisko sześćdziesiąt tysięcy polubień i nazwa, która pojechała w świat znacznie dalej niż post, który ją wymyślił – jak podaje Forbes, w ciągu tygodnia wyszukiwania hasła w Google wzrosły o siedemset procent.
Jeden z komentujących zauważył, że post w mediach społecznościowych namawiający do nieużywania mediów społecznościowych jest dość zabawny. Zebrał osiemdziesiąt trzy polubienia. Na tym recenzja się skończyła i nikt do niej później nie wracał, bo trend, który wystartował, nie potrzebował już żadnej recenzji, potrzebował wyłącznie kolejnych żeliwnych garnków.
-maxxing
Warto zatrzymać się na drugiej części tego słowa, bo rdzeń jest tu wyłącznie dekoracją, a cała informacja siedzi w końcówce. „-maxxing” nie przyjechało z Toskanii ani z żadnej innej pocztówki. Przyjechało z anglojęzycznych forów spod skrótu PSL i z incelskich tablic sprzed dekady, gdzie mężczyźni licytowali się na kąt szczęki i canthal tilt z powagą rzeczoznawców majątkowych, a potem już rozcieńczone, już memiczne trafiło na TikToka na początku obecnej dekady. To dialekt, w którym istnieje „mogging”, czyli zdeklasowanie kogoś samym wyglądem i „hardmaxxing”, czyli interwencje, po których trzeba się goić. NBC News opisywało niedawno, jak ta gramatyka rozlała się na resztę Internetu: sleepmaxxing, smellmaxxing, każda czynność życiowa przerobiona na wskaźnik do podbicia, łącznie z tymi, które człowiek wykonuje nieprzytomny.
I właśnie w tym języku, a nie w jakimkolwiek innym, pokolenie ogłasza, że ma dość optymalizowania siebie. Nonnamaxxing znaczy dosłownie: wyciśnij z babci maksimum. Psychoterapeuta Jonathan Alpert tłumaczył w rozmowie z Vice, że młodzi są wypaleni presją nieustannego ulepszania się i zamieniania własnego życia w treść, a trend obiecuje im „fantazję o życiu spokojnym i nieprzyspieszonym”.
Babcia rocznik 1953
Alberto Grandi, historyk gospodarczy z Uniwersytetu w Parmie, od lat powtarza rzeczy, za które Włochy chętnie zesłałyby go na Lampedusę: pierwszy drukowany przepis na carbonarę pochodzi z Chicago z początku lat pięćdziesiątych, tiramisu jest dzieckiem lat sześćdziesiątych, bo mascarpone wymaga chłodni, a pizza przed 1945 rokiem była lokalną potrawą kilku południowych miast. Po wywiadzie dla „Financial Timesa” zaatakowała go Coldiretti, największa organizacja rolnicza w kraju, mówiąc o „surrealistycznym ataku”, a Matteo Salvini odpowiedział mu z pozycji wicepremiera. Naród potrafi się pokłócić o datę przepisu tylko wtedy, gdy przepis pełni u niego funkcję dokumentu tożsamości.
Popkultura robi dokładnie to samo od siedemdziesięciu lat, tylko bez awantury i bez wicepremiera. „That’s Amore”, dźwięk każdej włoskiej restauracji na świecie, od Neapolu po pasaż handlowy w Radomiu, napisali w 1953 roku dwaj hollywoodzcy zawodowcy, Harry Warren i Jack Brooks, na zamówienie Jerry’ego Lewisa, który – jak sam potem przyznał – zapłacił im potajemnie trzydzieści tysięcy dolarów, żeby jego partner miał wreszcie hit w komedii „The Caddy”. Zaśpiewał to Dino Crocetti, występujący jako Dean Martin. Ścieżka dźwiękowa włoskiej babci została więc zamówiona jak jingiel reklamowy i dostarczona na czas, w terminie, prawdopodobnie z fakturą.
Kanon wizualny ma równie rozbrajający rodowód. „Pasta Grannies”, największe archiwum nonn wyrabiających makaron ręcznie – blisko sześćset kobiet, w większości z wiosek, do których nikt nie jeździ – prowadzi Brytyjka Vicky Bennison, która wylądowała w Marche dlatego, że nie stać jej było na dużą kuchnię w Chiswick. A w maju 2025 roku Netflix wypuścił „Nonnas” Stephena Chbosky’ego, gdzie Vince Vaughn gra Joego Scaravellę, restauratora ze Staten Island, który od 2007 roku zatrudnia babcie jako kucharki. Nonny grają Lorraine Bracco, Talia Shire i Brenda Vaccaro. Innymi słowy: Connie Corleone i doktor Melfi wracają na ekran, żeby ugotować nam ragù. Mitologia włoskoamerykańska recyklinguje własnych statystów, a my kupujemy to jako dostęp do źródła.
Nonna nie jest tam estetyką. Jest infrastrukturą i działa dokładnie tam, gdzie nie działa państwo i robi za żłobek, opiekę wytchnieniową oraz stołówkę jednocześnie. Nikt w tej estetyce nie zadaje jednego pytania: czy chciałybyśmy warunków, w jakich powstała ta rzekoma mądrość? Bo umiejętność ugotowania obiadu dla dwunastu osób z tego, co zostało, nie bierze się z uważności. Bierze się z braku alternatyw, kilku dekad niepłatnej pracy i niełatwej zazwyczaj biografii.
Diagnoza się zgadza, recepta niekoniecznie
Byłoby jednak nieuczciwie zbyć całą rzecz wzruszeniem ramion, bo pod spodem leży diagnoza, która poparta jest liczbami. W czerwcu 2025 roku WHO opublikowała raport Komisji do spraw Więzi Społecznych: samotność dotyka jedną osobę na sześć na świecie i wiąże się z ponad 871 tysiącami zgonów rocznie, czyli mniej więcej stoma na godzinę. Vivek Murthy, współprzewodniczący komisji i były naczelny lekarz Stanów Zjednoczonych, stawia ten czynnik obok palenia. Forbes przytacza z kolei dane Gallupa, według których 68 procent przedstawicieli generacji Z i młodszych millenialsów regularnie odczuwa stres, oraz badanie Deloitte, gdzie ponad połowa dorosłych między osiemnastym a czterdziestym rokiem życia nie potrafi utrzymać czasu ekranowego na znośnym poziomie.
Na deficyt więzi trend odpowiada żeliwnym garnkiem, na dwanaście godzin przed monitorem – ogrodem, na ceny mieszkań – lnianą serwetą. To ta sama logika, która każe smarować twarz łojem wołowym zamiast pytać o skład systemu ochrony zdrowia: problem strukturalny przepakowany w zakup detaliczny, w dodatku dostępny od ręki.
Nonna, która nie chce wracać
Ikoną trendu została Licia Fertz, dziewięćdziesięciosześcioletnia mieszkanka Viterbo, dawniej pielęgniarka, urodzona w Trieście, przez sześćdziesiąt cztery lata żona Alda. W rozmowie z magazynem SELF powiedziała rzecz, którą powtórzyły potem wszystkie serwisy: nigdy nie myśl o sobie jak o starej osobie. Dodała też, że jedyne, co naprawdę postarza, to nuda.
Konto na Instagramie założył jej po śmierci męża wnuk Elo, bez uprzedzenia. Od tego czasu Fertz pozowała nago dla „Rolling Stone”, zbierała konopie w geście poparcia dla legalizacji i przebrała się za papieża.
Jest w tym coś, czego trend zdaje się nie zauważać. Sprzedaje ją jako obraz spokoju i powrotu do rzeczy sprawdzonych, tymczasem ona jedyna w całej tej opowieści nie próbuje do niczego wracać. Gotować ragù można nauczyć się w weekend. Trudniejsza jest druga część przepisu – dwanaście osób, które w niedzielę faktycznie przyjdą i tej akurat nie da się kupić w komplecie z żeliwnym garnkiem.










![Moby nagrał uliczną skrzypaczkę na Krakowskim Przedmieściu. Wiral z Warszawy [WIDEO]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Fsmall_Nl_X_Mb6x_ID_3f_Wr6s2ecv_B_Rr_ME_Zp_BYD_2a4_c9ae238d7e.jpg&w=1920&q=75)