Kamienica przy Barlickiego, Willa Sixta przy Mickiewicza i Społem na 3 Maja. To mapa wystawy Björk – artystki, która od ponad trzydziestu lat zamienia pop na coś zupełnie niezwykłego zarówno muzycznie, jak i wizualnie.
Do Bielska-Białej nie przywiozła jednej wystawy zamkniętej w białym pudle galerii, tylko trzy, rozrzucone po mieście. Kolejność zwiedzania pozostawia widzom. Każdy układa ją po swojemu i każdy wyjdzie z trochę inną opowieścią. Björk ubrała całość w metodę: głos odbija się od innego głosu, obraz od dźwięku, miasto od dzieła i z tego odbijania powoli wyłania się sens. Do tego trzeba mieć cierpliwość, a jeśli się jej nie ma, przynajmniej wygodne buty.
Dwie z trzech instalacji powstały ku pamięci matki artystki, Hildur Rúny Hauksdóttir. „Ancestress” (po polsku „Przodkini”) i „Sorrowful Soil” („Zasmucona ziemia”) słuchacze znają z albumu „Fossora” z 2022 roku. Tutaj dostają przestrzeń i obraz, a przy okazji trochę inny ciężar.
„Przodkini” opowiada o stracie, pamięci i rytuale przejścia, czyli o tym, że żałoba nie jest stanem, tylko drogą między jednym sposobem istnienia a drugim. Björk mówi o tym bardzo osobistym językiem. „Zasmucona ziemia” to z kolei wielogłosowa kompozycja chóralna, w której pojedynczy głos musi znaleźć swoje miejsce we wspólnym ciele dźwięku. Nie może w nim zniknąć, ale też nie może go zagłuszyć. Każdy, kto kiedykolwiek stał nad grobem w tłumie ludzi, wie, jak trudne jest to zadanie. Tu śpiewa się o nim na kilka głosów.
Trzecia instalacja, „Nerve Bloom (remix)”, czyli „Rozkwit wrażliwości (remix)”, to premiera i zarazem najbardziej polski punkt tej mapy. Powstała we współpracy z malarką Natalią Kleszczewską i Natalie Liu, dyrektorką grafiki komputerowej. Przez siedem miesięcy Kleszczewska namalowała czternaście obrazów olejnych i mnóstwo rysunków, które Liu ożywiła cyfrowo. Obrazy pokazywane są po raz pierwszy jako osobna wystawa, obok ruchomego obrazu, który z nich wyrósł.
Björk rozpisuje role w tym trio tak:
Sobie przypisuje rolę dyrektorki kreatywnej, która wnosi do projektu tradycję singer-songwriterską, taką, w której, jak mówi, „emocjonalnie precyzyjne rzeczy dzieją się wewnątrz struktury piosenki”. Kierowała paletami barw, fakturami i środowiskami, w których rozgrywa się muzyka. Kleszczewska malowała więc kształty w wielu rozmiarach i kolejne warstwy koloru, a Liu szukała sposobu, żeby CGI nie rozjechało się z olejem na płótnie.
Kleszczewska czerpie z hauntologii, czyli z przyglądania się dawnym wizjom przyszłości, tym, które się nie ziściły, a mimo to wciąż straszą w kulturze jak niewyłączony telewizor w pustym pokoju. Widać to już po tytułach. Jeden z obrazów nazywa się „Black Beauty showing nerves”, inny to „White_Creature” – sto czterdzieści na sto centymetrów oleju, z podkreślnikiem w nazwie niczym plik zapisany na pulpicie. Analogowe stworzenie z cyfrowym nazwiskiem.
Festiwal, który nie ma adresu
Wystawa jest częścią pierwszej edycji Wędrującego Festiwalu, który startuje w Bielsku-Białej 2 października i potrwa do 4 października. Zasada jest prosta i nieco nomadyczna: festiwal nie ma stałej siedziby, co roku przenosi się do innego miasta z tytułem Polskiej Stolicy Kultury. W tym roku jest nim Bielsko-Biała, w kolejnych latach Katowice i Kołobrzeg. Kuratorem artystycznym jest Krystian Lada, dramaturg i librecista, który od lat pracuje głównie w operze, a w festiwalowej koncepcji rozpisał wędrowanie na cztery wymiary. Bywa dosłowne, między miastami. Bywa między dziedzinami sztuki. Bywa po samym mieście, bo wydarzenia lądują w miejscach, które na co dzień nie są galerią ani sceną. Bywa wreszcie między środowiskami artystów lokalnych i zagranicznych.
Rafał Ryterski, laureat Międzynarodowej Trybuny Kompozytorów UNESCO, napisał dla Bielskiej Orkiestry Dętej utwór „Panta rhei. Wszystko płynie”, zainspirowany „Biegunami” Olgi Tokarczuk i Heraklitem. Nikt nie usiądzie go posłuchać w sali koncertowej, bo publiczność będzie się przemieszczać ponad zboczem Dębowca, przez las, z panoramą miasta otwierającą się gdzieś po drodze. Każdy usłyszy więc inną wersję, zależnie od miejsca, kierunku i chwili. Heraklit byłby zadowolony: do tej samej rzeki nie wchodzi się dwa razy, a do tej samej symfonii, jak się okazuje, też nie.
Parking przy domu handlowym Klimczok, dawnym symbolu miejskiej nowoczesności, na trzy dni zamieni się w scenę instalacji „Tu byliśmy / Tu byłyśmy”. Będą tam rzeźby norweskiej artystki Siri Skjerve, choreografia Alicji Czyczel, Pawła Sakowicza i Wojciecha Grudzińskiego oraz muzyka grana na żywo przez muzyków z Podbeskidzia pod kierunkiem Macieja Szymonowicza, na trombitach, dudach i gajdach.
Największą pokusę zostawiłam na koniec. „Bank snów” to dziesięć godzin muzyki, od 22.00 do 8.00, przez dwie noce w dawnej hali bankowej Banku Gospodarstwa Krajowego. Zamiast krzeseł będą łóżka, poduszki i pościel. Rodzeństwo Hania i Kuba Derej zagra nieprzerwaną kompozycję na styku współczesnej klasyki, jazzu i elektroniki. Można słuchać uważnie, można zasnąć, bo zasypianie to tu de facto forma uczestnictwa. Sny da się potem zapisać i zinterpretować razem z Kingą Kościak, badaczką zajmującą się ich znaczeniem, a całość zakończy się wspólną kawą.



![Harry z dołka. Netflix wyciąga Nesbø z filmowej katastrofy, ale nie z gatunkowej koleiny [RECENZJA]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Flarge_harry_hole3_1cfc78f610.jpg&w=1920&q=80)





![Harry z dołka. Netflix wyciąga Nesbø z filmowej katastrofy, ale nie z gatunkowej koleiny [RECENZJA]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Fsmall_harry_hole3_1cfc78f610.jpg&w=1920&q=75)
