Ekranizacje wielkich dzieł literatury od zawsze polaryzują. Jedni twierdzą, że przełożenie klasyka na język kina demokratyzuje kulturę i przyciąga do niego tych, którzy nigdy nie sięgnęliby po oryginał. Inni odpowiadają, że to mydlenie oczu – spłaszczanie złożonych dzieł do atrakcyjnych wizualnie, ale intelektualnie jałowych widowisk.
W przypadku „Odysei” Christophera Nolana, jednej z największych premier roku, debata ta wyjątkowo szybko przestała być stricte akademicka. Zanim film wszedł do kin, zdążył wywołać skandal etyczny będąc oskarżonym o uczestnictwo w kolonialnym procederze. Po premierze ekranizacja otrzymała druzgocącą recenzję od osoby, której pracę reżyser publicznie wskazał jako jedno ze swoich głównych źródeł inspiracji.
Cztery dni w Dakhli
Najpoważniejszy zarzut dotyczy czegoś, co w skali dziewięćdziesięciodniowego planu zdjęciowego mogłoby się wydawać drobiazgiem: czterech dni kręcenia w Dakhli, na terytorium Sahary Zachodniej – od ponad pięćdziesięciu lat okupowanym przez Maroko. Pod względem prawa międzynarodowego status tego obszaru jest jednoznaczny: ONZ oraz Międzynarodowy i Europejski Trybunał Sprawiedliwości konsekwentnie uznają Saharę Zachodnią za terytorium niesamorządzące, pozostające pod nielegalną okupacją.
Paradoks sytuacji jest brutalny. Mohamed Sleiman Labat, saharyjski artysta mieszkający w obozach dla uchodźców w Algierii, ujął go wprost w tekście opublikowanym w „The Guardian”: samo trzymanie kamery w jego ojczyźnie może być przestępstwem. Saharyjscy filmowcy i dziennikarze, którzy próbują dokumentować codzienne życie pod marokańską okupacją ryzykują więzieniem. Tymczasem ekipa Nolana została przyjęta przez te same władze z honorami, otrzymała eskortę i pełny dostęp do terenu – po to, by nakręcić fragmenty epopei opowiadającej o utracie domu, rozłące z rodziną i wieloletniej walce o powrót. Ironia jest tak gęsta, że trudno ją zignorować.
Maroko od lat buduje swoją pozycję jako centrum produkcji filmowej, oferując zagranicznym ekipom trzydziestoprocentowy zwrot kosztów kwalifikowanych, zwolnienia celne, a nawet wypożyczenie sprzętu wojskowego. Program prowadzony jest pod osobistym patronatem króla Mohammeda VI, który traktuje przemysł filmowy jako narzędzie soft power. Marokańska producentka Lamia Chraibi powiedziała w rozmowie z „Variety” wprost: kraj aktywnie buduje własną narrację – i jeśli nie będzie tego robić sam, zrobią to orientalistyczne opowieści z Hollywood. Problem polega na tym, że ta narracja jest budowana kosztem Sahrawów, którym odmawia się prawa do opowiadania własnych historii. Nolan, kręcąc w Dakhli, nie tylko skorzystał z oferty finansowej reżimu – stał się, chcąc nie chcąc, elementem państwowej kampanii legitymizującej nielegalne terytorium. Saharyjski Festiwal Filmowy FiSahara wezwał do bojkotu produkcji. Nolan i Universal Pictures nie skomentowali kontrowersji ani razu.
Wilson nie jest wdzięczna
Skandal etyczny to niejedyny problem, z którym mierzy się „Odyseja”. Równie głośna okazała się recenzja Emily Wilson – klasycystki z Uniwersytetu Pensylwanii, której przekład Homera z 2017 roku Nolan nazwał jedną z głównych inspiracji do stworzenia ekranizacji. Jej tłumaczenie „Odysei” zyskało uznanie za wydobycie na pierwszy plan tematów kolonializmu, wyzysku i przywrócenie podmiotowości postaciom zniewolonym – tematów, które w filmie Nolana, zdaniem Wilson, praktycznie nie istnieją.
W eseju opublikowanym w „London Review of Books” Wilson napisała:
Gdzie indziej dodała bez ogródek: „Wstydziłabym się, gdybym napisała chociaż jedną stronę tego scenariusza”.
Zarzuty są precyzyjne: film pozbawiony jest psychologicznej, emocjonalnej, politycznej i etycznej głębi. Struktura narracyjna jest, jej słowami, „sztuczką”. Bohaterowie nie mają przekonujących motywacji, a kobiecy głos, choć Homer oryginalnie poświęcał mu wiele uwagi, zostaje znów zepchnięty na margines, mimo liczniejszej niż zwykle w filmografii Nolana reprezentacji postaci kobiecych.
Wilson przyznaje jednak coś, co czyni jej recenzję bardziej złożoną niż zwykłe potępienie. Film Nolana, pisze, „jest wciąż wydarzeniem godnym celebracji” – bo egzemplarze „Odysei”, w tym jej własny, znikają z półek księgarni. Bo być może kilku dziekanom przyjdzie na myśl, żeby nie ciąć budżetów na wydziały literaturoznawstwa i historii. „Nolan robi, co może, żeby skłonić ogół społeczeństwa do czytania, i jestem za to wdzięczna” – napisała, choć wdzięczność ta brzmi jak komplement wygłoszony przez zaciśnięte zęby.
Praga albo nic
Nawet widzów, którym udało się pogodzić z etycznymi i merytorycznymi kontrowersjami, czeka jeszcze jeden problem – tym razem czysto logistyczny. „Odyseja” jest pierwszym filmem nakręconym w całości kamerami IMAX i Nolan wyraźnie zaprojektował swój obraz pod ekran 70mm IMAX – „najlepsze możliwe doświadczenie”, jak sam określił ten format. Problem w tym, że na całym świecie jest jedynie 41 ekranów przystosowanych do jego wyświetlania, z czego zdecydowana większość znajduje się w Ameryce Północnej. W Unii Europejskiej są trzy: jeden w Montpellier, jeden w Brukseli i jeden w Pradze. W Polsce nie ma ani jednego.
Brak odpowiednich ekranów to nie tylko kwestia komfortu. Widzowie oglądający „Odyseję” na standardowym ekranie cyfrowym tracą realną część obrazu – film był dosłownie kręcony pod większy kadr, a to, co widzą poza multipleksem, to wersja okrojona z założenia. Kwestia inwestycji jest złożona: sama taśma filmowa kosztowała trzy miliony dolarów, a odbitka wysyłana do kina waży trzysta kilogramów i ma osiemnaście kilometrów długości – musi być przywieziona w częściach, przechowywana w klimatyzowanym pomieszczeniu, a obsługujący ją operator musi posiadać certyfikat IMAX. Cinema City w Pradze wyciągnęło wnioski z historii i nie zlikwidowało analogowego projektora w 2008 roku, gdy reszta europejskich kin przestawiała się na cyfrowe IMAX. Ta decyzja przyniosła mu teraz dwadzieścia dwa tysiące widzów z piętnastu krajów w ciągu zaledwie kilku dni od premiery.
Pozostaje pytanie, które zadaje sobie coraz więcej krytyków technologii filmowej: czy sens jest inwestować miliony w format, do którego dostęp ma garstka odbiorców na świecie? Nolan twierdzi, że tak. Praski tłum zdaje się z nim zgadzać.
640 milionów powodów, żeby nie przejmować się krytyką
„Odyseja” zarobiła w niecałe dwa tygodnie po premierze ponad 640 milionów dolarów. Krytycy filmowi są zachwyceni: „The Telegraph” okrzyknął ją filmem roku, „The Times” arcydziełem. Na Rotten Tomatoes film utrzymuje 94%. Eksperci przewidują, że pobije końcowy wynik „Oppenheimera” w rekordowym czasie trzynastu dni.
Pytanie nie brzmi więc, czy film odniósł sukces. Brzmi, co ten sukces oznacza: dla dyskusji o etyce współpracy z reżimami, dla tego, czego oczekujemy od adaptacji wielkich dzieł i dla tego, kto w ogóle ma dostęp do kina w jego najlepszej możliwej formie. Homer pisał o człowieku szukającym drogi do domu przez morze pełne przeszkód. Nolan nakręcił o tym film w krajobrazie narodu, który domu nie ma i dotąd tego nie skomentował. Być może właśnie ta cisza jest najgłośniejszym elementem całej produkcji.

![„Nauka jest trudna. Wytłumaczyć laikowi, jak działa szczepionka, nie jest łatwym procesem”. Rozmawiamy z Dawidem Polakiem [WYWIAD]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Flarge_Dawid_olarosafotografia2026_18_5df0fb8c36.jpg&w=1920&q=80)






![W pełnię księżyca i po średnioangielsku. Nadchodzi „Werwulf” [TRAILER]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Fsmall_4251_D053_00127_00135_FF_38544025d1.jpg&w=1920&q=75)