Różowy tweed w morzu szarej flaneli i „Creep” Radiohead w tle – tak w dużym skrócie można by opisać „Elle”, prequel „Legalnej blondynki”. Elle Woods ma w nim 16 lat, przeprowadza się do Seattle i jeszcze nawet nie podejrzewa, że skończy na Harvardzie.
Czy główna bohaterka „Legalnej blondynki”, Elle Woods, potrzebowała rozbudowanej origin story? Jeszcze chwilę temu raczej zaprzeczyłabym. Serce łamie jej wprawdzie Warner, ale to sprawa prywatna – pierwszą przeszkodą, którą postawiła przed nią instytucja, były negatywne komentarze profesorów na Harvardzie. Wystarczyła jednak czołówka nowego prequela, żebym zmieniła zdanie. Czołówka, na którą składają się rysunki przypominające połączenie anime „Nana” i „Barbie w świecie mody”, a na nich dwa światy – czarny, punkowy i różowy, dziewczęcy – przenikają się w rytm altrockowego „I'm Only Happy When It Rains” Garbage.
Komedie nastoletnie przełomu tysiącleci miały specyficzny klimat, który nie został na ekranach na długo. Wyrazista, kolorowa estetyka, grająca pierwsze skrzypce moda i lekki, pełen ironii humor wychowały pokolenie dziewczyn, które w niepokojąco popfeministyczny sposób uwierzyły, że w odpowiedniej parze butów mogą podbić świat. „Elle” jako jeden z niewielu współczesnych seriali wpasowuje się w tę estetykę i stanowi odpowiedź na rosnącą nostalgię za „najntisami”.
Zderzenie dwóch światów
Pierwsze sceny serialu przypominają film „Barbie” – różowo ubrana blondynka idzie przez wielką willę pełną idealnie pięknych nastolatków. Powietrze wypełniają śmiechy, rozmowy o chłopcach i plany na przyszły rok szkolny, a Lexi Minetree, grająca tytułową Elle, gestami i mimiką jest jak skóra zdjęta z Reese Witherspoon (oryginalnej Elle Woods).
Już chwilę później różowa bańka pęka. Ze względu na spartaczoną operację plastyczną, którą tata bohaterki zrobił celebrytce, rodzina musi porzucić dotychczasowe życie i – tu przydałyby się dramatyczne bębny – przeprowadzić się do Seattle.
Szare, deszczowe miasto jawi się w oczach Elle jako najgorszy koszmar. Do tego jej markowe ubrania, umiejętność dobierania dodatków czy cytowania „Cosmopolitana” z pamięci nie wydają się robić wrażenia na nowo poznanych licealistach. Wręcz przeciwnie – odrzucają ją jako pustą, pretensjonalną niunię z Los Angeles.
I tu, według internautów, pojawia się pierwszy zgrzyt – filmowa Elle do momentu pójścia na studia nie napotkała zbyt wielu przeszkód. Przeżycia, które zafundowało jej Seattle, uwrażliwiły ją na kwestie społeczne, otworzyły oczy na inną rzeczywistość i ściągnęły na ziemię. Czyli zrobiły dokładnie to, co studia w oryginalnym filmie. Dwukrotne przeżycie tego samego rozwoju charakteru nie wydaje się prawdopodobne.
Czy autentyczność istnieje?
Czy to kolejna typowa historia, w której niezdająca sobie sprawy ze swojego potencjału, wiodąca idealne życie dziewczyna zostaje wrzucona w brutalną rzeczywistość? Być może, ale dziś to skaczące w pogo dzieciaki z Seattle, a nie niunia z LA, są tymi, do których aspiruje znaczna część młodych osób. A „Elle” obnaża ich wizerunek – choć opowiadają się za równością, akceptacją i brakiem przemocy, nie są w stanie zaakceptować dziewczyny, którą utożsamiają z problematyczną klasą wyższą, ani wyciągnąć do niej ręki.
Różnica między nimi a Elle nie polega wcale na tym, że jedna strona nosi kostium, a druga ma to w nosie. Kostium noszą obie. Elle po prostu nie udaje, że jej wybory to manifest – wie dokładnie, ile kosztowała jej sukienka, i nie ma z tym najmniejszego problemu. Flanela, którą dzieciaki z Seattle traktują jako dowód autentyczności, wisi w 1995 roku w każdej galerii handlowej, a zespoły, których słuchają, mają kontrakty z największymi komercyjnymi wytwórniami.
Bunt też można kupić – a dominujący na szkolnych korytarzach grunge trafił na wybiegi już trzy lata wcześniej, w kolekcji Marca Jacobsa dla amerykańskiej marki Perry Ellis. Kolekcji, za którą projektanta wyrzucono. Rok po śmierci Kurta Cobaina, czyli dokładnie wtedy, gdy Elle trafia do Seattle, grunge'owy look był już produktem masowym.
Lekki serial z polotem
Znalezienie serialu, który nie wymaga nieustannego skupienia na milionie skomplikowanych wątków ani emocjonalnego zaangażowania, a jednocześnie nie nudzi i nie sprawia, że czujemy, jak tracimy komórki mózgowe, graniczy z cudem. „Elle” jest takim ewenementem. Błyskawicznie przywiązujemy się do bohaterów, angażujemy w licealne rozterki miłosne i rozwiązujemy tajemnice, przenosząc się do stolicy Kurta Cobaina.
Dziewczyny, które w 2001 roku uwierzyły, że w odpowiedniej parze butów podbiją świat, mają dziś po trzydzieści kilka lat i wiedzą już, jak to się skończyło. „Elle” nie próbuje ich z tego wyleczyć, ale też nie sprzedaje tej fantazji drugi raz. Największym problemem jest to, że osiem odcinków nie zamknęło sprawy – drugi sezon zamówiono jeszcze przed premierą pierwszego, więc dalej jest przestrzeń na zniszczenie serialu równie skutecznie, jak tata Elle zniszczył nos celebrytki.




![Nóż, list i cudza ręka. Kto był gorszy: Apollo czy Dawid? [FELIETON]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Flarge_brad_app_jpg_75e65f079b.webp&w=1920&q=80)




