Debiutancki album zespołu Metro dojrzewał przez lata. Choć niektóre z zawartych na nim utworów mają już dwa i pół roku, na pełnoprawną płytę warszawskiej grupy trzeba było poczekać znacznie dłużej niż na kolejne single i EP-ki. Po drodze były festiwale, w tym Off i Open’er, support przed Myslovitz, nominacje do nagród i stale zwiększająca się publiczność. „Na balkonie” zdobyło tytuł Polskiego Singla Roku w plebiscycie słuchaczy radiowej Trójki, a kolejne utwory, w tym „Hej, Aloszka!”, regularnie pojawiały się na antenie. Metro zdążyło więc zaznaczyć swoją obecność na polskiej scenie jeszcze przed wydaniem debiutu.
Na albumie „365 widoków na przyszłość” znalazło się dwanaście utworów. Zespół kilkukrotnie zmieniał koncepcję tracklisty, odrzucał kolejne numery i wracał do nowych pomysłów, szukając materiału, który najlepiej oddawałby jego muzyczną tożsamość. Nie powstał z tego album konceptualny, podporządkowany jednej idei, lecz suma doświadczeń, wspomnień i emocji, które towarzyszyły członkom Metra przez ostatnie dwa i pół roku, a w pewnym sensie – jak sami przyznają – przez całe życie.
Nad tym albumem Metro po raz pierwszy pracowało z zewnętrznym producentem, Aleksandrem Kaczmarkiem. Dla muzyków, wcześniej samodzielnie zajmujących się produkcją, oznaczało to nie tylko nowe możliwości, lecz także konieczność nauczenia się, jak precyzyjnie komunikować własne oczekiwania i dzielić się kontrolą nad materiałem. Jak opowiadają, debiut okazał się lekcją kompromisów, cierpliwości i perfekcjonizmu, a także pierwszym tak wyraźnym doświadczeniem profesjonalizacji.
Dziś Metro znajduje się w ciekawym miejscu: pomiędzy sceną niezależną a mainstreamem, z coraz większą publicznością, ale bez potrzeby rezygnowania z własnej muzycznej wrażliwości. Sami określają tę przestrzeń mianem czyśćca i nie ukrywają, że chcieliby pomóc gitarowemu graniu ponownie przebić się do głównego nurtu.
Kilka dni po premierze „365 widoków na przyszłość” spotkaliśmy z Olkiem, Mateuszem i Piotrkiem, by porozmawiać o emocjach towarzyszących wydaniu debiutu, wyzwaniach związanych z pracą z producentem i presji, jaka pojawiała się z kolejnymi sukcesami. Pytamy też o granicę między alternatywą a mainstreamem, oddanie fanów i to, co czeka zespół w kolejnych 365 dniach. Bo choć nareszcie udało im się postawić grubą kreskę i wydać płytę, jak sami przyznają, pióra wciąż są w ogniu.
Minęło kilka dni od wydania waszego debiutanckiego albumu. Jakie emocje towarzyszą wam teraz, kiedy płyta w końcu ujrzała światło dzienne?
Piotrek: Ciężko nawet powiedzieć. Ten album był tak długo mielony, tak długo rodził się w jakichś bólach, że z jednej strony narósł spory dystans do tego materiału. Niektóre piosenki mają dwa czy dwa i pół roku. Z drugiej strony włożyliśmy tak dużo siły w to, żeby wydać tę płytę, że w tym momencie może nawet nie jesteśmy w stanie przeprocesować tych emocji. Wydaje mi się, że musimy dać sobie jeszcze dwa, trzy tygodnie, a może nawet miesiąc albo dwa, żeby faktycznie dojść do momentu, w którym będę mógł się zatrzymać i zastanowić, jak się czuję z tym, że wydałem tę płytę i co właściwie o niej myślę. Olek: Mogę tylko potwierdzić to, co powiedział Piotrek. Jeszcze dokładnie nie wiem, jak się czuję z tą płytą. Jestem dumny, że udało nam się ją wydać. Ostatnio miałem jednak taką namiastkę spokoju na horyzoncie, po bardzo turbulentnych miesiącach, tygodniach, latach. W sobotę, kiedy szedłem na urodziny naszego ziomala, było bardzo późno w nocy, a ja nie czułem się winny z tego powodu, że wychodzę. Mała rzecz, ale pomyślałem, że to na pewno dzięki temu, że ta płyta nie siedzi już gdzieś z tyłu głowy jako coś, co ma się wydarzyć, a ciągle się nie wydarza. Na liście rzeczy do odhaczenia jest już po prostu odhaczona.
Do tej pory wydawaliście głównie single, macie na koncie dwie EP-ki. Jak zmienił się wasz proces twórczy, kiedy zaczęliście myśleć o tym, że tworzycie pełnoprawny album, a nie po prostu kolejny utwór? Odczuliście różnicę?
Mateusz: Odczuliśmy. Wcześniej było tak, że po prostu pisaliśmy pięć albo sześć numerów i wrzucaliśmy je na EP-kę. Potem stwierdziliśmy, że już tego nie robimy.
Olek: Potem napisaliśmy dziesięć czy dwanaście numerów, które wrzuciliśmy na płytę. Mateusz: Napisaliśmy, myślę, że bardziej trzydzieści numerów. Piotrek: Tak, ale pisaliśmy po dziesięć, które miały być płytą. Potem stwierdzaliśmy, że jednak „Szefie, może to nie to?”. Robiliśmy ostrą selekcję, bardzo ostrą brzytwą. Zostawało na przykład pięć utworów. Napisaliśmy kolejne pięć, potem kolejne, więc z tych poprzednich pięciu, które zostały, finalnie zostawały dwa. Były chyba cztery drafty tej płyty. W międzyczasie odrzuciliśmy bardzo wiele utworów i ostatecznie zostaliśmy z tymi dziesięcioma. Olek: Dwunastoma. Piotrek: Cholera, jesteśmy hojni.
Skąd wiedzieliście, które utwory powinny się na nim znaleźć? Choć płyta nie ma jednego konceptu i jest bardziej zbiorem waszych doświadczeń i wspomnień, to słuchając jej ma się wrażenie, że tworzy spójną opowieść.
Mateusz: Warto zaznaczyć, że chcieliśmy, żeby to była jakaś opowieść. Od pewnego momentu wiedzieliśmy już, jak będzie się zaczynać i kończyć. Mniej więcej od roku mieliśmy na to pomysł. Wszystko pomiędzy nadal było jednak wielką niewiadomą. I tak jak zauważyłaś, nie stoi za tym żaden konkretny koncept. To nie jest album konceptualny. Bardziej chodziło o taką chęć, żeby to było po prostu dobre. Myślę, że to był główny imperatyw, którym się kierowaliśmy. Żeby ta płyta była historią w tym sensie, że są na niej momenty odpoczynku i bardziej energetyczne fragmenty, a sama tracklista ma sens. Głównym imperatywem było jednak to, że po prostu wybraliśmy numery, które najbardziej nam się podobały i które z nami zostawały. Bo najstarsze utwory mają, jak Piotrek powiedział, dwa i pół roku.
Olek, w jednym z wywiadów powiedziałeś, że pierwszy album pisze się całe życie, a na kolejny wystarczą dwa albo trzy lata.
Olek: Muszą wystarczyć.
Zastanawiam się, czy w tym przypadku album jest podsumowaniem waszej dotychczasowej drogi, czy raczej zapisem konkretnych momentów z ostatnich dwóch i pół roku, o których wspominaliście.
Olek: Gdybym mówił o sobie, powiedziałbym, że całej drogi. Nawet jeśli niekoniecznie brzmieniowo czy lirycznie da się to tak przyszpilić i powiedzieć: „O, tutaj słyszę swoje inspiracje sprzed siedmiu lat”, to sama idea debiutu jest dla mnie czymś dużym. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że dla nas wszystkich. Sam próg wejścia na albumową tracklistę staje się wyższy dla numerów, które potencjalnie rozważamy. Mam więc wrażenie, że to jest takie pierwsze dzieło, które chcemy pokazać światu i nazwać albumem, ponieważ wiemy, jaką ma wagę. Chcę, żeby to, co wydaję, miało swoją wartość. A album jest takim tego ukoronowaniem. W tym podejściu i metodologii jest coś, co tkwi we mnie już od dawna.
Piotrek: Podpisuję się pod dużą częścią tego, co powiedział Olek. Myślę, że słychać w tym materiale pojawiające się i odchodzące inspiracje, chwilowe fascynacje konkretnymi artystami czy brzmieniami. Z drugiej strony, przez to, że album jest dość mocno zróżnicowany i fluktuuje między ciepłem a chłodem, nadzieją a melancholią, da się w nim usłyszeć rzeczy, przez które przechodziliśmy całe życie. Wydaje mi się więc, że stwierdzenie, że debiut pisze się całe życie, ma w tym przypadku swoje odzwierciedlenie.
Myślę też, że przy kolejnych albumach nie do końca będzie to już tak wyglądało. Teraz mamy wydaną płytę, mamy spokój i możemy tworzyć kolejną rzecz. Będziemy bardziej osadzeni w zeitgeiście tego, gdzie aktualnie jesteśmy w życiu i skupimy się na robieniu następnego albumu w konkretnej estetyce, która w danym momencie najbardziej nas jara. Tutaj nie było żadnego deadline'u ani materiału, który odcinałby nas od poprzedniej ery. De facto pisaliśmy ten album od początku istnienia zespołu i zostawialiśmy te piosenki, które były po prostu najmocniejsze, aż w końcu zdecydowaliśmy, że pora postawić grubą kreskę i wydać tę płytę.
Mateusz: Dla mnie to też jest całe życie, a nie dwa i pół roku. Myślę, że ujmowałoby to tej płycie, gdybyśmy powiedzieli, że powstała tylko w tym okresie. Zgadzam się też z tym, że napisanie i wydanie debiutu jest chyba najtrudniejszym momentem w karierze, a właściwie w życiu, jeśli chodzi o karierę.
Olek: Poczekaj, aż zaczniesz pisać drugi.
Mateusz: Ale myślę, że będzie łatwiej, bo już wiemy, jak to się robi.
Olek: Jest jeszcze rozliczanie tego, czy jesteś w swoim stylu, czy na pewno to jest tak dobre jak poprzednio. Ja się nie podpisuję pod tym, co Mati mówi.
Mateusz: Nie mówię o takim koszcie mentalnym, tylko o codziennym, życiowym. Wiemy już, z czym to się je i jak to się robi. Mamy doświadczenie, którego wcześniej nie mieliśmy. To też było niesamowicie ważne w tym procesie. Wszystko było nowe, a do tego po raz pierwszy robiliśmy to profesjonalnie. Wcześniej sobie graliśmy, wydawaliśmy muzykę, ale wszystko odbywało się trochę na innych zasadach. Wydanie tej płyty to dla mnie bardzo duża życiowa wartość.
Po raz pierwszy pracowaliście z zewnętrznym producentem, Aleksandrem Kaczmarkiem. Wcześniej sami zajmowaliście się produkcją. Jak różniło się dla was to doświadczenie i czy wiązało się z częściowym oddaniem kontroli nad materiałem?
Olek: Dobre pytanie. Wydaje mi się, że odpuszczanie kontroli było jednym z trudniejszych momentów pracy z producentem. Może to też wiąże się z tym, o czym Mati powiedział przed chwilą, czyli ze zbiegiem niedoświadczenia z idealizmem i perfekcjonizmem.
Piotrek: I oczekiwaniami z zewnątrz.
Olek: I oczekiwaniem, że istnieje ktoś, kto może ci dać wszystko bez słów i bez tarć. A potem konfrontowanie to z rzeczywistością, w której tak nie jest. Myślisz, że zgrywka, którą dostaniesz, będzie zajebista, ponieważ włożyłeś mnóstwo pracy w przygotowanie się do nagrania, potem zagrałeś to zajebiście, świetne warstwy na to weszły i nawet taka niedopracowana zgrywka brzmi świetnie. Potem nagle przychodzi miks i okazuje się, że jesteśmy w lesie.
Pojawia się żal do świata, dlaczego nie ma w tym miejscu osoby, która dałaby mi to wszystko bez konieczności wysławiania się? Potem zaczyna się bardzo trudna praca nad nazywaniem tego, czego rzeczywiście się chce. Bo żeby dojść do miejsca, w którym mamy zdiagnozowane to, czego nam brakuje, okazuje się, że trzeba popracować też nad sobą. Nad swoim sposobem mówienia i komunikowania się na temat muzyki.
Chyba że rzeczywiście dochodzi do takiej współpracy jak z bajki, kiedy po prostu istnieje ktoś, kto bez słów produkuje majstersztyki. Czasami tak się dzieje, ale wydaje mi się, że to raczej rzadkie sytuacje. Trzeba wtedy podziękować okolicznościom za to, że się wydarzyły, a nie rościć sobie prawo do tego, że skoro robię świetną muzykę, to należy mi się osoba, która ją zrozumie. A ponieważ nikt jej nie rozumie, to najlepiej w ogóle zapomnieć o wszystkim.
Więc tak, to było trudne, ale dzięki różnym kompromisom, często wypracowywanym w przepychankach, bo te zawsze się pojawiają, udało nam się dojść do miejsca, w którym wiemy lepiej, czego chcemy i czujemy się dobrze z tym, co powstało. Pracujemy na tak wrażliwej tkance, że nie da się uniknąć napięć. Myślę, że sporo się nauczyliśmy, chociaż gdybyśmy wiedzieli, jak to wyjdzie, pewnie wiele rzeczy zrobilibyśmy inaczej.
Wracając jeszcze do samej nazwy albumu. Sugeruje ona, że przyszłość można oglądać z różnych perspektyw i że istnieje na nią wiele możliwych scenariuszy. Kiedy myślicie o tym teraz, jakie widoki rysują się przed wami na te 365 dni?
Piotrek: Granie koncertów. Jesteśmy w trasie. Dużo koncertów. Zapraszamy na koncerty.
Mateusz: Jeszcze 40 dni, czy tam 50.
Piotrek: Spokojnie, spokojnie. Jeszcze wiosna, lato.
Piotrek: Bookingi otwarte.
Mateusz: Jak się ostatnio przekonaliśmy, w życiu muzyka jest taki cykl, że jeździ się na dwie trasy w roku, gra plenery latem i ma wakacje zimą. Więc pewnie u nas też tak to się potoczy, ale jeszcze do końca nie wiemy. W każdym razie bookingi są otwarte.
Olek: Drogi bookerze, ty możesz być jednym z tych widoków na przyszłość zespołu Metro. Jednym z tych 365, a liczba miejsc jest ograniczona, ponieważ nie dysponujemy takimi mocami przerobowymi jak Skolim. On ma więcej tych widoków w roku.
Piotrek: On ma helikopter.
Olek: No właśnie. Myślę, że trzeba grać koncerty i iść dalej. Oczywiście z poszanowaniem tego, co właśnie urodziliśmy. To jest teraz główny temat, ale jednocześnie rozpiera nas energia twórcza związana z tym, co nastąpi. Myślę więc, że kolejny rok musi się zakończyć nową płytą. Może nie wydaną, ale przynajmniej napisaną.
Piotrek: Mamy bardzo płodny okres, więc mamy nadzieję, że tym razem nie wprowadzimy w błąd fanów, jeśli chodzi o jakiekolwiek zapowiedzi płyt.
Olek: Dlatego nie zapowiadamy, kiedy będzie.
Jeszcze przed debiutanckim albumem zagraliście na OFF-ie, Open’erze, w Jarocinie, supportowaliście Myslovitz i byliście nominowani do wielu nagród. Imponujące osiągnięcia jak na zespół przed wydaniem pierwszej płyty. Czy mieliście poczucie, że wasza kariera nabiera tempa szybciej, niż się spodziewaliście?
Olek: Bardziej: szybciej, niż czy nam się to należy.
Piotrek: Jest coś takiego jak impostor syndrome, czyli syndrom oszusta. Jesteś w miejscu, na które do końca nie zasługujesz.
Olek: Chodzi o samo wrażenie, że jesteś w tym miejscu. To nie jest tak, że nie zasługujesz. Chodzi o to wrażenie, a nie o stan faktyczny.
Piotrek: Tak. Kiedy pojawiały się kolejne nominacje, nagrody, bookingi, a ja miałem świadomość, że jesteśmy zespołem jeszcze przed albumem, towarzyszyło mi poczucie, że może nawet nie tyle nie zasługujemy na to wszystko, ile że z zewnątrz może to wyglądać tak, jakbyśmy byli jakoś sztucznie pchani. Było to czasem mocno niekomfortowe, bo nawet jeśli takie głosy praktycznie w ogóle się nie pojawiały, to ja wciąż miałem takie poczucie z tyłu głowy. Czułem, że trochę zwiększa to presję. Na każdym koncercie miałem wrażenie, że przez te wszystkie rzeczy dziejące się dookoła zespołu, poprzeczka jest coraz wyżej i musimy robić wszystko jeszcze lepiej. Wydaje mi się, że z jednej strony była to siła bardzo napędzająca do działania i przykładania się, ale z drugiej strony często mogła być też psychicznie ciążąca.
Olek: Tak, zgadzam się. Myślę, że trzeba było sobie to jakoś wtórnie wytłumaczyć, że skoro tyle zostało nam dane na samym początku, to teraz musimy sobie na to zasłużyć tą płytą. Może ten perfekcjonizm, jakieś napięcie związane z tym, żeby była dopięta na ostatni guzik, dobrze opakowana, dobrze wydana, też brały się między innymi stąd.
Sam proces pisania płyty na początku był poniekąd nieświadomy, a nagle zaogniony całym tym rwetesem, który powstał po trafieniu do Trójki, po supportach Myslovitz, po tych festiwalach. To był taki lawinowy ciąg wydarzeń, który wypchnął tę płytę do rangi, jaką zaczęliśmy jej przypisywać w naszych wyobrażeniach. Pomyśleliśmy sobie: dobra, to teraz musimy się naprawdę ostro postarać.
Piotrek: Make it or break it.
Olek: Ale może… Nie wiem, już nie nam to oceniać, ale bezsprzecznie powiedziałbym, że jest dopracowana.
Wspomniałeś o Trójce. Wasze single często pojawiały się na liście przebojów, a „Na balkonie” zdobyło tytuł Polskiego Singla Roku. Określa się was jako zespół alternatywny, a jednocześnie coraz częściej jesteście obecni w mediach i radiu. Zastanawiam się więc, czy myśleliście kiedyś o tym, gdzie przebiega ta granica między alternatywą a muzyką popularną?
Piotrek: Wydaje mi się, że w historii kultury popularnej było już wiele momentów, kiedy alternatywa stawała się mainstreamem i w drugą stronę. Przykład lat dwutysięcznych. Zespoły takie jak The Libertines czy The Strokes, które wyrastały z alternatywnego grania gitarowego, a jednocześnie trafiały na listy przebojów. I to takie ogólnokrajowe, ogólnoświatowe.
My jednak wciąż nie weszliśmy do ścisłego obiegu mainstreamowej muzyki, czyli do najbardziej popularnych rozgłośni. Wątpię zresztą, żeby nasza muzyka kiedykolwiek tam trafiła, bo Trójka i jej lista przebojów są jednak bardziej otwarte na artystów z Polski i zagranicy, którzy reprezentują alternatywne, bardziej leftfieldowe brzmienia.
Można więc powiedzieć, że jesteśmy mainstreamem w obrębie alternatywy. Albo że znajdujemy się gdzieś na pograniczu. W zespole nazywaliśmy to czyśćcem – przestrzenią między sceną niezależną a krajowym mainstreamem. Nie należymy już właściwie do obiegu zespołów undergroundowych, ale jednocześnie nie przekroczyliśmy jeszcze tego pułapu mainstreamu. Wydaje mi się, że trzeba by było nas jeszcze przeskalować dwa czy trzy razy.
Mamy jednak nadzieję, a nawet taką misję, żeby w końcu jako pierwszy od ponad dwóch dekad zespół gitarowy przebić ten szklany sufit. Wydaje mi się, że od czasów Happysadu żadnej gitarowej kapeli nie udało się na dobre wejść do krajowego mainstreamu. Aspirujemy do tego i czujemy, że jesteśmy na dobrej trajektorii, mamy dobre momentum, żeby może w końcu zdjąć tę klątwę z zespołów gitarowych w Polsce. I faktycznie być frontrunnerami fali powrotu gitar i bardziej alternatywnego grania do mainstreamu. Tak jak miało to miejsce w latach dwutysięcznych.
W waszym kontekście często pojawia się określenie nadzieja polskiego rocka. Na pewno słyszeliście je już wiele razy. Jak je odbieracie? Bardziej was motywuje czy jednak nakłada na was pewną presję?
Olek: Staramy się chyba nie brać tego określenia zbyt mocno do siebie. Odciąć tą sodówkę od zasilania w głowie. Fajnie by było, gdyby ktoś kiedyś nazwał nas tak w artykule wskutek naszego dorobku, ale na co dzień w ogóle o tym nie myślę. Kiedy rano wstaję, myję zęby, a potem przypominam sobie, że jestem już 15 minut spóźniony, a jeszcze chciałem umyć włosy, to nie myślę sobie, że jestem nadzieją polskiego rocka. I nie przeszkadza mi to w codziennym funkcjonowaniu, a raczej zostawia zdrowy przeciąg w głowie, bo dzięki temu mogę skupić się na tym, co naprawdę ważne. Na przykład na tekście do kolejnej piosenki, nad którą pracujemy.
A jeśli kiedyś wieczorem ktoś mi powie, że ukazał się artykuł, w którym ktoś tak nas nazwał, a ludzie w komentarzach nie kłócą się o to, czy rzeczywiście zasługujemy na ten tytuł, czy nie, to będzie mi po prostu miło. Staramy się podchodzić do tego z dystansem, zachować równowagę i robić swoje.
Macie występy, które należą do waszych ulubionych?
Razem: Mamy!
Jakie?
Olek: Mnie na przykład świetnie się grało parę dni temu na koncercie w Gdańsku, ponieważ tego dnia wydaliśmy płytę. Miałem wrażenie, że wszystkie chwyty są dozwolone i nie za bardzo się ograniczałem. Jeśli chodzi nawet o jakieś przypałowe gadanie między piosenkami, uznałem, że już nie będę się hamował. Zrobię trochę obciachu chłopakom. I sobie.
A jeśli chodzi o koncert, który nas w tym roku bardzo pozytywnie zaskoczył, to myślę, że kluczowa była też różnica między oczekiwaniami a rzeczywistością. Bo kiedy gramy na przykład w Hali Stulecia, wiemy, że będzie mnóstwo ludzi. I rzeczywiście jest ich bardzo dużo. To jest oczywiście przytłaczające emocjonalnie, niesamowite i fajne, ale byliśmy też ostatnio w Poznaniu na świetnym festiwalu – Scenie nad Rusałką. Wstęp jest tam wolny, ponieważ wydarzenie jest finansowane z budżetu partycypacyjnego, więc zachęcamy wszystkich w Poznaniu do głosowania. To było trochę na uboczu, z dala od centrum, więc wydawało nam się, że przyjdzie może paręset osób, raczej bliżej stu niż tysiąca. A przyszło ich raczej bliżej tego drugiego. Całe morze ludzi. I nie dość, że przyszli i byli, to jeszcze w pierwszych rzędach działy się jakieś tańce, crowdsurfing.
Nie jesteśmy zespołem grającym szczególnie hardkorową muzykę, przy której crowdsurfing jest czymś gwarantowanym, więc kiedy coś takiego się dzieje, jest to bardzo miłe. Ludzie aż tak się mobilizują do walki w tłumie, żeby po prostu popływać na rękach innych. To było świetne.
Myślę, że to był jeden z naszych najlepszych koncertów właśnie dlatego, że oczekiwania były takie: „No dobra, kolejna sztuka”, a rzeczywistość okazała się zupełnie inna.
Piotrek: To był idealny pomost między koncertem klubowym a festiwalowym, ponieważ zarówno skala, jak i cały pejzaż tego wydarzenia były mocno festiwalowe. Scena plenerowa nad jeziorem, a publiczność bardziej przypominała tę z naszych koncertów klubowych, czyli po prostu nasza. Best of both worlds. Było super.
Mateusz: Poza nami był tego dnia jeszcze tylko jeden skład. Byliśmy we dwójkę, co też jest rzadkie na festiwalach. Była tylko jedna scena, ale zgadzam się. To było coś cudownego.
Olek: Świetnie nas tam ugościli.
Byłam na waszych koncertach i już na tym etapie da się zauważyć, że macie oddany fanbase. Widać to też po aktywności w mediach społecznościowych czy profilach fanowskich. Jak czujecie się z tym, że wasza muzyka wywołuje w ludziach takie emocje i ma na nich taki wpływ?
Olek: Myślę, że gdybyśmy za bardzo się na tym skupili, to bylibyśmy trochę w złym miejscu. To jest coś, co trzeba przyjąć i należycie uhonorować, ale nie jest nasza główna oś. To raczej pewna wypadkowa. Nie chcę też temu umniejszać, bo to jest w ogóle superpiękne.
Rzadko zdarza nam się odpisywać na DM-y, ale część z nich serio czytamy. Bardzo miło jest słyszeć takie głosy i czytać opowieści o tym, co ta muzyka daje ludziom. To ogromna gratyfikacja i mam wrażenie, że jeden z powodów, dla których się w tym wszystkim jest. Ale to jest trochę wypadkowa tego, że nie tworzymy z zamiarem, żeby podobało się to ludziom, tylko żeby podobało się nam. Żeby było autentyczne i szczere. Myślę, że to właśnie sprawia, że ludzie wierzą w nasze intencje. My na tej scenie nie ściemniamy. To nie jest tak, że mamy kiepski nastrój, ale wychodzimy i sobie poskaczemy, bo tego wymaga od nas tłum. Scena jest raczej takim miejscem, w którym, mimo że możemy mieć gorszy nastrój czy mniej energii, zawsze wchodzimy na chwilę na osobny tor. Jesteśmy w tym miejscu. Jesteśmy obecni. To granie nam się nie przejada. Momentami są trudniejsze koncerty, momentami łatwiejsze, ale ogólnie zawsze podchodzimy do tego bardzo pilnie. I wydaje mi się, że analizując te reakcje, przywiązanie emocjonalne jest też odpowiedzią na nasze własne emocje. Na chwilę tworzymy tam jakiś kult. Przez ten jeden moment jesteśmy po prostu dla siebie. My na scenie i publiczność pod nią. A potem trzeba to elegancko rozwiązać, rozejść się, pójść do domu, myć zęby i myśleć o myciu włosów.
Piotrek: Ja nadal próbuję się do tego przyzwyczaić. Jestem osobą, która stara się w jakiś sposób odcinać od publicznego odbioru tego, co robię. Celowo nie czytam komentarzy ani nie przeglądam wszystkiego, co się o nas pisze.
Po pierwsze, nie czuję, żebym tworzył czy grał po to, żeby osiągnąć jakąś konkretną reakcję. Najbardziej jara mnie sam proces tworzenia. To jest dla mnie najważniejsze. Nigdy też nie sprawdzałem jakoś szczególnie liczb przed wydaniem płyty czy po nim. Kilka tysięcy więcej, czy mniej, nie wywołuje to we mnie jakiejś większej reakcji.
Z drugiej strony nadal trudno mi zrozumieć, a może po prostu emocjonalnie ustosunkować się do tego, że ludzie faktycznie mają jakieś przywiązanie emocjonalne do tego, co robisz, a w niektórych przypadkach może nawet do samego ciebie. I to drugie wydaje mi się jeszcze trudniejsze do przetworzenia.
Emocjonalny związek z twórczością potrafię zrozumieć. Jest wiele utworów i filmów, z którymi jestem związany emocjonalnie, na przykład przez wspomnienia albo po prostu przez to, jaki wywarły na mnie wpływ. Ale to drugie, czyli sytuacja, w której potencjalnie jesteśmy dla kogoś ważni jako osoby czy persony, których tylko wycinek widzi na Instagramie, koncertach czy w teledyskach, nadal powoduje we mnie pewien wewnętrzny dyskomfort.
Mateusz: Ja z kolei szalenie to doceniam. Czasami czuję się osobiście trochę przytłoczony tym, w jakie sfery to wszystko wchodzi. Ale pod koniec dnia myślę sobie, że to jest dla nas bardzo dobry zasób i że to super, że jest ktoś, kto tak organicznie nas wspiera. Tak u podstaw, totalnie u podstaw. Bo to jest coś, czego my sami nie zrobimy. To jest jakieś słowo, które musi się nieść dalej, a to już jest zupełnie poza naszą naturą. Więc super, że ktoś taki jest. Wcześniej tego nie było, a przynajmniej nie przed profesjonalizacją.
Piotrek: Myślę, że akurat wcześniej też było sporo oddanych fanów, którzy przychodzili na koncerty.
Mateusz: No tak, ale nie było żadnych fanpage’ów. To nie było takie jak teraz. Przynajmniej ja to tak odczuwam. Myślę, że to wskoczyło na zupełnie inne obroty, na inny poziom. Uważam, że to jest super, chociaż z takim zastrzeżeniem, że czasami czuję się tym przytłoczony, zwłaszcza w odniesieniu do poszczególnych postów czy niektórych sytuacji.
Co wam daje najwięcej satysfakcji w całej tej muzycznej przygodzie? Sam proces, próby, nagrania czy występy na żywo? Piotrek, ty powiedziałeś, że proces.
Piotrek: Proces. Zdecydowanie. Kiedy napisze się świetny numer i już po próbie wiesz, że to jest świetny numer, to jest najlepsze uczucie.
Olek: Najlepiej jest, kiedy potem nagra się go jeszcze studyjnie i po całym tym procesie nagrywania nadal jest świetnym numerem. To jest jeszcze jeden mały zakręt, który trzeba pokonać po drodze.
Piotrek: To jest bolesny moment.
Olek: Szczypta tego, szczypta tamtego… To wszystko potrafi być bardzo wynagradzające.
Mateusz: Nie da się wskazać tylko jednego obszaru. Ale ja bardzo lubię grać muzykę na żywo. Coraz bardziej. W sensie, że jest w tym coraz mniej stresu, a coraz więcej frajdy.
Piotrek: A moment w busie, kiedy jedzie się na koncert, też jest super.
Mateusz: I moment po koncercie też jest fajny.
Olek: Nie no, w ogóle cały ten lifestyle. To jest taka wielka, wielka nagroda.
Mateusz: I hotel. I śniadanie rano też. Generalnie to wszystko jest fajne.
Piotrek: Tak. Jest elegancko.









