Choć od prawie dwóch dekad gra na basie w Queens of the Stone Age, nieustannie szuka nowych emocji w pobocznych projektach. Przy okazji premiery płyty „Perfecth” Michael Shuman przybliża nam szczegóły swojego wewnętrznego świata.
Co było najtrudniejsze w dojściu tam, gdzie jesteś teraz?
Chyba pogodzenie się z tym, że z wielu rzeczy musisz zrezygnować, żeby to robić. Ale ja od małego chciałem tylko grać i mówiłem sobie, że zrobię wszystko, by moje życie kręciło się wokół muzyki. Wiele razy słyszałem „nie”. Miałem szczęście, że dołączyłem do Queens bardzo młodo. Ale nawet gdy jestem w Queens i zaczynam nowy projekt, „nie” znowu się pojawia i znowu trzeba grać przed czterema osobami w klubie.
Czyli z każdym projektem nie robi się łatwiej?
Nie, bo zaczynasz od zera. Nikt nie wie, kim jest GLU. Rodzi ci się nowe dziecko i musisz je wychować. Jedyne, co przychodzi mi łatwiej, to obojętność na brak zainteresowania. Ale najtrudniejsze w tym wszystkim jest to, że wyjeżdżasz na trasę z Queens, potem masz trasę z GLU, potem od razu kolejną z Queens – i nie ma cię w domu przez osiem tygodni. Tęsknisz za psem, tracisz kontakt z przyjaciółmi, przegapiasz czyjś ślub. Albo ktoś umiera i nie możesz pojechać na pogrzeb.
No właśnie – zaczynałeś w Mini Mansions, grałeś w Wires on Fire, a teraz jest GLU. Jest jeszcze jakiś gatunek, którego chciałbyś spróbować?
Grałem już w punkowym zespole, później dołączyłem do Queens, które też klasyfikuję jako punk albo rocka. Mini Mansions zacząłem po to, by spróbować czegoś bardziej popowego, a GLU jest ostatnią rzeczą, której chciałem spróbować. I dla mnie to najbardziej punkowa rzecz, jaką mogłem zrobić.
GLU jest tą punkową rzeczą?
Tak, bo to dokładne przeciwieństwo tego, co robiłem do tej pory. Wychodzę ze strefy komfortu i prawdopodobnie zniechęcam do siebie sporo naszych fanów. I to jest właśnie punk. Nie chodzi o muzykę, którą grasz, tylko o postawę i mentalność. Ostatnią rzeczą, której jeszcze nie próbowałem, jest gitara akustyczna w stylu Elliotta Smitha. Może kiedy będę naprawdę stary, to się tym zajmę.
Wracając do Queens: nowy album mówi o różnych formach miłości – do przyjaciół, rodziny, osób ważnych i nieważnych. Jak gra się takie emocjonalne piosenki każdego wieczoru, nie rozdrapując ran?
Na szczęście nie muszę ich śpiewać, ale wiem, jak to jest, kiedy musisz. W Queens jesteśmy jednym organizmem, więc kiedy Josh śpiewa konkretną piosenkę, czuję emocje, które się z nią wiążą. Zwłaszcza przy dwóch ostatnich płytach mieliśmy wiele rozmów o tekstach. To ma swój ciężar i wiąże się z bezbronnością. Są tacy piosenkarze i zespoły – ja też tak kiedyś robiłem – którzy wymyślają historie albo zakładają na teksty maskę, żeby nie były aż tak przezroczyste. A ta płyta jest skrajnie przezroczysta, Josh wyłożył wszystko na stół. To trudne, ale trzeba przejść przez lęk przed tym, że ludzie będą cię oceniać albo zobaczą, kim naprawdę jesteś. Wtedy robi się dużo łatwiej.
„Perfecth” to wasz dziewiąty album. Gdybyś miał wskazać jedną rzecz, która łączy go z „Erą Vulgaris”, twoją pierwszą płytą z Queens, co by to było?
Choć brzmieniowo to kompletne przeciwieństwa, widzę między nimi sporo podobieństw. Na przykład piosenki „Insignificant Other” i „Make It Wit Chu” wcale nie są takie różne – obie brzmią bardzo naturalnie, nie ma tam ciężkiego przesteru. Myślę, że przy tej płycie wielu fanów obruszy się, że zrobiliśmy coś niezgodnego z ich postrzeganiem Queens. Już po publikacji pierwszego singla słyszymy takie głosy. Ale na każdej z naszych płyt są zarówno cięższe, jak i lżejsze kawałki. Myślę, że ludzie wybierają sobie jeden filtr, przez który patrzą na zespół, albo trzymają się jednej piosenki, która ich zachwyciła, i patrzą na zespół przez jej pryzmat. A przecież już na naszej pierwszej płycie, nagranej w 1998 roku, jest piosenka „I Was a Teenage Hand Model”, która jest spokojnym popowym numerem.
Czy zdecydowaliście się na nagranie tak emocjonalnej płyty, jaką jest „Perfecth”, w związku z pogorszeniem się zdrowia Josha?
W ogóle nie rozmawialiśmy o zrobieniu takiej płyty. To, co planowaliśmy, było zupełnie inne. Życie rzuciło nam przeszkody, a my zamieniliśmy je w taki rodzaj muzyki. Choć pojawiły się wątpliwości, że nie ma na niej właściwie żadnych rockowych numerów, myślę, że to najbardziej autentyczna płyta, jaką nagraliśmy w całej karierze.





![Ofelia: „Chciałabym, żeby więcej ludzi chciało słuchać muzyki, która nie jest tylko echem” [WYWIAD I SESJA]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Farticles%2F67507e461af270031699ad11%2Fofelia_%252017.jpg&w=1920&q=75)
![Odwiedziliśmy Kubę Karasia, połowę duetu Karaś/Rogucki i wybitnie utalentowanego producenta muzycznego [ZDJĘCIA]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Farticles%2F66ed737c865f844eb638f641%2F_DSC9917.jpg&w=1920&q=75)