FacebookInstagramTikTokX
  • Wasze prace
  • Konkurs
  • Film
  • Muzyka
  • Art & Dizajn
  • Moda
  • Świat
  • Seks
  • Sklep
  • Search
Moje Konto
Zaloguj się / Zarejestruj
  • Wasze prace
  • Konkurs
  • Film
  • Muzyka
  • Art & Dizajn
  • Moda
  • Świat
  • Seks
  • Sklep
FacebookInstagramTikTokX
  • Sprawdź poprzednie numery
  • O K MAG
  • Redakcja
  • Zapisz się na newsletter
  • Kontakt
  • Reklama
  • Polityka prywatności
  • Regulamin
Kup nowy numer
K MAG
FacebookInstagramTikTokX
  • Sprawdź poprzednie numery
  • O K MAG
  • Redakcja
  • Zapisz się na newsletter
  • Kontakt
  • Reklama
  • Polityka prywatności
  • Regulamin
Muzyka

Nienawidzą rocka tak bardzo, że grają go od 20 lat. Rozmawiamy z HTRK

Autor: Magda Chemicz
29-07-2026
Nienawidzą rocka tak bardzo, że grają go od 20 lat. Rozmawiamy z HTRK
Nienawidzą rocka tak bardzo, że grają go od 20 lat. Rozmawiamy z HTRK
fot. Jonnine Standish i Nigel Yang z zespołu HTRK, materiały prasowe

Obecni na scenie od ponad dwóch dekad i niezmiennie antysystemowi, Jonnine Standish i Nigel Yang z zespołu HTRK opowiadają o najtrudniejszej płycie w ich karierze, współpracy z Rowlandem S. Howardem z The Birthday Party i o grobie Davida Lyncha.

Zespół HTRK wystąpi 7 sierpnia na OFF Festivalu.

Który z waszych albumów był najtrudniejszy do zrobienia i dlaczego?

Nigel: „Psychic 9-to-5 Club”, bo robiliśmy go już tylko we dwoje. Na poprzedniej płycie było jeszcze dużo pomysłów Seana, ta miała się składać wyłącznie z naszych. Musieliśmy na nowo wymyślić, co właściwie chcemy robić. Miałem też wtedy dziwne poczucie, że nie chcę już grać na gitarze. Wszystkie te emocje ciągnęły nas w różne strony.

Wizja była dość jasna, ale jej realizacja okazała się wyzwaniem – nagrywaliśmy w kawałkach, trochę w Santa Fe, trochę w Nowym Jorku, trochę w Sydney, i sklejenie tego w spójną całość było trudne. 
Co ciekawe, recenzenci pisali wtedy o tej płycie, że jest „ambitna”. To słowo zawsze trochę nas uwierało, bo prowokuje reakcję: „Czy ja jestem ambitny”, „Czy ambicja to coś dobrego?”, „O jaką ambicję chodzi?”. Ale rzeczywiście byliśmy wtedy ambitniejsi niż na poprzednich płytach, więc coś w tym jest.

Jonnine: Bardzo dużo myśleliśmy wtedy o tym, czym będziemy jako duet, ale ani przez chwilę nie było pytania, czy w ogóle będziemy kontynuować.

Czyli byliście pewni, że gracie dalej?

Jonnine: Tak, choć nigdy nie powiedzieliśmy tego na głos. Po prostu robiliśmy swoje. Wcześniejszą płytę, „Work (work, work)”, dokończyliśmy, bo były na niej jeszcze pomysły Seana i chcieliśmy – w pewien romantyczny sposób – żeby żyły wiecznie. Potem po prostu poszliśmy dalej. Zaprosiliśmy do współpracy Nathana Corbina, żeby wypełnić energetyczną pustkę po stracie Seana – więc wróciła energia tria. 
Stąd zresztą pomysł „Psychic 9-to-5 Club”: miejsca, w którym wszystkie nasze energie, łącznie z energią Seana, mogą istnieć razem. A to, że była to najtrudniejsza płyta, nie znaczy, że nie było przy niej mnóstwo zabawy. Bieganie po Santa Fe, Nowym Jorku i Sydney, nowe przyjaźnie – zostały nam z tego bardzo dobre wspomnienia. Trudny czas nie wyklucza dobrej zabawy.

Skoro ta była najtrudniejsza, to – choć podobno nie wypada prosić o wybranie ulubionego dziecka – którą płytę lubicie najbardziej?

Nigel: Ostatnią, „Rhinestones”. Z każdą płytą człowiek rozgryza coraz więcej, a przy tej to już w ogóle rozgryzłem najwięcej. Kończąc większość naszych albumów, wciąż miałem wątpliwości. Przy „Rhinestones” – żadnych. To było bardzo przyjemne uczucie.

Jonnine: „Rhinestones” to też mój faworyt, ale idzie łeb w łeb z „Work (work, work)”, bo to takie kompletne dzieło. Zamknięty rozdział, który nie rozłazi się w niedokończone koncepty. Kiedy słuchałam go znowu przy okazji reedycji, razem z miksem z tamtego okresu, uderzyło mnie, jak dobrze łapie berlińską energię.

Czy sztuka może być skończona? Niektórzy artyści twierdzą, że dzieła się nie kończy, tylko porzuca – zawsze można coś poprawić, dodać kolejny pomysł.

Jonnine: Wierzę, że może. Właśnie do „Work (work, work)” i „Rhinestones” nie chciałabym już nic dodawać. W pewnym sensie poszłam dalej. Przy innych naszych płytach czuję, że mogłabym jeszcze coś podkręcić, ale przy tych dwóch – nigdy.

Nigel: Ogromną częścią artystycznej wrażliwości jest wiedzieć, kiedy powiedzieć koniec. To dobre uczucie – zatrzymać się w momencie, w którym praca uchwyciła wystarczająco dużo doświadczenia, żeby można było iść dalej.

Jonnine: Mam przyjaciółkę, która zajmuje się ikebaną, japońską sztuką układania kwiatów. Zapytałam ją niedawno, skąd wie, że kompozycja jest skończona. Odpowiedziała: „Pytam kwiaty”. Zanim zacznie, mówi do nich: „Jak chcecie dzisiaj wyglądać?” – i na tym opiera swoją pracę. Bardzo podobnie czuje się, pracując nad płytą. Muzyka sama mówi ci, kiedy jest gotowa.

Po ponad 20 latach istnienia HTRK – jak dziś zaczyna się piosenka? Od słów, od dźwięków?

Jonnine: Od gitary. Im dłużej pracujemy razem, tym bardziej czuję, że gram na nastroju i emocjach gitary Nigela. To jest ta pierwsza iskra. Kiedyś prawie zawsze zaczynało się od beatu, ale chociaż to świetna zabawa, dawno się to nie zdarzyło. W tym momencie najbardziej lubię odbijać się wokalnie od gitary.

A jak wygląda sam proces? Słyszysz gitarę i zaczynasz improwizować, czy tekst powstaje wcześniej?

Jonnine: Czasem wykorzystuje pomysły, które przyszły mi do głowy w ciągu ostatnich 48 godzin. Nawet dziś chodzą mi po głowie dwie rzeczy, z których byłyby świetne tematy na piosenki. Kiedyś skrupulatnie wszystko zapisywałam, teraz wolę wypuścić to freestyle’em, zobaczyć, co wyjdzie, i dopiero potem to szlifować. Praktycznie wszystko robimy z Nigelem razem. Nawet kiedy mam wolną chwilę, żeby popracować nad niedokończonymi utworami sama, wolę, żeby Nigel był w pokoju.

Wasze brzmienie bardzo się zmieniło od 2003 roku – co jest całkiem zrozumiałe, biorąc pod uwagę upływ czasu i to, że nie ma już z wami Seana. Jak czujecie, że czas wpłynął na waszą ekspresję?

Jonnine: Przede wszystkim – nie wierzę w czas. Mam poczucie, że nie jest tak linearny, jak nam się wydaje, choć jeszcze nie do końca to rozumiem. Myślę, że grając w zespole rockowym, można zawiesić czas i zamieszkać na stałe w nastoletnim pejzażu emocjonalnym. I to lubię w tym najbardziej. Patrzę, jak starzeją się moi przyjaciele, którzy nie grają w zespołach, i myślę, że czas płynie inaczej, kiedy jako muzyk pozwalasz sobie na odrobinę podróży w czasie.

Nigel: Zgodziłbym się z tym, choć nie myślę tyle o samym czasie, co o tym, jak się zmieniamy – jak zmieniam się ja, jak zmienia się Jonnine i jak te nasze nowe wersje muszą się na nowo dogadywać przy każdej kolejnej płycie. Dużej części tego myślenia nie da się ubrać w słowa, wychodzi po prostu w muzyce. Bo czas jest ważnym elementem muzyki, to on sprawia, że nagranie, które trzy lata temu uważałeś za beznadziejne, nagle brzmi świetnie. Wracasz do pomysłu, a jedyne, co się zmieniło, to czas. W naszym procesie twórczym jesteśmy tego w pełni świadomi.

Wasz pierwszy album, „Marry Me Tonight”, wyprodukował Rowland S. Howard z The Birthday Party. Dziś produkujecie się sami. Jak bardzo spojrzenie z zewnątrz, zwłaszcza spojrzenie kogoś tak wpływowego, ukształtowało wasze brzmienie?

Jonnine: Rowland wniósł swój sposób pracy i błyskawiczne decyzje o tym, co zostaje, a co wylatuje. Sprawił, że brzmienie stało się bardziej przystępne i bezpośrednie, mniej rozmyte niż na „Nostalgii”, naszym demie, na którym jest wiele wczesnych wersji tych utworów. Jego wyczucie popu i romantyzmu słychać na całej płycie – która dalej pozostaje jedną z moich ulubionych. To zupełnie inne brzmienie niż to, co robimy dzisiaj, ale na tym właśnie polega cała magia. Nie da się być takim wiecznie i właśnie to czyni tę płytę tak wyjątkową i delikatną. Mogła powstać tylko w tamtym wieku, w tamtym momencie, w tamtej epoce świata. Do tego Rowland – zresztą gra na niej na gitarze i trochę na klawiszach.

Nie brakuje wam tego spojrzenia z zewnątrz? Pracujecie zawsze we dwoje, produkujecie się sami – nie jest czasem trudno spojrzeć na własną pracę z dystansu?

Jonnine: Rowland był w tym świetny. My oboje mamy z Nigelem tendencję do przepracowywania rzeczy i dobrze o tym wiemy. Dlatego tak dobrze pracowało nam się z Nathanem Corbinem przy „Psychic 9-to-5 Club”: ten trzeci głos pomagał nam szybciej podejmować decyzje. Do płyty, nad którą teraz pracujemy, też zaprosiliśmy kogoś z zewnątrz i ta osoba idealnie pomaga nam decydować, w którą stronę warto pójść.

Logo z waszych pierwszych trzech albumów opisałaś kiedyś jako „obalenie ikonicznego logo miłości z nutą politycznej propagandy i pewnością siebie wielkiej korporacji”. Było bardzo geometryczne – dziś wasza identyfikacja wizualna jest znacznie bardziej romantyczna. Co stoi za tą zmianą?

Jonnine: Sean bazgrał kiedyś na kartce małe logotypy. Było to z ułożonymi jedna na drugiej literami i drugie, wyglądające prawie jak kreski, którymi więzień odlicza na ścianie dni. Oba w którymś momencie były naszymi logo. Bardzo lubiliśmy te trwarde, ostre litery, miały w sobie coś humorystycznego. Przypominały mi też okładki starych płyt techno i drum’n’bassowych, które projektowałam w studiach graficznych. Pasował do „zamaskowanej” energii tamtej sceny, zwłaszcza w Melbourne – po części maskował zresztą fakt, że w zespole jest dziewczyna. Później wpuściliśmy do naszego brzmienia więcej kobiecej energii i romantyzmu, co pozwoliło nam na większą wolność artystyczną i zabawę. Chociaż to pierwotne logo też jest przecież zabawne – jest tak śmiałe, że aż komiczne. Ikoniczne. Patrzymy na nie z czułością i rozbawieniem.

Przez dwie dekady w zasadzie omijaliście klasyczną ścieżkę albumu z remiksami. Co sprawiło, że oddaliście swój katalog innym na składance „String of Hearts”?

Jonnine: To było ogromne wyjście z naszej strefy komfortu – proces, którego pewnie nigdy nie powtórzymy. Ale się udało. Nie chcieliśmy po prostu rozrzucić remiksów i coverów między ludzi, których podziwiamy – chcieliśmy zrobić z tego spójny album, coś, co gra się od początku do końca. Zależało nam na prawdziwych relacjach z osobami pracującymi nad utworami. Zasada była romantyczna: jeśli spotkaliśmy się z kimś trzy razy na kawę, ta osoba była w projekcie. Niestety, trwało to bardzo długo i musieliśmy odrzucać niektóre nadesłane wersje, jeśli nie pasowały do przepływu płyty – to było dla nas nowe i dziwne doświadczenie. Wyszedł z tego ładny album, tyle że zajął nam kilka lat myślenia, choć powinien być prostą sprawą. Nie umieliśmy wyzbyć się perfekcjonizmu.

Nigel: Do samego pomysłu przekonało nas to, że znajomi przysyłali nam covery naszych piosenek – Laura Jean i jeszcze kilka osób. Covery były dla nas dużo bardziej pociągające niż remiksy. Zawsze mieliśmy poczucie, że remiksy nie dorównują oryginałom, zwłaszcza że nie robimy muzyki tanecznej. Taneczny numer można przerobić na coś świetnego, ale remiks naszej muzyki zawsze wydawał się tylko gorszą wersją oryginału. Trzymaliśmy się więc z daleka – także od całej nachalnej, promocyjnej machiny remiksów. Album coverów brzmiał za to ciekawie, a nawet te remiksy, które ostatecznie powstały, zamieniły się w covery. Loraine James zaśpiewała na swoim i ten wokal zrobił z niego coś naprawdę wspaniałego. W końcu uzbierało się dość materiału. Ładnie zgrało się to czasowo z koncertem na nasze 21. urodziny na festiwalu Rising w Melbourne, gdzie mogliśmy zaprosić, kogo chcieliśmy. Zrobiła się z tego mała celebracja zespołu, pasująca do nastroju, w jakim wtedy byliśmy. Ale taki kamień milowy zdarza się tylko raz.

Kto lub co zaskoczyło was najbardziej, kiedy dostawaliście przerobione utwory?

Jonnine: Loraine James, jak wspomniał Nigel. Czasem coś jest tak fantastyczne, że człowiek zaczyna się śmiać. Ja tak miałam przy jej nagraniu. Jest taki moment w połowie utworu, kiedy nasze głosy się spotykają, i uderzyło mnie to tak mocno, że po prostu parsknęłam śmiechem.

Nigel: Jeszcze demo Laury Jane Grace – kiedy je przysłała, mieliśmy łzy w oczach. Jeszcze zanim projekt się zawiązał, każde z nas osobno bardzo się wzruszyło jej wersją „New Year’s Day”.

Waszą nazwę wymawia się jako „Hate Rock”. Czy ten slogan wciąż wpływa na to jak widzicie zespół?

Nigel: Nazwę wymyślił Sean, który był wtedy mocno zanurzony w D.H. Lawrensie, szczególnie w „Kochanku lady Chatterley”. Ja wtedy tej książki nie znałem, ale nazwa bardzo mi się spodobała. Przeczytałem ją dopiero w zeszłym roku i znalazłem w niej tyle niesamowicie poetyckich, inspirujących fragmentów o nienawiści, że nie mogłem uwierzyć, że nie sięgnąłem po nią wcześniej. Nie znałem punktu widzenia, z którego Sean patrzył na słowo „hate”, o opisywanej przez Lawrence’a nienawiści do społeczeństwa i do tego, czego ono od ciebie oczekuje.

A od strony gatunkowej „Hate Rock” wciąż mnie bawi. Mój syn uszył niedawno poduszkę z czarnego aksamitu, z powycinanymi z jaskrawopomarańczowego filcu poszarpanymi literami układającymi się w napis „Rock Music”, co w kontekście naszej nazwy jest całkiem ironiczne. Mi ta nazwa dalej jest bardzo bliska, bo bierze elementarny koncept – rocka – i skleja go z literacką, poetycką wizją nienawiści. Choć może pojawiały się momenty, kiedy mieliśmy jej dość.

Jonnine: We mnie ta nazwa budziła dokładnie to, o czym mówi Nigel, tylko że ja jej głębię poczułam dopiero później. Na początku zderzenie słów „hate” i „rock” wydawało mi się statementem – dwa mocno naładowane kulturowo słowa zderzone ze sobą. Ale kochałam to, że nazwa budziła we mnie uczucia, których nie umiałam nazwać. Zrozumiałby je tylko ktoś, kto był w Melbourne w 2003 roku. Scena wokół nas była wtedy zdominowana przez facetów grających rocka – pop rock, math rock, każdy inny rock. My w pewnym sensie też graliśmy rocka, tylko że inaczej. Nigel: Nazwa była odpowiedzią na całe to środowisko. Chyba dlatego to wciąż tajemniczy, ciekawy szyld do pracy. Zadaje pytanie, jak reagujesz na muzykę? Jak w ogóle jeszcze cokolwiek poczuć? Czy nie byłoby fajnie stworzyć coś, co naprawdę wywołuje emocje, kiedy wydaje się, że nikt już takiej muzyki nie robi? To duża część tej nazwy.

Na koniec wracam do waszych artystycznych korzeni: jaki jest ulubiony film Davida Lyncha każdego z was?

Nigel: Chyba „Mulholland Drive”, który udało mi się kiedyś zobaczyć w kinie. Jitterbugowe otwarcie, scena w kawiarni – wszystko w tym filmie wywraca mózg na lewą stronę. 
Ale od jakiegoś czasu chcę też wrócić do „Prostej historii”, bo gdy oglądałem ją za pierwszym razem nie potrafiłem się wczuć. Wczoraj wieczorem zacząłem oglądać ją jeszcze raz.

Jonnine: Ja też widziałam „Mullholand Drive” w kinie i bardzo mnie intrygowało, jak przenikają się w niej różne osobowości i postaci. Świetnie się zestarzała, oglądałam ją całkiem niedawno. Ale poza tym po prostu uwielbiam całe „Twin Peaks”, z „Ogniu, krocz za mną” włącznie. Wracałam do tego serialu chyba już trzy razy. Jest bezbłędny. Zawsze chciałam zdobyć magnetowid i obejrzeć go z kaset VHS.

Mamy zresztą piękną, trochę melancholijną historię związaną z Lynchem. Kiedy graliśmy w zeszłym roku na Hollywood Forever Cemetery w Los Angeles, zaraz po koncercie zaprowadzono nas na jego grób – został tam pochowany może tydzień wcześniej. Staliśmy wokół niego w pełnej szacunku ciszy. To był bardzo sentymentalny, ważny dla nas moment.

Czujecie, że jego sztuka mocno wpłynęła na to, kim dziś jesteście?

Jonnine: W twórczości Lyncha jest specyficzna atmosfera, która na pewno wszystkich nas inspirowała. Ta przewrotność i pomysł, żeby bawić się ciemnością i smutkiem w uroczy sposób – bardzo pasuje do naszej estetyki.

Nigel: Tak, to brama do surrealizmu. To przez Davida Lyncha odkryłem francuskich surrealistów i nauczyłem się myśleć o podświadomości.

Polecane

Nóż, list i cudza ręka. Kto był gorszy: Apollo czy Dawid? [FELIETON]

Nóż, list i cudza ręka. Kto był gorszy: Apollo czy Dawid? [FELIETON]

„Lalka” najlepszą polską powieścią za granicą. Co jeszcze na liście?

„Lalka” najlepszą polską powieścią za granicą. Co jeszcze na liście?

Do tanga trzeba dwojga: skąd popularność duetów w muzyce elektronicznej?

Do tanga trzeba dwojga: skąd popularność duetów w muzyce elektronicznej?

Nie tylko mainstream. 8 kultowych filmów, które warto obejrzeć na platformach streamingowych

Nie tylko mainstream. 8 kultowych filmów, które warto obejrzeć na platformach streamingowych

Nieznane oblicze Andy'ego Warhola na nowej wystawie w Krakowie

Nieznane oblicze Andy'ego Warhola na nowej wystawie w Krakowie

Centrum Gdyni na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO. To osiemnasty polski wpis

Centrum Gdyni na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO. To osiemnasty polski wpis

Polecane

Nóż, list i cudza ręka. Kto był gorszy: Apollo czy Dawid? [FELIETON]

Nóż, list i cudza ręka. Kto był gorszy: Apollo czy Dawid? [FELIETON]

„Lalka” najlepszą polską powieścią za granicą. Co jeszcze na liście?

„Lalka” najlepszą polską powieścią za granicą. Co jeszcze na liście?

Do tanga trzeba dwojga: skąd popularność duetów w muzyce elektronicznej?

Do tanga trzeba dwojga: skąd popularność duetów w muzyce elektronicznej?

Nie tylko mainstream. 8 kultowych filmów, które warto obejrzeć na platformach streamingowych

Nie tylko mainstream. 8 kultowych filmów, które warto obejrzeć na platformach streamingowych

Nieznane oblicze Andy'ego Warhola na nowej wystawie w Krakowie

Nieznane oblicze Andy'ego Warhola na nowej wystawie w Krakowie

Centrum Gdyni na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO. To osiemnasty polski wpis

Centrum Gdyni na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO. To osiemnasty polski wpis

Więcej od autora

Czym naprawdę jest „trauma bonding”?

Czym naprawdę jest „trauma bonding”?

Jeśli piękno to przywilej, brzydota to klątwa. Jak społeczeństwo karze nas za wygląd?

Jeśli piękno to przywilej, brzydota to klątwa. Jak społeczeństwo karze nas za wygląd?

Modny gadżet czy narzędzie inwigilacji? Ciemna strona okularów Meta Ray-Ban

Modny gadżet czy narzędzie inwigilacji? Ciemna strona okularów Meta Ray-Ban

Czym naprawdę jest „trauma bonding”?

Czym naprawdę jest „trauma bonding”?

Jeśli piękno to przywilej, brzydota to klątwa. Jak społeczeństwo karze nas za wygląd?

Jeśli piękno to przywilej, brzydota to klątwa. Jak społeczeństwo karze nas za wygląd?

Modny gadżet czy narzędzie inwigilacji? Ciemna strona okularów Meta Ray-Ban

Modny gadżet czy narzędzie inwigilacji? Ciemna strona okularów Meta Ray-Ban

FacebookInstagramTikTokX