Kto jest gorszy: ten, kto zabija własnymi rękami, na oczach wszystkich, czy ten, kto załatwia to jednym pismem i nie rusza się z fotela?
Prawie każdy odpowie natychmiast. I prawie nikt nie umie powiedzieć, dlaczego akurat tak.
Mam na to dwa bardzo stare przykłady i oba są niewygodne, bo sprawcami są postacie, które nasza kultura lubi. Lubi na tyle, że o jednym z nich śpiewa na weselach. Najsłynniejsza piosenka, która czerpie z tej drugiej historii, to „Hallelujah” Leonarda Cohena i jest w niej wszystko: król, jego muzyka, dach, kobieta, olśnienie i żal. Nie ma tylko trupa. Wrócę do tego na końcu, bo to, czego w tej piosence nie ma, mówi o nas więcej niż to, co w niej jest.
Apollo, bóg muzyki i poezji, ten od „niczego ponad miarę”, przegrał w konkursie muzycznym z pewnym satyrem. To znaczy: nie przegrał, bo w jury zasiadały jego własne Muzy, a reguły zmienił w trakcie. Za samo to, że tamten był tak dobry, kazał obedrzeć go żywcem ze skóry i powiesić ją potem w mieście. Turyści chodzili oglądać.
Król Dawid, ten od psalmów i od Goliata, zobaczył z tarasu kąpiącą się mężatkę. Kobieta zaszła w ciążę, więc ściągnął jej męża z frontu, żeby dało się to zrzucić na niego. Mąż okazał się przyzwoity i nie chciał wracać do domu, dopóki jego oddział śpi w namiotach. Wtedy Dawid napisał do dowódcy list z poleceniem, żeby zostawić tego człowieka samego pod murami wroga. A potem dał ten list mężowi i kazał mu go zanieść na front. Skazany doręczył własny wyrok, nie mając pojęcia, co niesie: nie czyta się pisma króla do dowódcy.
Więc kto był gorszy? Pytanie brzmi jak zaczepka przy stole, a jest jednym z najtrudniejszych w etyce, bo żeby na nie odpowiedzieć, trzeba najpierw zdefiniować, co właściwie czyni zło złem. Kto odpowiada od razu, ten nie mówi nic o Apollu i Dawidzie, tylko wypowiada swoją prywatną hierarchię grzechów, zwykle nieuświadomioną.
Uprzedzam też od razu, że po drodze pojawi się trzeci sposób robienia krzywdy. Nie jest ani nożem, ani listem, prawie nikt o nim nie mówi, a moim zdaniem jest z całej trójki najgorszy.
Nóż
Marsjasz znalazł porzucony przez Atenę aulos i doszedł w grze na nim do mistrzostwa. Stanął do zawodów z Apollem, a warunek brzmiał: zwycięzca zrobi z przegranym, co zechce. Jury stanowiły Muzy, przy czym Apollo nosi przydomek Musagetes, przewodnik Muz. Sędziami w sporze o muzykę był jego własny orszak.
Rozstrzygnięcie było jeszcze ładniejsze. Bóg odwrócił lirę do góry nogami i zagrał tę samą melodię, a w innej wersji mitu zagrał i zaśpiewał naraz. Marsjasz nie był w stanie zrobić ani jednego, ani drugiego, bo na odwróconym flecie się nie gra, a z ustnikiem w ustach nie śpiewa. To nie było zwycięstwo w konkurencji, tylko zmiana zasad konkurencji w trakcie jej trwania.
Wyrok: Marsjasz przywiązany do sosny i obdarty ze skóry żywcem. U Owidiusza skazany zadaje pytanie, którego nie da się zignorować: „czemu zdzierasz mnie ze mnie samego?”. Skóra wisiała potem w Kelajnaj i widział ją tam Herodot, który odnotował ją rzeczowo, jak eksponat. Elian dodaje szczegół będący najlepszą puentą, jaką kiedykolwiek napisano: skóra podobno drgała przy melodii frygijskiej, a przy pieśniach ku czci Apolla pozostawała nieruchoma. Ciało zamordowanego wciąż opowiada tę samą historię.
Twierdzenie, że Marsjasz świadomie wziął udział w konkursie i przez to godził się na konsekwencje, nie wytrzymuje obrony: dobrowolne przystąpienie do rywalizacji nie legitymizuje dowolnej kary, jeśli jedna strona kontroluje skład jury, interpretację reguł i wykonanie wyroku. Kara nie naprawiała przy tym żadnej szkody, bo szkody nie było. To przypadek podręcznikowy tego, co Arystoteles nazwał hybris: czynienie rzeczy hańbiących ofiarę nie po to, żeby coś zyskać, lecz dla sadystycznej przyjemności, która bierze się stąd, że poniżając innych, człowiek czuje własną wyższość. Grecka definicja zuchwałej zbrodni, popełnionej przez boga umiaru.
List
Druga Księga Samuela zaczyna rozdział jedenasty zdaniem, które jest oskarżeniem: podczas gdy królowie zwykli wychodzić na wojnę, Dawid został w Jerozolimie. Król jest w miejscu, w którym nie powinien być, i ma czas, którego nie powinien mieć.
Dach, kąpiąca się kobieta, posłańcy, „wziął ją”. Tekst nie daje podstaw, by mówić o swobodnej zgodzie Batszeby: milczy o jej decyzji, a skrajna asymetria władzy każe traktować opowieść o uwiedzeniu z dużą podejrzliwością.
Potem zaczyna się część, która rozstrzyga o ciężarze sprawy. Dawid nie zabija w afekcie. Dawid zarządza. Próbuje ściągnąć Uriasza z frontu, żeby ojcostwo dało się przypisać mężowi i tym samym ukryć jego zbrodnię. Uriasz śpi w bramie pałacu z żołnierzami i tłumaczy królowi Izraela zasady izraelskiej solidarności: skoro arka i wojsko są w namiotach, on nie wróci do domu jeść, pić i spać z żoną. Król upija go przy własnym stole, ale pijany żołnierz nadal odmawia powrotu. Wtedy Dawid pisze list do Joaba, dowódcy, żeby postawić Uriasza na czele bitwy. List z rozkazem niesie sam Uriasz.
Zginął pod murami Rabby, a z nim inni żołnierze, których śmierć była potrzebna wyłącznie po to, żeby śmierć Uriasza nie rzucała się w oczy. Na wieść o stratach król odpowiada jednym z najbardziej okrutnych zdań Biblii Hebrajskiej: „niech cię ta sprawa nie martwi, bo miecz pożera raz tego, raz tamtego”. Zabójstwo na zlecenie zostaje w jednym ruchu przeksięgowane na statystykę wojenną. Każdy, kto siedział na spotkaniu, gdzie decyzję o konkretnym człowieku nazwano „procesem”, zna ten ton.
Dwa szczegóły na koniec. Prorok Natan opowiada Dawidowi przypowieść o zabranej owieczce, a król, nie rozpoznając siebie, wydaje wyrok na bohatera opowieści i słyszy: „ty jesteś tym człowiekiem”. Trudno o lepszy opis tego, jak działa sumienie: rozpoznaje zło bezbłędnie, dopóki nie wie, że mówi o sobie. Ewangelia Mateusza, wypisując rodowód Jezusa, nie podaje imienia Batszeby, tylko pisze: „żona Uriasza”. To nie przeoczenie, to wpis piętna zbrodni Dawida do księgi wieczystej.
Nóż i list
Kiedy zestawiłem kilkanaście takich spraw, zobaczyłem coś, czego nie szukałem. Znaczna ich część została popełniona na piśmie: list Dawida do Joaba, listy Izebel, przez które ukamienowano Nabota, podrobiony list Priama, przez który ukamienowano Palamedesa, tabliczka Fedry, przez którą zginął Hippolytos. Same dokumenty, same trupy i ani jednego sprawcy w zasięgu wzroku ofiary. W sprawie Uriasza dokument niesie sam skazany.
Po drugiej stronie stoi Apollo z nożem. Bez trybu zaocznego, bez pośrednika, bez korespondencji. Sam wiąże, sam obdziera, sam potem czyści narzędzie zbrodni.
Simone Weil w eseju o „Iliadzie” podała definicję obejmującą obie te techniki: siła to jest to, co z każdego, kto jej podlega, czyni rzecz. Marsjasz zostaje uprzedmiotowiony dosłownie, jako skóra na haku. Uriasz zostaje przedmiotem subtelniej: jako koperta z własnym wyrokiem i pozycja w meldunku o stratach. Nóż robi z człowieka rzecz na oczach tłumu. List robi to samo, tylko schludniej, i pozwala sprawcy nie oglądać wyniku.
Cudza ręka
Jest jednak trzecia technologia i to ona wydaje mi się dziś najciekawsza, bo rozmontowuje sam podział na sprawcę i ofiarę. U Eurypidesa Herakles w ostatniej chwili wraca z Hadesu, żeby uratować żonę i trzech synów przed uzurpatorem. Rodzina zostaje ocalona, sztuka mogłaby się skończyć. Wtedy Hera przysyła Lyssę, czyli Szał. I tu jest szczegół, przy którym warto się zatrzymać: Lyssa odmawia. Personifikacja obłędu tłumaczy, że Herakles jest człowiekiem dobrym, i wzywa Słońce na świadka, że działa wbrew sobie. W całej sztuce jedyną postacią, która ma opory moralne, jest Szaleństwo. Bogini opiekująca się małżeństwem i rodziną każe mu wejść do domu herosa mimo sprzeciwu.
Herakles zabija żonę i dzieci własnymi rękami, przekonany, że zabija dzieci wroga. Budzi się przywiązany do kolumny, pośród ciał, przytomny.
Hera nie zabiła Heraklesa, choć mogła i miała na to całe jego życie. Jednym ruchem wyprodukowała dwie różne krzywdy: czterech zabitych, którzy zginęli od najbliższej im osoby na świecie, i jednego ocalonego, który od tej pory jest ich zabójcą. Herakles jest niewinny w każdym sensie, w jakim etyka może orzekać o winie: nie chciał, nie wiedział, nie mógł. I jest sprawcą w jedynym sensie, który się liczy: zabijały jego ręce.
Trzy sposoby działania układają się w jedną skalę, wzdłuż której maleje udział własnej ręki, a rośnie udział cudzej. List przenosi na kogoś innego wykonanie. Cudza ręka przenosi na kogoś innego winę, i to winę odczuwaną, nieprawdziwą, ale dożywotnią. Sprawca zostaje z rękami czystymi nie dlatego, że ich nie ubrudził, tylko dlatego, że ubrudził cudze.
Wyrok
Judith Shklar postawiła tezę, którą uważam za jedną z najuczciwszych w dwudziestowiecznej etyce: „stawiać okrucieństwo na pierwszym miejscu” to nie jest tworzenie hierarchii wad, tylko świadomy wybór. Kto uzna okrucieństwo za zło najwyższe, musi uznać hipokryzję za zło mniejsze. To jest dokładnie nasze pytanie, bo Dawid jest hipokrytą, a Apollo okrutnikiem.
Jako czyn gorszy jest Dawid. Zabił człowieka bezbronnego, podległego mu, lojalnego i zasłużonego, z premedytacją i cudzymi rękami, żeby ukryć coś, do czego wystarczyło się przyznać. Miał cztery momenty, w których mógł zmienić zdanie, a narzędziem egzekucji uczynił lojalność zabijanego.
Jako stan świata gorszy jest Apollo. I to jest część, która niepokoi mnie bardziej. Dawid żyje w świecie, w którym istnieje Natan: ktoś przychodzi i mówi „ty jesteś tym człowiekiem”, a król, mając całą władzę, nie każe go zabić, tylko przyznaje mu rację. Marsjasz nie ma Natana. Nie ma instancji odwoławczej, bo sprawca jest instancją. Nie ma łamania prawa, bo sprawca jest prawem. Różnica nie polega więc na tym, ile było krwi, tylko na tym, co świat zrobił potem. Najgroźniejszy nie jest ten, kto łamie reguły, tylko ten, kto je ustala. Tam, gdzie nikt nie może powiedzieć „to ty jesteś tym człowiekiem”, obdzieranie ze skóry staje się gatunkiem krytyki artystycznej, nie zbrodnią.
Jako sposób zadania krzywdy najdalej idzie Hera. Marsjasz i Uriasz tracą życie, ale zachowują siebie: do końca pozostają ofiarami, i tylko nimi. Herakles życia nie traci. Traci własną sprawczość, czyli to, czego w greckiej etyce nie da się od człowieka oddzielić. Można zniszczyć człowieka, nie odbierając mu ani życia, ani zdrowia, ani dobrego imienia, tylko autorstwo tego, co zrobił.
Czym to właściwie mierzymy
I tu dochodzę do rzeczy, która została ze mną najdłużej. Winę mierzymy po sprawcy, a krzywdę ponosi ofiara.
Większość naszych sposobów przypisywania winy zaczyna od sprawcy: od jego intencji, maksymy, charakteru, rachunku, od tego, czy wiedział, czy mógł inaczej i jakie skutki mógł przewidzieć. Ofiara wchodzi do tych rachunków najczęściej jako miara, nie jako ktoś.
Widać to najwyraźniej na dwóch sprawach z przeciwnych końców. Akteon zostaje rozszarpany żywcem przez własne psy za to, że wyszedł na niewłaściwą polanę, słysząc, jak towarzysze wołają go po imieniu, i nie mogąc odpowiedzieć. Trudno wymyślić gorszą śmierć, a w każdej ocenie etycznej wypada blado, bo po stronie sprawczyni nie ma się czego uchwycić: żadnego planu, żadnej korzyści, jedna urażona bogini i jedna chwila. Nie ma czego mierzyć, więc wychodzi mało. Dla Akteona nie ma to znaczenia. Na drugim końcu stoi Hektor, któremu nie dzieje się już nic, bo nie żyje, i którego dwanaście dni wleczenia za rydwanem nie boli ani przez sekundę, a mimo to wiemy, że dzieje się rzecz potworna.
Problem nie polega na tym, że mierzenie zła miarą sprawcy jest błędem. Przy Hektorze to jedyna możliwa droga. Polega na tym, że nie mamy drugiego spojrzenia: mamy rozbudowaną, dwuipółtysiącletnią aparaturę do ważenia tego, co dzieje się w sprawcy, i prawie nic do ważenia tego, co dzieje się z człowiekiem, któremu to zrobiono. W miejsce brakującego przyrządu wchodzi zaś coś, co działa samo i działa źle: empatia.
Pisaliśmy o tym niedawno w K MAG, w tekście Agnieszki Sielańczyk „Kogo ocalisz: swoje zwierzę czy cudze dziecko?”. W badaniu Richarda Topolskiego z 2013 roku 40,2 procent ankietowanych poświęciłoby obcego turystę, żeby ocalić własnego psa. Pada tam zdanie będące tym samym odkryciem, do którego dochodzę inną drogą: tonący nieznajomy nie ma imienia, a pies ma, i w tym mieści się cała tajemnica tej statystyki. Ofiara, która ma dla nas imię, waży więcej od bezimiennej i nie ma w tym żadnego jej udziału. Akteon łatwo staje się w takich zestawieniach bezimienną ofiarą, choć u Owidiusza imiona dostaje nawet trzydzieści kilka psów, które go rozszarpały.
Nie umiem tego naprawić. Umiem wyciągnąć z tego jedną zasadę praktyczną: miejsce sprawy w jakimkolwiek rankingu okrucieństwa nigdy nie jest miarą czyjegoś nieszczęścia. To dwie różne wielkości, a mylenie ich jest jedyną rzeczą w tym tekście, która może krzywdzić kogoś jeszcze dzisiaj. Kiedy mówimy komuś, że to, co go spotkało, nie było takie straszne, prawie zawsze mówimy w istocie coś zupełnie innego: że sprawca nie miał aż tak złych intencji.
Trzy sceny
Dlatego z całej tej listy najbardziej praktyczne wydają mi się nie wyroki, tylko trzy sceny, w których ktoś miał pełne prawo dołożyć i nie dołożył.
Atena zaprasza Odyseusza, żeby popatrzył na oszalałego Ajasa i się pośmiał. On odmawia, choć chodzi o człowieka, który tej samej nocy szedł go zabić.
Achilles, po dwunastu dniach wleczenia ciała Hektora za rydwanem, oddaje je ojcu zabitego. Nikt go do tego nie zmusił i żadna reguła wojenna tego nie wymagała. Wystarczyło, że stary człowiek przyszedł nocą i ucałował mu ręce.
Tezeusz przychodzi do kogoś, kto własnymi rękami zabił swoje dzieci i nie tłumaczy mu wyroków boskich, nie ocenia, nie pociesza. Podaje rękę i proponuje nocleg.
Nie dokładać cierpienia, oddać sprawiedliwość, podejść bliżej. W tych trzech obrazach nie ma miejsca na teorie, kalkulacje czy licytowanie się na krzywdy. Jest tylko ktoś, kto w krytycznym momencie dostrzegł drugiego człowieka, a nie problem do rozwiązania.
Obdarcie Marsjasza ze skóry stało się tymczasem jednym z ulubionych tematów sztuki europejskiej: malował je Tycjan, o taką inspirację prosił Apolla Dante, rzeźbę wiszącego sylena kopiowano przez stulecia. Przez dwa tysiące lat kultura, do której należę, oglądała tę egzekucję jako przedmiot estetyczny, a jej sprawcę czciła jako patrona sztuk.
Ze sprawą Dawida obeszła się odwrotnie: nie oprawiła jej w ramę, tylko wycięła z niej zabójstwo. U Cohena nie ma Uriasza. Nie ma listu, Joaba, murów Rabby ani proroka Natana. Jest wszystko, poza tym, za co Dawid odpowiada, i właśnie dlatego da się to śpiewać podczas wesel.
Marsjasza kultura oprawiła w ramę. Uriasza wycięła z kadru. Znowu ten sam podział: nóż zostaje w pamięci, choćby jako ozdoba, a list znika bez śladu.
Wiersz Zbigniewa Herberta „Apollo i Marsjasz” można czytać jako sprzeciw wobec dokładnie takiej estetyzacji. Prawdziwy pojedynek zaczyna się w nim dopiero po ogłoszeniu wyniku, a jedynym instrumentem przywiązanego do drzewa jest samogłoska A.
Apollo czyści swój instrument. Drzewo jest siwe. Zupełnie.
![Nóż, list i cudza ręka. Kto był gorszy: Apollo czy Dawid? [FELIETON]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Fsmall_brad_app_jpg_75e65f079b.webp&w=1920&q=80)









