Michał Gilbert Lach, twórca marki BOHOBOCO, opowiada nam o drodze, którą przeszedł dzięki duchowemu przewodnictwu, o odwadze potrzebnej do budowania nieoczywistych kompozycji oraz o tym, co w olfaktorycznym świecie wyróżnia go najmocniej: polskim pochodzeniu.
Co masz dziś na sobie? Nie będę ukrywać – znalazłam Cię po kompozycji, która się za Tobą unosi.
To zabawne, bo ostatnio coraz częściej słyszę, że ludzie rozpoznają mnie po perfumach. Nawet specjaliści z branży – byłem niedawno na Esxence w Mediolanie – śmieją się, że wiedzą, iż Gilbert już się pojawił, bo po prostu czuć moją obecność.
Ale nadal nie zdradziłeś, które perfumy masz dziś na sobie.
Od pewnego czasu wracam do korzeni perfumiarstwa, czyli do layeringu. Spójrzmy na historię kultur, w których perfumy odgrywały istotną rolę, od starożytnego Egiptu i cesarstwa Wschodu po europejskie dwory królewskie. W każdej z tych kultur bawiono się kompozycjami – łączono olejki, balsamy i kadzidła. Ja działam na podobnej zasadzie. Łączę cztery, pięć, a czasem sześć kompozycji każdego dnia, w zależności od tego, czego potrzebuję. Te perfumy otwierają we mnie konkretne energetyczne przestrzenie, takie, których w danym momencie potrzebuję albo które chcę podkreślić.
Dzisiaj rano nałożyłem na siebie PLUM • SPRAY PAINT i MANGO YUZU • GASOLINE, które połączyłem z JASMINE • WHITE LEATHER oraz jeszcze jedną kompozycją, której nie ma jeszcze na rynku.
Powiedziałeś kiedyś, że jedną z Twoich supermocy jest polski nos. Masz poczucie, że Twoje polskie korzenie są obecne w każdej kompozycji?
Zdecydowanie, chyba że opowiadam historie z podróży, na przykład do Dubaju albo Tajlandii. Wtedy mówię o odczuciach z tamtych miejsc, o woniach, które mnie otaczały, o całej atmosferze. Ale pod tym wszystkim są polskie korzenie. Ważna jest też moja osobista historia. Moja mama jest lekarką i kiedy byłem dzieckiem, bardzo dużo pracowała. Żeby spędzić z nią czas, jeździłem na dyżury do szpitala, gdzie spędziłem wiele nocy. Bywałem też w aptekach. Tamte wonie są bardzo specyficzne – dziś nazywam je industrialnymi – i to właśnie one kształtowały moją dziecięcą świadomość.
Działam w globalnej branży perfumeryjnej, w której do tej pory jesteśmy jedyną polską marką, a ja jedynym dyrektorem kreatywnym z całym doświadczeniem osadzonym w Polsce. Mam znajomych z innych marek, którzy tworzą perfumy i wywodzą się z Francji czy Włoch. Oni opowiadają o francuskich ogrodach, Wersalu, pomarańczowych gajach, Bliskim Wschodzie, oudzie i kadzidłach. A mnie wyróżnia to, że opowiadam o polskich doświadczeniach przez polski filtr i polskie odczuwanie woni.
A propos – jak reaguje zagraniczny klient, na przykład z Dubaju czy Nowego Jorku, na perfumy, które nazywają się „POLISH • POTATOES”?
Chyba nawet lepiej niż polscy klienci. Ta premiera została bardzo mocno doceniona na świecie. Wszyscy myślą, że w Polsce klienci entuzjastycznie przyjęli tę kompozycję, i rzeczywiście, POLISH • POTATOES zostało przez nich bardzo dobrze przyjęte. Dzisiaj konkuruje w wynikach sprzedaży z moją nieśmiertelną kompozycją VANILLA • BLACK PEPPER. W zeszłym roku były nawet dwa albo trzy miesiące, kiedy POLISH • POTATOES ją przegoniło, a do tej pory VANILLA • BLACK PEPPER nie miała żadnego realnego rywala na rynku polskim. To był dla mnie duży szok, bo byłem przekonany, że POLISH • POTATOES będzie głośną premierą, ale nie spodziewałem się, że stanie się bestsellerem. A jednak w ciągu roku znalazło się wśród pięciu najlepiej sprzedających się kompozycji.
Powtarzasz, że za każdą kompozycją stoi prawdziwa historia. Czy masz w swoim portfolio kompozycję tak osobistą, że wahałeś się przed premierą?
Trochę wahałem się przed premierą MAGIC • MUSHROOMS, kompozycji opowiadającej o całej dekadzie mojego życia – od pierwszego spotkania z moimi doradcami duchowymi w 2015 roku aż do najważniejszego momentu, czyli narodzin moich trojaczków. Ale żeby znaleźć się w tym miejscu, musiałem przejść proces przemiany, pracować nad poczuciem własnej wartości, duchowością i energią. Były spotkania z szamanami, święte rośliny, rytuały. To wszystko mnie ukształtowało. Sprawiło, że mam głos i nie wstydzę się go używać. Myślę, że gdyby nie cała ta ścieżka duchowa i rozwój mojej świadomości, pewnie nie odważyłbym się na tak odważne decyzje. Bo trzeba mieć duże jaja, żeby zamknąć we flakonie benzynę, farbę w sprayu, ziemniaka czy magiczne grzyby. A być może największą odwagą ze wszystkich było zostanie ojcem trojaczków.
O perfumach często mówisz w wywiadach jak o swoich dzieciach. Czy teraz, kiedy jesteś ojcem, to określenie nadal z Tobą rezonuje?
Jak najbardziej. Nazywam je moimi olfaktorycznymi dziećmi, bo są jak najpiękniejsze strony pamiętnika mojego życia. Zawsze zazdrościłem koleżankom, które prowadziły dzienniki i zapisywały wszystko na kartkach. Ja nie mam takiej systematyczności i nigdy się w tym nie odnajdowałem. Ale notowałem w swoim procesorze pamięci wszystkie ważne momenty i teraz sięgam do nich, tworząc perfumy. W kryształowym flakonie zamykam ważne dla mnie chwile, doświadczenia i przeżycia, które odcisnęły na mnie piętno.
Twoje trojaczki są jeszcze dość małe. Jak odnajdują się w świecie perfum?
Wcześniej, zanim zostałem ojcem, testowałem perfumy dzień w dzień. Teraz wiem, że zmysł węchu jest jak mięsień, kiedy trenujesz na siłowni, żeby się rozwijać, potrzebujesz też odpoczynku. Tak samo jest z węchem. Dlatego staram się testować wszystkie nowe kompozycje w dni, które spędzam w biurze, a w domu zupełnie nie używać perfum. Widzę jednak, że dzieci od razu interesują się próbkami. Uwielbiają zaglądać do szuflad, w których trzymam nowe kompozycje. Mimo że nie wyciągam ich przy nich, intuicyjnie wiedzą, że w tej szafce są nasze rodzinne klejnoty. Próbują się do niej dostać, a kiedy dorwą się do małych fiolek z nowymi propozycjami, udają, że spryskują się perfumami. To wygląda fantastycznie, bo mimo braku doświadczenia podświadomie wiedzą, jak to się robi.
Wracając do Twojej historii duchowej – korzystałeś z rad swoich duchowych przewodników. To oni nakierowali Cię na perfumy, a później na przeprowadzkę do Stanów Zjednoczonych. To nie jest popularna praktyka w Polsce.
Już jako dwunastolatek zacząłem fascynować się różnymi warsztatami i wróżbami. Później, kiedy byłem już w Warszawie i ktoś mi kogoś polecił, od razu biegłem tam jak po świeże bułki do piekarni. Trafiłem na kilku szaleńców, którzy poprowadzili mnie dość kiepsko, więc powiedziałem: „kończę, mają na mnie zły wpływ”. I wtedy moja przyjaciółka zaczęła mnie bardzo namawiać, żebym spotkał się z Kristosem i Fosterem, duchowymi przewodnikami, którzy przyjeżdżają do Polski raz w roku. Dołączyła do nas jeszcze Karolina, nasza znajoma. Okazało się, że jej mężowi, który miał już kupione bilety, wypadł wyjazd biznesowy. Dziewczyny namawiały mnie, żebym poszedł zamiast niego. Stwierdziłem, że najwyżej stracę dwa dni z życia – i poszedłem.
Kiedy wywołali mnie na środek, Kristos powiedział do wszystkich: „Słuchajcie, to jest koleś, który może zrobić wielką, światową karierę. Ale to, czy ją zrobi, zależy tylko od niego”. Zapytali mnie wtedy, czym się zajmuję. Przyznałem, że mam markę modową, która odnosi sukcesy. Rok 2015 był szczytem kariery modowej BOHOBOCO w Polsce – gwiazdy, programy telewizyjne, największe wydarzenia. A oni poradzili mi, żebym zajął się perfumami. Zabawne, bo właśnie pracowałem nad linią perfum, która miała swoją premierę rok później, w 2016 roku. To jednak im nie wystarczało. Sugerowali, że mam zamknąć modę i skupić się tylko na perfumach. Że to na nich zrobię światową karierę.
Tłumaczyli mi, że z każdym rokiem zmiana branży będzie coraz trudniejsza, a życie i tak mnie tam wrzuci, bo to moja ścieżka. Wreszcie przyszedł COVID i w drastyczny sposób zwrócił mnie ku perfumom. Drastyczny z tamtej perspektywy, dziś uważam, że Wszechświat dał mi wielki dar, bo bez niego pewnie nie zająłbym się perfumami.
A czy w tym procesie odnajdowania siebie miały udział jakieś substancje?
Były rytuały, święte rośliny, bardzo ciężkie przeżycia. Powiedzmy sobie szczerze: praca nad sobą, nad własnym wnętrzem, bywa bolesna. Najpierw, żeby pozbyć się traum, trzeba sobie z nimi poradzić, przejść przez wszystkie warstwy i obrać się jak cebulę. A z duchowością miałem styczność już od dzieciństwa, gdyż moja babcia już za dzieciaka wyreżyserowała mi życiową ścieżkę. W latach 80. w Polsce w każdej wsi czy mieście szczególnym szacunkiem cieszyły się trzy postacie: lekarz, wójt i ksiądz. Mój tata robił karierę polityczną, mama była lekarką – brakowało tylko księdza. Ze względu na ambicję babci mocno zaangażowałem się w życie religijne, byłem ministrantem. Bardzo pociągała mnie duchowa strona tego świata. Ale sama religia przestała mi się podobać, bo wszyscy mieli być tacy sami. Czułem, że to fałszywy cel, upodabniać ludzi do siebie i nimi zarządzać.
Mówiłeś, że w modzie czułeś się ograniczony trendami i oczekiwaniami innych, a w perfumach odnalazłeś wolność. Czy ta wolność ma swoją cenę w postaci nowych, niespodziewanych ograniczeń?
Nie, ale to nie tylko kwestia branży. Jestem w innym miejscu w życiu. Zrozumiałem, czym jest dla mnie kreatywność. Okazuje się, że kiedy tworzysz w zgodzie ze sobą, Wszechświat to zauważa i przyciąga właściwe rzeczy. Jako społeczeństwo znajdujemy się w ważnym momencie przemiany świadomości. Ludzie czują dziś, co jest fejkiem i marketingowym bullshitem, dlatego zaczynają szukać czegoś prawdziwego, z czym mogą się naprawdę utożsamić.
Już nigdy więcej nie wrócę na ścieżkę mody. Dziedzina, która przecież wyrosła z potrzeby uzewnętrzniania się, przestała dawać twórcom taką możliwość. Na początku wielcy projektanci – Dior, Chanel i inni – zamykali się w swoich pracowniach, tworzyli kolekcje, a kiedy byli gotowi, zapraszali klientów i prezentowali światu to, co wymyślili. Dopiero później wokół tej kreatywności wyrosły wielkie biznesy, komercja, sezonowość, wyprzedaże, Excele i trendy. Nagle okazało się, że trendy są sztucznie reżyserowane, a moda, zamiast być przestrzenią twórczą, zaczęła podążać za wyznaczonymi celami i straciła twarz.
I to właśnie kocham w świecie perfum niszowych. Tutaj oczekuje się ode mnie, że im dziwniej, im bardziej swojsko, tym lepiej. Choć z drugiej strony perfumy niszowe odgrywają coraz większą rolę w globalnym biznesie i już dochodzą do mnie głosy partnerów oraz dystrybutorów, którzy próbują wywierać na mnie presję, żebym zaczął tworzyć kompozycje, które łatwiej się sprzedają.
Ale ja się na to nie zgadzam. Pracowałem w modzie, widziałem, jak to działa, i teraz nikt mnie do niczego nie zmusi. Jestem sobą, tworzę to, co czuję, dzielę się tym ze światem, a Wszechświat mi się za to odwdzięcza. Proste, magiczne, a jednak takie trudne. Dochodziłem do tego przez 46 lat.


![Krucjata Elona Muska. Kulisy najbardziej kontrowersyjnego dokumentu roku [ZWIASTUN]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Fmedium_1e38636b5563992d9dae390f38ebe709a083274a_1846x1038_d3d6f3eca0.jpg&w=1920&q=80)

![Katarzyna Kubrak: „Chciałam przesunąć pojęcie »świętości« z oficjalnych, patriarchalnych symboli” [WYWIAD]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Flarge_IMG_1176_2753fdc805.jpg&w=1920&q=80)





