Da się to nawet dokładnie wydatować: między rokiem 2020, kiedy świat na dwa lata zamienił buty na kapcie, a jesienią 2021, gdy Miuccia Prada wpuściła na wybiegi satynową baletkę z gumką i cały przemysł zrozumiał, że nie ma już odwrotu. Od tamtej pory szpilka nie wraca, bo nikt już nie ma czasu, żeby na nią czekać – a najmniej ma go sama kobieta, która ją nosi.
Wydobyliśmy z grobu but, który przez pół wieku uchodził za symbol niedojrzałości, dziewczęcości bez pazura, i odzialiśmy go w nową narrację: wygoda jako najgorętszy trend, a i świadomy wybór. Ładnie to brzmi w nagłówku. Rzeczywistość, jak zwykle, jest cichsza, bardziej przyziemna, dosłownie i w przenośni, oraz mniej efektowna niż teoria, która próbuje ją wyjaśnić.
Bo w tej samej wyidealizowanej opowieści istniała kiedyś inna kobieta. Ta z lat pięćdziesiątych, z reklam pończoch i majonezu, która stała w progu w szpilkach, z martini w dłoni, i tak czekała, aż ukochany mężczyzna wróci z pracy. Szpilka w tym wypadku może i unieruchamiała, ale był to jej cel konstrukcyjny, nie efekt uboczny. Noga w szpilce nie biegnie za autobusem, bo cały system był tak zaprojektowany, żeby kobieta miała czas na pozowanie, a mężczyzna miał czas, żeby sobie na nią popatrzeć. To była transakcja, może nawet uczciwa na swój ówczesny sposób: ona dawała widok, on dawał – teoretycznie – bezpieczeństwo, status, otwarte drzwi samochodu. Dziś ten romantyczny kontrakt, przynajmniej na papierze, jest już martwy.
Baletka, jaką znamy, nie narodziła się zresztą jako gest buntu, tylko prezent od matki dla syna: w 1947 roku paryska szewcowa Rose Repetto uszyła miękkie buty do tańca dla swojego syna, Rolanda Petit, młodego choreografa, który wracał z prób z obolałymi stopami. Dopiero dekadę później but trafił na ulicę – w 1956 roku Brigitte Bardot, wyszkolona baletnica, poprosiła Repetto o miejską wersję szpilki do tańca na potrzeby filmu „I Bóg stworzył kobietę”, a dwa lata wcześniej Audrey Hepburn nosiła podobne płaskie buty od Salvatore Ferragamo na planie „Rzymskich wakacji”. Innymi słowy: zanim baletka stała się synonimem pośpiechu, była luksusem kobiet na tyle sławnych, że mogły sobie pozwolić na tę wygodę bez realnych konsekwencji dla ich wizerunku. Reszcie tego komfortu odmawiano przez pół wieku, cierpliwie, w milczeniu, bo tak wtedy wyglądała elegancja.
Czy to bunt, czy już kapitulacja?
Ballet flat jako „mała czarna dla stóp” – to formuła przewijająca się na łamach modowych artykułów, jakby chodziło wyłącznie o inwestycję w kapsułową szafę, a nie de facto o pokolenie, które przestało mieć czas na to pełne patosu cierpienie w imię urody. Stylistki cytowane w prasie mówią wprost o szukaniu baletek z lekką podeszwą, która rozkłada ciężar ciała, tak żeby stopy bolały mniej, nie bardziej – i w tym zdaniu jest więcej antropologii współczesności niż w niejednym eseju o kondycji millenialsów.
Weźmy wpierw na tapet klapki, bohaterkę drugoplanową, która w tym sezonie awansowała na pierwszy plan bez uprzedzenia, jak statystka wyciągnięta zza kulis, bo główna gwiazda nagle zachorowała. Ich rodowód jest znacznie starszy i znacznie mniej romantyczny, niż sugerują wybiegi. Sandał na palec noszono już w starożytnym Egipcie, cztery tysiące lat przed naszą erą – pleciono go z papirusu i liści palmy, a jeden z takich egzemplarzy znaleziono nawet w grobowcu Tutanchamona. To, co dziś kupujemy w drogeriach za dwadzieścia złotych, do Ameryki trafiło dopiero po drugiej wojnie światowej, kiedy żołnierze wracający z Japonii przywieźli ze sobą gumowe zōri – a samo słowo „flip-flop" jest onomatopeją, imitacją dźwięku, jaki podeszwa robi, klaszcząc o piętę. Klapki nigdy nie pretendowały do elegancji. Przez tysiąclecia była butem dla tych, którzy pracowali na stojąco albo po prostu nie mieli czasu na sznurowanie. Dziś defilują po wybiegach Chanel i Miu Miu, w perłach i futrzanych pomponach, jakby ktoś chciał udobruchać je za te lata deprecjacji.
Kiedy średniowieczny rycerz zsiadał z konia, żeby podać damie dłoń przy wsiadaniu do karocy, nie przypuszczał, że sześćset lat później ten sam gest będzie ubrany w słowa „swipe right”. To właśnie w tym tłumaczeniu porusza się dziś cały repertuar dawnej galanterii – i to właśnie dlatego redaktorki modowe piszą dziś o „stylizacji klapek do wieczorowej sukienki” bez cienia zażenowania, jakby odkrywały nowy kontynent, choć w istocie tylko nazywają po imieniu coś, co działo się od dawna. Nie jest to gest lenistwa, a trzeźwa kalkulacja istoty w kryzysie oczekiwania – bo dawna randka była rytuałem z dramaturgią rodem z greckiej tragedii: wyjście z auta, otwarte drzwiczki, noga w szpilce wysunięta z gracją, jakby kamera już czekała, bo w istocie czekała, tylko że była nią źrenica mężczyzny, uważnie rejestrująca każdy kadr. Dzisiejsza wersja tego mitu rozgrywa się w zupełnie innej scenerii: ekran, dwa zdjęcia, pinezka na mapie i pytanie o adres, zadane nieraz szybciej niż to o imię. Trudno w takiej dramaturgii budować napięcie wokół buta, który unieruchamia całą postać na czas dłuższy niż trwa jego zawiązanie – bo scena, w której miał zabłysnąć, już dawno zeszła z afisza.
Krótka diagnoza
Żyjemy w czasach, które nie mają czasu i cierpliwości do ceremonii, co jest obserwacją równie oczywistą i równie regularnie ignorowaną jak większość napisów ostrzegawczych na tekturowych paczkach papierosów. Moment na złapanie oddechu to luksus zarezerwowany dla nielicznych, o których magazyny piszą w dziale ekonomicznym, zastanawiając się, kogo w ogóle stać na baletki za dziewięćset funtów. Bo i to jest część tej opowieści – brytyjski dziennik The Guardian, pytający z przekąsem, dla kogo naprawdę są te luksusowe baletki, mimowolnie punktuje najciekawszy paradoks sezonu: symbol demokratycznej wygody sprzedaje się dziś w cenach, które demokratyczne bynajmniej nie są. Kapitalizm rzadko ma poczucie humoru, ale z pewnością ma bardzo sprawny dział marketingu.
Warto pamiętać, że szpilka, którą dziś odkładamy na dno szafy, sama była kiedyś technologią najnowszej generacji, nie tylko ozdobą. Prawdziwy stiletto, ze stalowym trzpieniem w środku obcasa, powstał dopiero w połowie lat pięćdziesiątych za sprawą projektantów pokroju Rogera Viviera i był wtedy uznawany za triumf inżynierii: po raz pierwszy w historii kobieta mogła stać w pełni swojej wagi na powierzchni wielkości pestki wiśni, nie łamiąc przy okazji obcasa. Ta jedna część garderoby bywała symbolem nowoczesności i narzędziem utrwalania archaicznych norm relacji damsko-męskich, czasem w odstępie jednej dekady, a czasem w tym samym zdaniu, wypowiedzianym przez tę samą osobę o tym samym bucie.
Mimo to logika dzisiejszego przesunięcia jest trudna do podważenia, tak jak trudno podważyć logikę wody płynącej w dół. Kiedy trzeba nadążać za tempem, które nikogo już nie pyta o zgodę, szpilka przestaje funkcjonować jako atrybut władzy, a zaczyna działać jako jej ograniczenie – nie z powodu ideologii, tylko z powodu zwyczajnej fizyki ciała w ruchu. Kobieta na obcasie w tej wersji świata nie jest dostojna. Jest po prostu spóźniona, a spóźnienie w kulturze permanentnego pośpiechu jest grzechem znacznie cięższym niż brak elegancji, choć żaden katechizm jeszcze tego oficjalnie nie potwierdził.
Na forach, gdzie kobiety wymieniają się opiniami o baletkach bez większego sentymentu dla przeszłości, powtarza się przede wszystkim jeden ton, cichszy niż bunt i mniej efektowny niż jakikolwiek manifest: zmęczenie. Zmęczenie przekonaniem, że but musi trochę boleć, żeby był wart noszenia – przekonaniem równie głęboko wpojonym i równie mało zbadanym jak to, że praca musi być męcząca, żeby była wartościowa. Jedna z uczestniczek dyskusji na Reddicie ujęła to tak:
I tu trzeba być uczciwym, bo cała reszta tego tekstu byłaby tylko ładną hipotezą, sprawnie udramatyzowaną, ale pustą w środku: to nie jest wyłącznie wyzwolenie. Jest w tym coś, co bardziej przypomina ustępstwo, tyle że żadna ze stron nie ma wielkiej ochoty nazywać go po imieniu, bo przyznanie się do ustępstwa psuje dobrą narrację równie skutecznie, jak przyznanie się do zmęczenia psuje dobre CV.
Bo wyzwolenie zakładałoby wymianę – że rezygnujemy z roli „damy” w zamian za coś realnego: więcej władzy, więcej bezpieczeństwa, więcej przestrzeni na niedoskonałość. To, co się stało, jest prostsze i mniej okazałe: po prostu przestano płacić za rolę damy, więc przestałyśmy ją odgrywać w tej samej walucie, co kiedyś. Nikt nie zrekompensował tego awansem, nikt nie zrekompensował tego poczuciem zwiększonego bezpieczeństwa po zmroku. Zapłacono nam głównie oszczędnością na wizytach u ortopedy. Zawsze łatwiej przyjąć niewielką, wymierną korzyść niż domagać się dużej, hipotetycznej.
Lecz co trzeba przyznać z pełną szczerością: noga w baletce nie wygląda jak noga w szpilce. Nie ma tej linii przedłużonej łydki, tego skrótu optycznego, który obcas robi z kolanem i kostką od stu lat, odkąd ktokolwiek w ogóle zaczął o tym myśleć w kategoriach geometrii, a nie tylko przyzwoitości. To nie jest drobiazg wymyślony przez przemysł, żeby sprzedać kolejną parę szpilek – to zwyczajna optyka, którą można lubić albo nie, ale trudno ją unieważnić. Można kochać baletki, nosić je codziennie, czuć w nich siebie bardziej niż w czymkolwiek innym – i jednocześnie, przechodząc obok witryny, zauważyć tę różnicę bez satysfakcji ani wstydu.
Kontrofensywa (lub jej próby)
Przemysł nie byłby sobą, gdyby nie spróbował sprzedać nam z powrotem tego samego obcasa pod inną nazwą. Modny w tym sezonie kitten heel, czółenka ze szpicem – niski, od dwóch i pół do pięciu centymetrów, wąski, lekko wygięty – reklamowany jest jako powrót elegancji bez bólu, kompromis, który wreszcie pogodzi obie strony sporu, niczym jakiś modowy traktat pokojowy podpisany w połowie drogi. Tylko że w praktyce najczęściej to nie jest but na obcasie w żadnym sensie, w jakim rozumiała go poprzednia epoka. To sandał, japonka, thong sandal, dosłownie klapek z paskiem między palcami, do którego ktoś doczepił kilka centymetrów słupka. Noga w takim bucie nie stoi na palcach, jak to miała w zwyczaju w szpilce, a zwyczajnie leży w sandale, tyle że odrobinkę wyżej.
Baletka na nodze biegnącej po schodach metra nie jest więc sztandarem powiewającym dumnie na wietrze, bo na sztandary też nikt już nie ma czasu. Jest raczej czymś w rodzaju cichej ugody – zostaje but, w którym da się dobiec do pracy, do dziecka, do siebie samej.
Może nie chodzi wcale o to, że kobiety przestały nosić szpilki, ale że rezygnacja z nich nie jest bez znaczenia – i że nawet kiedy moda próbuje im ją odebrać z powrotem, robi to już tylko w przebraniu klapka czy baletki, licząc, że nikt nie zapyta, dlaczego rycerz od tak dawna nie zsiada z białego konia.











