W 1994 roku nowojorscy galerzyści mieli poważny kłopot. Recesja mocno uderzyła w rynek sztuki. Zamiast odpuścić, wynajęli pokoje w podupadłym, liczącym wówczas siedemdziesiąt lat hotelu Gramercy Park, przesiedzieli noc nad wypisywaniem zaproszeń i trzymali kciuki, żeby ktokolwiek się pojawił.
Przyszło około czterdziestu marszandów. Prace zawisły nad łóżkami i w łazienkach, Tracey Emin nocowała w pokoju, w którym wystawiała swoje obiekty, a Mark Dion częstował gości lemoniadą. Pobili hotelowy rekord bankietowy i przy okazji popsuli windy. Ten całkowicie improwizowany happening przerodził się z czasem w The Armory Show, jedne z najważniejszych targów sztuki na świecie.
Skąd ten pomysł się wziął i dlaczego okazał się tak trwały? Bo hotelowy pokój robi ze sztuką coś, czego nie potrafi żadna sterylna sala. Skraca dystans. Przypomina domowe wnętrze, w którym dzieło nie wisi „na widoku”, tylko po prostu z nami mieszka. Zatrzymuje na dłużej i sprzyja rozmowie, bo trudno o bardziej nieformalną sytuację niż oglądanie obrazu, siedząc na skraju cudzego łóżka. Inscenizacja hotelowa udowadnia rzecz najprostszą, a wcale nie oczywistą: że życie ze sztuką na co dzień bywa niezwykłym doświadczeniem. W czasach, gdy targi sztuki mnożą się w konferencyjnych halach na całym świecie i coraz trudniej odróżnić jedne od drugich, wybór hotelowego pokoju bywa gestem świadomym, ukłonem w stronę czegoś bardziej ludzkiego i jednostkowego.
Do Warszawy ta idea dotarła pięć lat temu i zadomowiła się w gmachu dawnego Prudentialu, modernistycznej ikonie stolicy. Hotel Warszawa Art Fair, pierwsze w Polsce targi sztuki współczesnej w formule hotelowej, od początku rozwija autorski model: kameralny, kolekcjonerski, skupiony na indywidualnym podejściu do każdej przestrzeni. Od pierwszej odsłony pozostaje też miejscem spotkań, łączącym środowiska artystyczne z kolekcjonerskimi, jak i z instytucjami kultury. Przez pięć lat wypracował własną tożsamość i na dobre wpisał się w kalendarz najważniejszych wydarzeń poświęconych sztuce współczesnej w Polsce, a szerzej w całej Europie Środkowo-Wschodniej. Że ta formuła działa, najlepiej pokazują liczby: poprzednią edycję odwiedziło blisko dziesięć tysięcy osób.
W tym roku wydarzenie świętuje jubileusz. Piąta edycja w pierwszy wrześniowy weekend zapowiada się jako największa odsłona HWAF w historii. W hotelowych pokojach zamelduje się rekordowa liczba galerii z Polski, Europy i Stanów Zjednoczonych, które na trzy dni porzucą ideę white cube’a. Na ścianach (i nie tylko) spotkają się nazwiska z różnych pokoleń. Od klasyka powojennej awangardy Wojciecha Fangora i legendy polskiej fotografii Tadeusza Rolkego, przez Joannę Rajkowską, Dianę Lelonek, Rafała Milacha i Weronikę Gęsicką, po Natalię Załuską i Mikołaja Sobczaka.
Targom, jak co roku, towarzyszyć będzie bogaty program: rozmowy z artystkami i kuratorami, oprowadzania kuratorskie, performance oraz osobna ścieżka dla międzynarodowych gości, kolekcjonerek, kolekcjonerów i partnerów. Za całością stoją Amanda Likus, Gunia Nowik oraz Justyna Wesołowska i Marika Zamojska. Wydarzenie jest biletowane, wejściówki kupimy online przez eBilet oraz w info-poincie podczas trwania targów.
I tu rodzi się pytanie, które warto zabrać ze sobą do windy (o ile akurat działa): skoro to samo dzieło mówi do nas jednym głosem w galeryjnej gablocie, a zupełnie innym, gdy zostaje oparte o hotelowy zagłówek, to ile z tego, co nazywamy obcowaniem ze sztuką, jest tak naprawdę kwestią naszej wrażliwości, a ile po prostu miejsca i chwili, w których się na nią natykamy? A może właśnie o to w tej hotelowej formule chodzi najbardziej? Żeby choć na jeden weekend sprawdzić, jak to jest ze sztuką po prostu zamieszkać?









![Emil Bucki: „Nie wierzę, że ktokolwiek naprawdę może o sobie powiedzieć, że jest wolny” [WYWIAD]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Fsmall_zdj1_c2646c715f.jpg&w=1920&q=75)