Ostatnio przechodząc obok pewnej kawiarni, zobaczyłem coś, co nie dało mi spokoju. Usiadłem na parapecie, zapaliłem papierosa i zapytałem sam siebie: kiedy dokładnie zaczęliśmy czytać książki tak, jak kiedyś nosiliśmy logo – na pokaz? Bo coś się przesunęło. I to wyraźnie.
Jeszcze niedawno status miał kolor beżu i metkę schowaną pod klapą płaszcza Burberry. Quiet luxury. Dziś status ma twardą okładkę, najlepiej lekko zagiętą i leży na stole w kawiarni tak, żeby było widać tytuł. Smart is the new black. Tylko czy ten odcień nie jest trochę performatywny?
Gdzieś pomiędzy poranną małą czarną w kawiarni specialty a otwieraniem książki, czytanie stało się nowym nośnikiem pozycji społecznej. Nie chodzi o to, że Gen Z nagle zaczęło połykać więcej książek. Chodzi o to, że sam akt czytania zaczął znaczyć więcej. Jak zauważa The Guardian, bycie „clever” wraca do łask jako coś pożądanego, a wręcz sexy w popkulturze, która jeszcze chwilę temu flirtowała z antyintelektualizmem i spłyceniem wszystkiego do formatu 15 sekund. To nie jest powrót do elitaryzmu. To po prostu estetyzacja inteligencji. Książka nie jest już tylko tekstem. Staje się symbolem statusu.
„Reading is so sexy”, mówi Kaia Gerber opowiadając o swoim book clubie dla The Guardian. Na backstage'u wybiegów mody czytała Didion, Durasa i Camusa zamiast „Vogue”.
Inteligencja performatywna
Zacznijmy od sceny, którą widziałeś tysiąc razy: kawiarnia, latte na owsie, osoba siedząca sama, książka — ale nie byle jaka. Taka, która mówi: „dużo czytam, mam refleksje i mam też głębię”. To nigdy nie jest po prostu Kafka. Ani tarta z Figami Sylvii Plath. I chociaż powszechnie wiadomo, że trzeba oddzielać zboże od plew, to ja swój intelektualny pokarm konsumuję w skupieniu. Dręczy mnie inne pytanie: czy rzeczywiście to czyta? Bo równie często czyta siebie „czytając”.
Ten moment świetnie punktuje Luisa w swoim Substacku – „I'm smart and I need everyone to know”. Brzmi brutalnie? Brzmi jak połowa mojego Instagrama. Autorka obserwuje tak zwane Literary IT Girls, ubrane w dobrą książkę. Widząc, jak postują zmyślne cytaty: wielkie intelektualne idee, pachnące egzystencjalizmem frazesy, które stanowią zwykłą fasadę. My, będąc świadkami tego zjawiska, nakładamy na nie oczekiwania intelektualizmu. Skoro czytają trudne, długie i ciężkie do przetrawienia książki, to pewnie je też pojmują i przenikają myślą. Ale co, jeśli to wszystko tylko na pokaz? To pytanie przyprawia o podobny dreszcz jak Brzydula zdejmująca okulary i ścinająca włosy. Mniej więcej taki poziom zaskoczenia.
Digital burnout
Pojawia się nowy archetyp: disgustingly educated, czyli ktoś, kto jest ostentacyjnie oczytany z lekkim mrugnięciem oka, ale jednak serio. Bo dziś, nic nie jest bardziej sexy niż inteligencja…o ile jest dobrze opakowana. Cytaty rzucam jak punchline’y. Słowo staje się moim orężem. Moja elokwencja tylko świadczy o tym, jak ważny jestem, gdy wchodzę do pokoju. Moje opinie to branding. Czy to właśnie siedzi w głowie komuś kto jest disgustingly educated? To nie brzmi jak dialog.To jest casting na bycie najciekawszą osobą przy stole.
„Jeśli jesteś najmądrzejszą osobą w pokoju, to jesteś w złym pokoju”. Osobiście podpisuję się pod tym, w końcu powiedział sam Konfucjusz albo ktoś dawno po nim, nie wiem, więcej grzechów nie pamiętam i tak dalej i tym podobne. Przy Was nic już nie wiem, wygraliście. Jesteście tacy bystrzy, błyskotliwi i boscy. Napiszcie to kredą na tablicy!
Inteligencja a dyletanctwo
I tu robi się niewygodnie. Bo w tym samym czasie, kiedy inteligencja wraca jako trend, realne myślenie jest coraz częściej delegowane. Streszczenia zamiast książek. Podcasty zamiast czytania. AI zamiast formułowania własnych myśli. Nie musisz już nic naprawdę wiedzieć. Musisz wiedzieć, jak wygląda ktoś, kto wie.
To jest moment, w którym inteligencja przestaje być kompetencją, a staje się estetyką. Nasuwa się paradoks – im mniej myślimy, tym bardziej chcemy wyglądać na myślących. Żyjemy w kulturze, która: obniża próg koncentracji, skraca formy wypowiedzi i nagradza szybkie, a nie głębokie. Wciąż jednocześnie fetyszyzuje inteligencję. Trochę mindfuck? To trochę jak z modą: im mniej czegoś mamy, tym bardziej chcemy to pokazać. Bycie smart to nowa Birkin bag? Kiedyś książka była narzędziem. Drzwiami do nowego świata, świeżej perspektywy. Dziś tych perspektyw trochę zabrakło, gdyż książka bywa… dodatkiem. Ars gratia artis. A w dodatku, tak jak: torba mówiła o statusie, sneakersy mówiły o przynależności, tak dziś: książka mówi o tożsamości. Nie czytasz tylko dlatego, żeby wiedzieć. Czytasz, żeby „być widzianym jako ktoś, kto wie” dobrze to obrazuje chociażby FKA Twigs w pięknej kreacji, na czerwonym dywanie Grammy’s, na który przyszła z książką.
Ja już nic nie wiem albo wiem czego nie wiem, albo nie wiem co wiem – jakoś tak to leciało? A trochę poważniej mówiąc: czy naprawdę stajemy się bardziej inteligentni? Czy tylko lepsi w symulowaniu? Bo jeśli: książka jest częścią outfitu, rozmowa częścią autoprezentacji, wiedza częścią personal brandu. To może problem nie polega na tym, że jesteśmy powierzchowni. Może jesteśmy po prostu…zbyt świadomi tego, że ktoś patrzy?
Żyjemy świecie, w którym wszystko jest posiadane, nawet cisza, nawet skupienie i nawet czytanie. Inteligencja przestaje być czymś, co masz. Smart is the new black. Szkoda, że coraz trudniej odróżnić po zmroku, kto dobrze go stylizuje, a kto naprawdę nosi go na co dzień.
![Smart is the new black. Kiedy bycie oczytanym stało się nowym luksusem? [OPINIA]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Fsmall_Before_Sunrise_62826c8711.jpg&w=1920&q=80)